Bandycka armia u granic Polski
Czwartek, 3 sierpnia 2023 (20:24)ROZMOWA / z prof. Piotrem Grochmalskim, ekspertem ds. bezpieczeństwa i geostrategii
Do Grodna, w okolicę przesmyku suwalskiego, przybyło około stu najemników rosyjskiej Grupy Wagnera. Czy to może oznaczać, że wkrótce będziemy mieli do czynienia z jakąś prowokacją?
– Przewidywałem, że wagnerowcy zostaną rozłożeni wzdłuż granicy z Polską i Litwą na poligonach pod Grodnem, pod Baranowiczami i w Brześciu. Tego typu formacje wykorzystuje się do działań poniżej progu wojny, czyli różnego rodzaju operacji hybrydowych, destabilizacyjnych.
Ma to być więc forma zastraszania Zachodu?
– Oczywiście: zastraszania, destabilizowania, prowadzenia rozległej wojny hybrydowej. Stąd mamy do czynienia z dyslokacją dużych formacji wojskowych. Przypomnę, że to już kolejny, 14. transport najemników Wagnera, który wahadłowo pojawia się na Białorusi. Jewgienij Prigożyn nadal jest instrumentem Putina i nadal realizuje interesy GRU, mimo że Putin próbuje nam wmówić coś zupełnie odwrotnego. Trudno sobie jednak wyobrazić, że Łukaszenka, wbrew woli Putina, przyjmuje na swoim terenie bandycką armię, która, po pierwsze, demoralizuje, zastrasza ludzi, a po drugie, ma wystarczający potencjał, żeby go obalić. Jeśli Łukaszenka oddaje wagnerowcom poligon pod Grodnem i pozwala na manewry w Brześciu, jeśli widzimy, że ta grupa jest wyposażona w artylerię i amunicję, to przekaz jest jednoznaczny: wagnerowcy czują się na Białorusi jak u siebie w domu, bo mają na to przyzwolenie Putina.
Panie Profesorze, wiemy, jaka jest liczba wagnerowców na Białorusi, wiemy, gdzie się przemieszczają. Czy możemy się domyślać, do czego zostaną użyci?
– Wiemy, ponieważ znamy charakterystykę operacji, które przeprowadzali. To dywersja, sabotaż, organizowanie nielegalnych przemytów. Wiemy, że byli specjalistami od czarnego rynku handlu ludźmi, tworzenia korytarzy transportowych. Dodatkowo Putin z jednej strony rozmawia z przywódcami afrykańskimi podczas szczytu Rosja – Afryka, a z drugiej strony blokuje umowy zbożowe, które przewidują dostarczenie im żywności. Takie działania mogą wywołać większy impuls uchodźczy z państw afrykańskich, niż to było dwa lata temu.
Czyli zagrożenie obecnością wagnerowców na Białorusi ma charakter długofalowy i bezpośredni?
– Tak. Zagrożenie najbliższe to działania dywersyjne. Możemy sobie wyobrazić, że ci wagnerowcy, którzy są specjalistami od dywersji, będą szkolić w obozach migrantów, będą starać się przenikać przez granicę polską i doprowadzać do różnego rodzaju dywersji, sabotażu, aby uczynić tę granicę gorącą, aby ją zdestabilizować. To jest kluczowa sprawa z punktu widzenia dostaw broni na Ukrainę. Chodzi też o to, żeby zmęczyć tą sytuacją państwa zachodnie. Cały czas Rosjanie prowadzą narrację, że Polacy nienawidzą Rosjan, że chcą doprowadzić do rozbioru Białorusi i Ukrainy i wciągnąć świat w globalny konflikt. Co więcej, nawet Chińczycy w tej chwili zaczynają w propagandzie prowadzić tę samą narrację. A niedawno Putin powiedział, że jakakolwiek próba naruszenia granicy białoruskiej przez Polskę spotka się z twardą odpowiedzią Rosji. Być może będziemy mieć więc do czynienia z sytuacją, że wagnerowcy założą mundury służby granicznej białoruskiej i będą przenikać w grupy migrantów. Ale też bardzo prawdopodobny jest scenariusz, że założą polskie mundury i będą jako „Polacy” napadać na Białoruś. Że będą jako niby-Polacy atakować ludność białoruską. Nie można wykluczyć takich działań kilkukierunkowych, łącznie z próbami rozmontowywania muru na granicy polsko-białoruskiej i innych polskich zabezpieczeń. Ich działania na pewno będą eskalować. To będzie jak rak, który infekuje, szuka słabych punktów. Chodzi o maksymalne wyczerpanie, zamęczenie polskich służb.
