• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Strach się bać, jeśli powrócą do władzy

Poniedziałek, 7 sierpnia 2023 (21:48)

Rozmowa z prof. dr. hab. Pawłem Soroką, pracownikiem Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych, koordynatorem Polskiego Lobby Przemysłowego

Panie Profesorze, Donald Tusk twierdzi, że jego rząd dbał o bezpieczeństwo Polski i Polaków, a Prawo i Sprawiedliwość zniszczyło wszystko. To może przypomnijmy, jakie są fakty, jaka była doktryna obronna Tuska?

– Przede wszystkim nie umacniano naszej obecności wojskowej na wschodnich krańcach Polski, a zarazem na wschodniej flance NATO. Co więcej, niektóre jednostki były za rządów koalicji PO-PSL likwidowane. Na stronach KPRM można zobaczyć „mapki hańby” pokazujące jednostki organizacyjne Sił Zbrojnych RP, posterunki policji oraz bazy wojskowe zlikwidowane pod rządami Platformy oraz odtworzone czy odtwarzane obecnie za rządów Zjednoczonej Prawicy. Likwidacja jednostek była pokłosiem szumnie nazywanej „profesjonalizacji polskiej armii”. To były tendencje obecne w armiach różnych państw, z tym że w przypadku Polski nie stworzono poważnej alternatywy dla rezerw. Chodziło oczywiście o Obronę Terytorialną i dopiero decyzja o utworzeniu Wojsk Obrony Terytorialnej z końca 2016 roku, a więc po objęciu rządów przez PiS spowodowała, że zaczęto tworzyć rezerwy dla profesjonalnej armii zawodowej. Jak wiemy, terytorialsi to żołnierze, którzy na co dzień pracują zawodowo, ale ciągle ćwiczą, są nieźle uzbrojeni i stanowią zaplecze kadrowe dla zawodowej armii. Część z nich staje się żołnierzami zawodowymi, ale wszyscy są dobrze wyszkoleni i gotowi do współdziałania z wojskami operacyjnymi – zwłaszcza na swoim terenie. Ich walorem jest bowiem to, że są to żołnierze mocno związani z terenem, gdzie te brygady powstają. Zatem żołnierze ci doskonale znają obszar, co jest niezwykle ważne. Decyzja o stworzeniu WOT-u była jak najbardziej słuszna, przy czym była to decyzja nie rządów koalicji PO-PSL, ale rządu Zjednoczonej Prawicy. W ramach tzw. profesjonalizacji polskiej armii za rządów PO-PSL owszem – powstał pomysł utworzenia Narodowych Sił Rezerwy, z tym że realizacja tego programu szła bardzo topornie. Co więcej, nie był to program przewidziany na taką skalę jak Wojska Obrony Terytorialnej.

Widać z tego, że rząd Tuska profesjonalizację polskiej armii rozumiał tylko w jednym aspekcie: dotyczącym ograniczenia liczby żołnierzy i likwidacji jednostek?  

– Rzecz jasna, że tzw. profesjonalizacja armii powodowała ograniczenie liczby żołnierzy, a co za tym idzie: zmniejszenie nakładów na modernizację armii. Można powiedzieć, że stosowano filozofię znaną już wcześniej, że Wojsko Polskie ma być przygotowane przede wszystkim do udziału w misjach zagranicznych. I temu wszystkie działania były podporządkowane. Koncentrowano się zatem nie na obronie terytorium własnego kraju – jeśli zostałby on zaatakowany, to byłby zagrożony – ale głównie pod kątem misji zagranicznych. I do tego profesjonalne, zawodowe wojska oczywiście się nadawały.

Jakie straty poniosła Polska za rządów Donalda Tuska w sferze uzbrojenia?

