• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Brutalność niemiecka zawsze była krótkowzroczna

Czwartek, 10 sierpnia 2023 (21:01)

Rozmowa z prof. dr. hab. Wiesławem Wysockim, historykiem, prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego oraz wiceprezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej

Rozpoczęła się kampania wyborcza, w którą włączają się nie tylko polscy, ale również niemieccy politycy. Jak bowiem inaczej skomentować wypowiedź Niemca, szefa Europejskiej Partii Ludowej Manfreda Webera dla niemieckiej telewizji ZDF, gdzie zaatakował rządzących Polską, mówiąc wręcz o ich zwalczaniu?

– Skoro Niemcy uznali, że jesteśmy prowincją, że będą nam dyktować warunki, że wyznaczali tych, którzy są ich politykami jako właściwi ich reprezentanci, to nic dziwnego, że konsekwentnie realizują taki, a nie inny model działania. Próbują podważać polski porządek, próbują też narzucić nam, Polakom, swoich popleczników. Pytanie: czy my rzeczywiście chcemy być niemieckim landem i czy mamy w sobie gen zależności, czy też poczucie pewnego podporządkowania? Z tego, co historia mnie uczy, to od początku naszego istnienia jako narodu, od momentu chrztu Mieszka I mieliśmy poczucie, żeby być jak najdalej od tego, który wówczas był cesarzem – Ottona I, który uosabiał najważniejszą siłę w ówczesnym świecie. Natomiast my woleliśmy podporządkować się Stolicy Apostolskiej i przyjąć Denar św. Piotra jako świadectwo naszej podległości przede wszystkim moralnej. Tak więc uciekaliśmy od brutalnej siły, jaka reprezentowała cesarstwo, notabene Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. I dzisiaj – jakby się ono nie nazywało – to jest to ten sam model, który Niemcy próbują powielać i narzucać innym. Natomiast na tyle, na ile mamy poczucie polskiego dziedzictwa historycznego, to będziemy się opierali tej drugiej drodze, która próbuje z nas uczynić tzw. wasserpolacken, czyli poddanych, ludność polskojęzyczną drugiej kategorii. I do tego to się sprowadza. Jest czas kampanii, więc przed nami jest zasadniczy wybór – kim chcemy być. Czy drugiej kategorii poddanymi niemieckimi, czy też chcemy uchronić własną polską tożsamość?        

Wspomniał Pan Profesor o genie podporządkowania się obcym. Pomijając historyczne zależności, można chyba powiedzieć, że w niektórych ten gen wciąż tkwi. Niemcy mówią o sobie, że są Niemcami, Francuzi, że są Francuzami, ale są Polacy, którzy mówią o sobie, że są przede wszystkim Europejczykami…

– Od dawna, nie bez przyczyny, twierdzę, że ci spośród nas, którzy mówią o sobie, że są Europejczykami, zwykle mają wielkie kłopoty z własną polskością. Natomiast ci, którzy uważają się za Polaków, nie mają żadnych problemów z europejskością. Dzisiaj na każdym właściwie kroku widać, że ci tzw. Europejczycy ciągle wyciągają na wierzch obce polskiej tradycji symbole – łącznie ze sztandarami, aby pod nimi demonstrować, do nich się przyznawać i je uważać za własne. Przypomnijmy, że ci, którzy jeszcze do niedawna widzieli się pod czerwonymi sztandarami, dzisiaj występują pod barwami europejskimi, a jeszcze inni pod tęczowymi. Natomiast w większości unikali barw narodowych, barw biało-czerwonych, co pokazuje, kim tak naprawdę są.

Najpierw szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen niejako wysyła do Polski Donalda Tuska, mówiąc publicznie, że chętnie widziałaby go w roli premiera. Teraz mamy stanowisko Manfreda Webera, a Guyu Verhofstadtcie, który przez lata wyzywał w europarlamencie Polskę i Polaków od nacjonalistów, nie wspomnę. Jednak tak ostrej retoryki, tak jawnej próby przedwyborczego wspierania opozycji przez ośrodki zewnętrzne, niemieckie, jak to ma dzisiaj miejsce, to chyba do tej pory jeszcze nie mieliśmy?