A jaka jest daleka perspektywa działań Rosjan?
– Nękanie długofalowe przybiera formę wojny hybrydowej, która ma wpłynąć psychicznie na Polaków: ma ich zmęczyć, ma doprowadzić do zniszczenia ich woli w wymiarze wojny mentalnej. Chodzi o pokonanie zdolności Polaków do obrony przed państwem rosyjskim, przekonanie ich o tym, że Rosjanie nie ustąpią, a na pewno nie przegrają.
Czy polskie służby są przygotowane na taki rozwój sytuacji?
– Działamy z wyprzedzeniem. Ale to jest bardzo skomplikowany proces. Mamy do czynienia z bandytą, który szuka sposobu, aby kogoś zabić. Dlatego nie jest łatwe być przygotowanym na wszystkie możliwe warianty. Ale Polska czyta zamiary Putina i z wyprzedzeniem realizuje własną obronę. Tak było też w przypadku budowy infrastruktury osłaniającej polską granicę. To jest związane też z rozbudową naszego potencjału militarnego. Ale bardzo istotnym elementem jest odporność społeczeństwa, podnoszenie samoświadomości Polaków, czym jest państwo i wspieranie tego wszystkiego, co dotyczy bezpieczeństwa naszej wspólnoty narodowej.
Jaką rolę w kalkulacjach Putina odgrywają zbliżające się wybory w Polsce?
– Putinowi zależy na tym, aby osłabić czy też zdestabilizować opinię publiczną, wywołać pewne napięcia. A kiedy czytamy media rosyjskie uważnie, to jest w nich wyrażana duża sympatia wobec Donalda Tuska. Pisze się o nim jako o rozsądnym polityku, który był otwarty na współpracę z Rosją. Czyli mamy do czynienia z taką narracją, która z jednej strony jest bardzo agresywna, brutalna, bezwzględna, chamska wobec Polski i Polaków. A z drugiej strony dzisiejsza opozycja pokazywana jest w kategoriach wspaniałego ruchu demokratycznego. Putinowski reżim chwali Tuska. W rachubach rosyjskich brane jest pod uwagę to, że w Polsce wkrótce odbędą się wybory. Dla nich nasz kraj jest kluczem do zwycięstwa nad Ukrainą. Proszę pamiętać, że żaden rząd nie jest w stanie dokonać skutecznej obrony państwa i jego suwerenności bez woli i wsparcia ze strony narodu, bo państwo demokratyczne, jakim jest Polska, jest własnością wspólnoty.
Jaką narrację prowadziła i prowadzi dziś opozycja?
– Mówi o państwie PiS-owskim, o armii PiS-owskiej. Cały czas uderza w fundamenty państwa. Takie działania totalnej opozycji, przede wszystkim Platformy Obywatelskiej, wpisują się właśnie w elementy wojny hybrydowej projektowanej przez Moskwę. Nawet w państwach, w których społeczność rosyjska jest znaczna, choćby w Estonii czy na Łowie, tamtejsza opozycja nie zachowuje się tak, jak ma to miejsce w Polsce. Pamiętajmy, że celem prowadzonej przez Rosję wojny hybrydowej jest niszczenie państwa, anarchizacja społeczeństwa, podważenie spójności społecznej, rozmontowywanie fundamentalnych instytucji stojących na straży bezpieczeństwa RP. Pamiętajmy, że państwo jest bardzo skomplikowanym mechanizmem. Obszary bezpieczeństwa, za które odpowiedzialne jest państwo, są zabezpieczane przez wyspecjalizowane, bardzo rozbudowane struktury. I wszystkie one, ku zachwytowi Rosji, były atakowane przez naszą totalną opozycję w sposób skrajny, emocjonalny. Takiej agresji nie ma nawet w większości propagandy rosyjskiej skierowanej przeciw państwu polskiemu. Przypomnijmy chociażby poniżanie szeregowych żołnierzy czy policji. Takie ataki nie pozostają bez śladu. A ten efekt jest celem wojny hybrydowej Rosji. Chodzi o niszczenie tkanki społecznej, o niszczenie instytucji państwa polskiego. To, co w tej chwili jest czynione, nie zostaje bez śladu i osłabia nasze zdolności. Warto o tym pamiętać. Z drugiej strony mądrość społeczeństwa polskiego i pewna intuicja związana z odczytywaniem, co jest kwestią polskiej racji stanu, a co nie jest, powoduje, że te skutki nie są takie, jakie mogłyby być, gdyby ten przekaz głęboko trafiał do przekonania opinii publicznej.