– Jeśli chodzi o postawę rządu Donalda Tuska w odniesieniu do polskiej armii, to znamienne i wiele mówiące jest stwierdzenie ówczesnego ministra finansów Jana Vincenta-Rostowskiego, który zapytał: „Po co Polsce Marynarka Wojenna?”. Pamiętam, byłem na spotkaniu Business Center Club, w którym uczestniczył ówczesny prezydent, Bronisław Komorowski, i na pytanie dotyczące Marynarki Wojennej ten wówczas przecież zwierzchnik Polskich Sił Zbrojnych odpowiedział, że Polsce wystarczy potencjał jedynie do obrony Wybrzeża, czyli m.in. baterie nabrzeżne. Mówiąc to, posłużył się argumentem z 1939 r., że kiedy wybuchła II wojna światowa, to Polska Marynarka Wojenna ewakuowała się do Wielkiej Brytanii. Za rządów Tuska nie podjęto też decyzji dotyczącej floty podwodnej, co bezwzględnie już wtedy należało zrobić. Było przecież wiadomo, że byliśmy w posiadaniu czterech okrętów podwodnych – po remoncie pozyskanych od Norwegów – tzw. kobbenów produkcji niemieckiej, które z racji na wiek – 40 lat – były przewidziane do wycofania ze służby. Mając tego świadomość, należało wcześniej rozpocząć Program Orka mający na celu pozyskanie kilku okrętów podwodnych, albo przynajmniej przygotować jakieś rozwiązanie pomostowe, czyli np. kupić używane okręty po to, żeby zachować potencjał kadrowy – skądinąd bardzo cenny, jeśli chodzi o okręty podwodne. Okręty podwodne wymagają bowiem bardzo wysoko wyszkolonej kadry, marynarzy, ale za rządów Donalda Tuska nie zrobiono nic w tej kwestii. To m.in. spowodowało, że Marynarka Wojenna jest najbardziej niedoinwestowanym obszarem Polskich Sił Zbrojnych. Dopiero teraz mają zapaść decyzje dotyczące wspomnianego Programu Orka. Póki co nie mamy floty podwodnej, mamy tylko jeden okręt Orzeł – produkcji radzieckiej, który jest w złym stanie, bo z uwagi na złe relacje z Rosją nie ma części zamiennych i jednostka ta ciągle ulega awariom i de facto już się nie zanurza.

Nie wygląda to dobrze?

– Na razie wygląda to źle, choć pojawiają się pierwsze jaskółki. Jedną z nich jest wprowadzenie na uzbrojenie niszczycieli min Kormoran wyprodukowanych przez polskie stocznie oraz Program Miecznik, który zakłada budowę trzech fregat wielozadaniowych, które powstają we współpracy z partnerem brytyjskim. Natomiast do momentu objęcia rządów przez PiS Marynarka Wojenna się zwijała. Większość okrętów będących na stanie przekroczyła 30 lat i siłą rzeczy schodziła z uzbrojenia. Niestety nie było decyzji dotyczących przyszłości Marynarki Wojennej.

Ale Marynarka Wojenna to tylko jeden z obszarów polskiej obronności. Proszę powiedzieć, jak to wyglądało w pozostałych obszarach. Jak nazwać chociażby likwidację Wojsk Rakietowych? 