– To prawda. Ośrodki zewnętrzne mają świadomość, w jak bardzo trudnej sytuacji znajdują się dziś, w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych, desygnowani, namaszczani przez nich – chciałoby się powiedzieć – przedstawiciele opozycji totalnej. Dlatego próbują przyjść w sukurs Donaldowi Tuskowi i wpływać, a wręcz wymuszać oczekiwaną przez nich postawę polskiego społeczeństwa, licząc, że Polacy się przestraszą i ulegną tej zewnętrznej presji tego niemieckiego kroku, i bez większego sprzeciwu po prostu się podporządkują tej ingerencji. To jest kolejna próba wytworzenia w nas, Polakach, złudzenia zafałszowanej rzeczywistości przez tych, którzy chcieliby z nas uczynić swoich podkomendnych, poddanych – jakkolwiek byśmy to nazwali – tych, którzy mają być podporządkowani interesom Berlina.

Jakie mogą być konsekwencje stanowiska Manfreda Webera – zwłaszcza kiedy niemieckie media nie mają wątpliwości, że szef Europejskiej Partii Ludowej swą wypowiedzią wręcz pomógł PiS-owi, natomiast zaszkodził totalnej opozycji?

– To zewnętrzna próba odgrażania się polskiemu rządowi za trwanie przy zasadach i nie poddawanie się presji narzucanej przez ośrodki zewnętrzne. Jednak warto pamiętać, że brutalność niemiecka zawsze była krótkowzroczna. I tak jak Otto von Bismarck musiał się przyznać do przegranej z Polakami i uznać, że kulturkampf, a więc brutalna germanizacja Polaków i walka z polskością, okazała się porażką, tak również Manfred Weber – przełożony Donalda Tuska – też się przekona, że wybrał sobie marny podmiot do manipulacji.

Premier Mateusz Morawiecki zareagował bardzo szybko, wzywając Manfreda Webera do debaty w Polsce, ale Europejska Partia Ludowa wskazała na Donalda Tuska. Czy to nie pokazuje, czyim reprezentantem jest i czyje interesy reprezentuje Tusk?

– Donald Tusk zawsze chętnie służył Niemcom, od których otrzymywał odpowiednie instrukcje. Tak było za rządów kanclerz Angeli Merkel, która wyniosła go na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Wyraziła to również szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która – jak pan wcześniej wspomniał – najchętniej widziałaby go w roli premiera Polski. Jak widać, ten proceder z namaszczeniem Tuska funkcjonował i w dalszym ciągu funkcjonuje na arenie unijnej. I teraz przez tę wypowiedź Manfreda Webera kolejny raz odsłonięto ten mechanizm i co bardziej roztropni ludzie na Zachodzie dostrzegają, że Weber, chcąc dobrze, w rzeczywistości oddał przysługę niedźwiedzią tym wszystkim, którzy liczyli na Tuska, ale także samemu zainteresowanemu, który chce uchodzić za Kaszuba, ale nim nie jest, bo Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie usunęło go ze swoich szeregów – uznając, że jest bardziej danzigerem niż Kaszubą. Tak czy inaczej uważam, że Niemcy źle dobrali konia, który już ochwaciał, jednocześnie wszelkie te machinacje, czyli próby wpływania na proces wyborczy w Polsce, zostały ujawnione.

Nic więc dziwnego, że Klub Prawa i Sprawiedliwości złoży w Sejmie projekt uchwały potępiającej zewnętrzne ingerencje w proces wyborczy w Polsce. Wszystko wskazuje na to, że projekt ten będzie procedowany na najbliższym posiedzeniu Sejmu…

– Każdy parlament krajowy powinien dbać o interesy własnego państwa i nie cierpieć tych wszystkich, którzy usiłują z zagranicy sterować sprawami danego kraju. Podobnie parlament RP nie może tolerować wpływów niemieckich na proces wyborczy w Polsce. Sprawa jest poważna i kto jak kto, ale parlament RP powinien potępić wszelkie próby wpływania czy ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy. Swoją drogą zobaczymy, jak zachowa się podczas głosowania opozycja, czy stanie po stronie polskiej racji stanu, czy będzie europejska. My, Polacy, dosyć mieliśmy wpływów Moskwy, dosyć mamy wpływów Berlina i również dosyć mamy wpływów Brukseli na polskie sprawy. W czasach II Rzeczypospolitej określano, że mocarstwowość polega na jednym – mianowicie, że ośrodek decyzyjny jest w Warszawie. I dzisiaj też chcemy, żeby ośrodek polskiej władzy, polski ośrodek decyzyjny był w Warszawie, a nie w Berlinie czy w Brukseli. Nie można pozwolić, żeby lobby niemieckie czy brukselskie nadawało ton polskiej polityce.

                  Dziękuję za rozmowę.    

 

Mariusz Kamieniecki