Czy wagnerowcy to superelitarna grupa wyszkolona w szkołach wywiadu i Specnazie, czy raczej pospolici bandyci, kryminaliści, którzy bez skrupułów potrafią mordować?
– Elitarność wagnerowców to mit. Ale mają w swoich szeregach ludzi, którzy przeszli walki w Bachmucie i którzy potrafią skutecznie wykorzystywać drony bojowe. Mogą nimi np. dokonywać przełomów w barierze na granicy. Nie przeceniałbym wyszkolenia wagnerowców, ale na pewno nie można też ich lekceważyć.
Kto dowodzi najemnikami przebywającymi na Białorusi?
– Obecnie białoruską grupą dowodzi 47-letni Siergiej Czubko, urodzony w 1976 r. na Zachodniej Ukrainie, w Czerniowcach leżących przy granicy z Rumunią. Pochodzi z rodziny sowieckich wojskowych, którzy uczestniczyli jeszcze w operacji afgańskiej. Po rozpadzie Związku Sowieckiego przenieśli się do Rosji. W połowie lat 90. Czubko wstąpił do wojsk powietrzno-desantowych i uczestniczył w II wojnie czeczeńskiej. Opuścił armię w 2002 r. i działał w lokalnej administracji w Noworosyjsku. Bodaj w 2017 r. wstąpił do wagnerowców i uczestniczył w wojnie syryjskiej. Tam brał udział w zdobyciu Palmyry. To wydarzenie było przyczyną wielkiego konfliktu, który wybuchł między Szojgu, rosyjskim ministrem obrony, a Prigożynem, który finansował wagnerowców. Putin dostał dwa raporty: od szefa Grupy Wagnera i od ministra obrony. Obaj przypisywali sobie zdobycie Palmyry. Szojgu podobno się wściekł. W zemście zaczął blokować płatności dla Prigożyna w ramach zawartych wcześniej gigantycznych kontraktów między ministerstwem obrony a prywatnymi firmami Prigożyna. Ten skierował sprawę do sądu. Wygrał duże odszkodowania. To jeszcze bardziej rozsierdziło Szojgu. Gdy Grupa Wagnera w lutym 2018 r. wykonywała tajną operację w Syrii, której celem było odbicie z rąk Kurdów pól naftowych, Szojgu wystawił na patelni Amerykanom ludzi Prigożyna. Gdy zapytali rosyjskie dowództwo, czy są to ich ludzie, Szojgu zaprzeczył. Wówczas siły USA niemal w pień wycięły wagnerowców. Miało ich zginąć ponad 400. Jednym z ocalałych był Czubko. Było to pierwsze w historii zbrojne starcie Rosjan z Amerykanami.
Można więc powiedzieć, że Czubko doświadczył już w swoim życiu konfrontacji z NATO-owską armią.
– Potem w Libii Prigożyn zrobił go szefem sztabu wagnerowców. Od kwietnia ub.r. wagnerowcy weszli do walk w trakcie ukraińskiej wojny. Walczył też w Bachmucie. Nie ma wątpliwości, że jego doświadczenia z tylu lat realnej walki będą teraz wykorzystywane. Obecność wagnerowców ma być swoistym straszakiem na państwa NATO, zwłaszcza na znienawidzoną przez Putina Polskę. Pamiętajmy, że Łukaszenka zgodził się, aby armia rosyjska uderzyła z jego obszaru na Ukrainę, co powoduje, że on od samego początku, od pierwszych godzin wojny – z punktu widzenia prawa międzynarodowego – jest stroną tego konfliktu. Ponadto Łukaszenka rzekomo zaprosił armię rosyjską i poprosił Putina o to, żeby rozmieścił taktyczną broń atomową na Białorusi. Dla wszystkich to jest jasne, że realne rozmieszczenie takich taktycznych ładunków na Białorusi oznaczałoby, że Białoruś jest w zasadzie znów przyspawana do Rosji. W tym realnym wymiarze Łukaszenka oddał wszelkie pozory białoruskiej suwerenności. Wiemy, że ostatecznie broń atomowa na Białorusi się nie pojawiła, czyli nie pojawił się najmocniejszy starszak wymierzony w państwa NATO. Dlatego teraz straszy się Grupą Wagnera.