– To rzeczywiście było działanie bezrefleksyjne, świadczące o braku jakiegokolwiek rozeznania, jeśli chodzi o obronność w ogóle. Jaką rolę odgrywają wojska, czy w ogóle broń rakietowa we współczesnych konfliktach – to najlepiej widzimy dzisiaj, podczas wojny na Ukrainie. Oprócz tradycyjnych rakiet dochodzą także środki bezzałogowe, a więc drony. Natomiast my – jeśli chodzi de facto o historię – to mieliśmy dość silne wojska obrony przeciwlotniczej, ale były one dość stare, bo produkcji poradzieckiej, i były one stopniowo wycofywane. Najpierw wycofano rakiety o krótkim zasięgu typu Wołchow. Wycofane zostały też rakiety średniego zasięgu Krug – produkcji radzieckiej – ziemia-powietrze ze Skwierzyny, gdzie była brygada rakietowa. Natomiast pozostały tylko dywizjony rakiet S-125 Newa z początku lat 70., użyte podczas wojny na Bliskim Wschodzie w 1973 roku, które służą tylko dzięki modernizacji przeprowadzonej przez Wojskowe Zakłady Elektroniczne w Zielonce przy udziale Wojskowej Akademii Technicznej. I tylko to zostało do obrony dużych aglomeracji. Wiele mówiono o uruchomieniu Programu Narew, ale za czasów rządów Tuska i Kopacz nic w tym kierunku nie zrobiono. Owszem, pewne prace, aby program obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu był wdrożony, trwały w biurach konstrukcyjnych – głównie wokół PIT RADWARU SA – jednego z największych i najistotniejszych dla bezpieczeństwa państwa polskiego podmiotów przemysłu obronnego. Tak czy inaczej sprawa jest bardzo opóźniona, podczas gdy można to było zrobić wcześniej i ten program mógł już co najmniej pięć lat temu gotowy. Tymczasem dopiero teraz zapadły decyzje, żeby ten proces przyspieszyć i program wdrożyć. Warto też wspomnieć, że Brygady Rakietowe wyposażone były w zestawy Łuna i Toczka, oczywiście chodzi o rakiety ziemia-ziemia użyte m.in. podczas wojny na Ukrainie. U nas zostały one wycofane pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku i na to miejsce nic nie powstało – mimo iż polski przemysł zbrojeniowy opracowywał Program Homar, ale wtedy to były tylko przymiarki. Tak czy inaczej po wycofaniu wspomnianych zestawów wojska rakietowe zostały de facto zlikwidowane, a zostały jedynie rakiety takie jak langusta.

Pozostaje jeszcze kwestia nowego systemu obrony przeciwlotniczej Polski tworzonego w ramach Programu Wisła?

– Dotyczy to zestawów amerykańskich patriotów, ale decyzja w sprawie ich pozyskania została podjęta już za obecnego rządu. Jak wiemy, na razie są dwie baterie, potem mają być następne. System obrony powietrznej Polski jest zatem w tej chwili bardzo osłabiony i właściwie dopiero teraz zapadają decyzje o poprawie tego stanu. Natomiast lata rządów koalicji PO-PSL to czas, kiedy owszem – dużo się mówiło, ale żadnych działań nie podejmowano, a wiekowe systemy poradzieckie schodziły z uzbrojenia. I to jest jedno z największych zaniedbań rządów Donalda Tuska – co ciekawe, dotyczące tak ważnej dla wszystkich Polaków kwestii, jaką jest bezpieczeństwo państwa.

Z czego wynikała ta polityka destrukcji i osłabiania państwa polskiego?     

– To wynikało już ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, którą przyjął ówczesny prezydent Bronisław Komorowski. Tam pojawiły się sformułowania dotyczące zagrożeń i, o dziwo, znalazł się tam zapis, że Europie nie grozi duży konflikt, zagrożenie ze strony Rosji. W związku z tym położono nacisk na realizację misji pokojowych i udziału w nich polskich żołnierzy. Jak widać, nie brano pod uwagę zagrożenia ze strony Rosji, która mając tego świadomość, zbroiła się i przygotowywała plany agresji. Zatem zlekceważono zagrożenie ze strony Rosji, co było jednym z podstawowych błędów i przyczyną zmniejszania liczebnego polskiej armii i niskiego poziomu wyposażenia Wojska Polskiego. Myślę, że ta bezrefleksyjna postawa i –będąca jej wynikiem – strategia Komorowskiego powinny być poddane szerszej analizie, aby pokazać, jak pewne sprawy dotyczące bezpieczeństwa państwa polskiego za rządów PO-PSL zbagatelizowano.

Zlikwidowano ponad sześćset jednostek wojskowych, a Polska za rządów Platformy – jeśli już – to miała być broniona dopiero na linii Wisły…

– Tak to zdefiniowano. Nie tworzono więc nowych, a już istniejące jednostki wojskowe likwidowano. Przykładowo brygada w Lublinie została zlikwidowana. I dopiero za rządów PiS zlikwidowane jednostki są odtwarzane.  

Jeśli chodzi o lotnictwo, to zaniedbania ekipy Tuska są podobne jak w innych obszarach?

– Było sprawą oczywistą, że samoloty poradzieckie – mam na myśli samoloty uderzeniowe Su-22 z drugiej połowy lat 80., które teraz w liczbie 18 jeszcze stacjonują w Świdwińskiej 21. Bazie Lotnictwa Taktycznego, a przypomnę, że wcześniej mieliśmy ich ponad sto, też z uwagi na wiek będą wycofywane, zresztą podobnie jak MiG-i 29. Należało więc odpowiednio wcześniej podjąć decyzję o zakupie nowych samolotów – mam tu na myśli m.in. samoloty F-35.

Polskie Lobby Przemysłowe skrytykowało decyzję min. Mariusza Błaszczaka o zakupie F-35 bez offsetu…

– To prawda, ale warto zauważyć, że gdyby Polska wcześniej – czyli za rządów PO-PSL – przystąpiła do tego programu, podobnie jak zrobiły to inne kraje, to ten offset z pewnością byłby, natomiast potem było już za późno. Ale jak wspomniałem, niektóre kraje przystąpiły do projektu, biorą w nim udział i korzystają chociażby z możliwości produkcji niektórych elementów u siebie.

Jakie zgliszcza w sferze obronności pozostawiła Platforma obecnej ekipie, zakładając, że ze strony rosyjskiej nie ma żadnego zagrożenia?

– To było całe pasmo błędów, czego efektem są zaległości, jakie teraz musimy nadrabiać, zwłaszcza że zagrożenie realne ze strony rosyjskiej jest aktualne, co widzimy na Ukrainie. Przy czym wiadomo, że jeśli chodzi o nadrobienie zaległości w uzbrojeniu produkowanym zarówno w kraju, jak i zagranicą, to są to kwestie nie miesięcy, ale lat. Negocjacje, umowy i realizacja to jest proces, którego nie da się zbytnio przyspieszyć. Pozostaje też kwestia odpowiedniego wyszkolenia załóg obsługujących taki czy inny sprzęt, a to wymaga czasu, sił i środków. Jest też konieczna budowa odpowiedniej bazy logistycznej, zwłaszcza jeśli chodzi o samoloty np. F-35. Podobnie było w przypadku F-16, gdzie trzeba było wybudować dwie nowe bazy w Krzesinach oraz w Łasku. A to wymaga czasu. Tak czy inaczej zapóźnienia po rządach PO-PSL są duże i teraz trzeba to wszystko nadrabiać. To spowodowało, że system obrony Polski był bardzo osłabiony i teraz to wszystko wychodzi, i to w sytuacji, kiedy za naszą granicą trwa regularna wojna.

Tymczasem, niejako w nagrodę, Tomasz Siemoniak, który był szefem MON za rządów koalicji PO-PSL, który dowodził likwidacją i zwijaniem polskiej armii, w ocenie Donalda Tuska ma duże zasługi, bo wziął rzekomo na siebie naprawę polskiej armii, i w nagrodę ma się znaleźć wysoko na listach wyborczych Platformy…

– Tomasz Siemoniak był głównym realizatorem polityki obronnej tamtej ekipy. Dlatego główna odpowiedzialność za działania w sferze zwijania polskiej armii spoczywa właśnie na nim. Patrząc na hipokryzję Donalda Tuska i na to, co głosi na swoich spotkaniach, nie można wykluczyć, że gdyby Platforma z powrotem przejęła władzę w Polsce, to podział ról byłby podobny do tego sprzed lat.

                Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki