• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Największa geopolityczna komedia współczesnej historii

Niedziela, 30 lipca 2023 (13:29)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

Panie Profesorze, jak z perspektywy czasu Olaf Scholz radzi sobie z rolą kanclerza Niemiec?

– Tak naprawdę Olaf Scholz niewiele różni się od Angeli Merkel, tyle tylko że przyszło mu sprawować władzę w o wiele trudniejszych warunkach. Kanclerz Scholz rządzi, zbierając gorzkie owoce polityki swojej poprzedniczki Angeli Merkel, dlatego wygląda to tak, jak widzimy. Jeśli z Rosją byłby spokój, gdyby dobrze układały się stosunki handlowe z Moskwą, to pewnie oceny Olafa Scholza byłyby bardziej pozytywne i mówiono by, że jest to kanclerz sukcesu. Jednak polityka, którą przez lata lansowała Angela Merkel, zbankrutowała i Olaf Scholz w to wszedł, nie bardzo mając pomysł, co z tym wszystkim zrobić. Inna sprawa, że Niemcy w ogóle nie miały i nie mają specjalnie pomysłu, jak wybrnąć ze ślepej uliczki, w jaką się wpakowali na własne życzenie. Nie bardzo wiedzą, jak w nowej rzeczywistości prowadzić politykę bez dotychczasowych strategicznych założeń geopolitycznych i gospodarczych, dzięki którym zbudowali swoją dominację w Europie.

Olaf Scholz jest jednak nie politykiem znikąd, ale doświadczonym graczem i chyba świadomie wchodził w to polityczne bagno?

– Owszem. Warto jednak mieć na względzie, że kanclerz w Niemczech jest nie organem samodzielnym, ale reprezentantem biznesu, przemysłu oraz lobby związanego z gospodarką. Przecież nie jest żadną tajemnicą, że przez długie lata istniało porozumienie, była nawet koalicja chadeków i socjaldemokratów, co tylko pokazuje, że różnice między tymi formacjami są czysto iluzoryczne, umowne. I Olaf Scholz właściwie tylko wszedł w buty, które od dziesięcioleci, od kanclerza Willy’ego Brandta, były szyte. Inna sprawa, że nie bardzo miał jakieś pole manewru, a na pewno nie był na tyle stanowczy czy charyzmatyczny, żeby zmienić istniejący i przekazywany z urzędu na urząd układ. Dlatego można powiedzieć, że Olaf Scholz zbiera owoce polityki niemieckiej prowadzonej od dziesięcioleci i jest jej przedłużeniem.

Oględnie mówiąc, Niemcy sobie nie radzą, transformacja energetyczna odbija się im czkawką i – jak pisze „Die Welt” – są w dołku politycznym oraz gospodarczym…

– Zgoda, ale to tylko nam, stojącym z boku, się wydawało, że te sukcesy gospodarcze Niemiec, że to wszystko jest oparte na niemieckiej innowacyjności, sprawności zarządzania itd. Tymczasem kiedy się okazało, że te wszystkie przewagi, jakie Niemcy zyskali, to jest owoc polityki wschodniej nakierowanej na współpracę z Chinami oraz Rosją, czyli tanie surowce energetyczne, paliwa, gaz, węgiel itd., i kiedy się nagle okazało, że tego wszystkiego nie ma, to i konkurencyjność niemiecka się kończy, okazuje się mitem. Pamiętajmy też, że Niemcy mają duże transfery socjalne, potężne obciążenia podatkowe, a do tego mają poważne problemy społeczne związane z bezrefleksyjną polityką migracyjną. Ponadto kiedy się okazało, że ich produkty nie są tak innowacyjne, tak atrakcyjne jak produkty azjatyckie, że były tylko solidne starą solidnością, a tanie ze względów na niższe koszty produkcji spowodowane układami energetycznymi z Rosją, i kiedy po rozpoczęciu wojny przez Putina to wszystko nagle siadło, to skończyła się też niemiecka konkurencyjność. I to pociąga za sobą masę różnych problemów. Fakty są takie, że Niemcy zdobyli sobie przewagę na różnych polach w ten sposób, że układali się z krajami totalitarnymi kosztem państw sojuszniczych. I to jest ta słynna „niemiecka marka”, stąd wynikały te rozmaite przewagi, którymi tak się szczycili, dyktując warunki innym.

Sytuacja, w jakiej znalazły się Niemcy, powoduje wzrost poparcia dla Alternatywy dla Niemiec, która staje się drugą siłą polityczną w Niemczech…

– To jest tylko jedna z wielu przyczyn. Pamiętajmy, że Alternatywa dla Niemiec to formacja, która chce jeszcze bardziej resetu z Rosją niż pozostałe partie, a przynajmniej w sposób otwarty to deklaruje. De facto jest partią prorosyjską. Pomysł był taki, że na bazie korzystnych uwarunkowań m.in. dlatego, że Niemcy mają tani gaz z Rosji i dobry układ handlowo-gospodarczy z Chinami, mogą sobie tak ułożyć gospodarkę wewnątrz Unii Europejskiej, a poprzez Unię zmusić świat do transformacji energetycznej, że będą z tego tylko i wyłącznie korzystać i zarabiać krocie. Gaz miał być zatem paliwem przejściowym do transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii itd. Chodziło o to, żeby przyblokować wznoszące, dobijające się do konkurencyjności gospodarki, które siłą rzeczy spychałyby przemysł niemiecki z rynków światowych. Wymyślali więc i wymyślają nadal na unijnej arenie rozmaite obostrzenia, które mają hamować rozwój konkurencyjności innych państw. Dlatego wymyślono transformację energetyczną, która pogrążyłaby kraje rozwijające się i doprowadziła do sytuacji, kiedy z uwagi na drogą energię nie będą one w stanie konkurować na rynku. Natomiast Niemcy mieli im sprzedawać zieloną technologię i dalej wieść prym w Europie. Skoro nie ma taniego gazu, na którym miała być oparta ta zielona transformacja, to ni stąd, ni zowąd same Niemcy wpychają się w kryzys i de facto ponoszą konsekwencje transformacji, którą wymyślili, aby zafundować innym ciężary. Alternatywa dla Niemiec podnosi te kwestie, krytykując ideologów unijnych, którzy ten proces przyspieszają. Niemcy, którzy to widzą, zaczynają się burzyć, że polityka, o której wspomniałem, obróciła się przeciwko nim samym i dobija nie – jak było w założeniu – inne kraje, ale właśnie ich. Dlatego jak tak dalej pójdzie, to głównym państwem eurosceptycznym mogą stać się Niemcy. Nie Polska, którą odsądzano od czci i wiary, która miała wychodzić i rozbijać Unię Europejską, tymczasem może się niedługo okazać, że to Niemcy będą tym krajem. I to będzie największa geopolityczna komedia współczesnej historii.

Zatem wzrost notowań dla Alternatywy dla Niemiec to nie jest tylko efekt świeżości, co więcej, tendencja ta może utrzymać się dłużej?

– To będzie zależało od tego, w jakim stanie będzie oraz czy i w jakim tempie będzie się rozwijała niemiecka gospodarka. Proszę zwrócić uwagę, że Niemcy mają ogromne problemy społeczne związane z imigrantami. Najlepszym tego przykładem są ostatnie afery tzw. basenowe, gdzie rdzenni Niemcy – zwłaszcza kobiety – boją się korzystać z publicznych kąpielisk z uwagi na zachowania muzułmańskich imigrantów. Ponadto Niemcom coraz bardziej dają się we znaki problemy związane z rosnącymi cenami energii, co przekłada się m.in. na zastój gospodarczy. I jeśli ten stan się utrzyma, to Alternatywa dla Niemiec będzie rosła w siłę. Oczywiście zyskają też radykalne formacje, bo partie lewicowe – np. SPD – są wręcz szaleńcze w swoich pomysłach ideologicznych, gospodarczych i jeśli miałyby dłużej wpływ na władzę, to pogrążyłyby nie tylko Niemcy, ale też całą Europę w stagnacji. Przy kryzysie, z jakim mamy dzisiaj do czynienia, forsowanie silników elektrycznych generuje niesamowite koszty, a to jest prosta droga do zapaści niejednej gospodarki. Jak widać, ta zielona ideologia kompletnie wymknęła się spod kontroli, a jej piewcy prześcigający się między sobą z chorymi pomysłami kompletnie oderwali się od rzeczywistości. To wszystko w perspektywie światowej, w rywalizacji szczególnie z szybko rozwijającymi się krajami azjatyckimi – to wszystko stawia Europę w ogonie, czyni ją niekonkurencyjną. I to jest szaleństwo, które jeśli nie zostanie powstrzymane, może mieć zgubne skutki. Jednak nie widać, żeby niemieckie partie chciały z tego wyjść, z tego zrezygnować – poza Alternatywą dla Niemiec. To z kolei może wygenerować konflikt polityczny na dużą skalę zwłaszcza, że Alternatywa dla Niemiec nie jest formacją jednorodną nurtowo w sensie ideologicznym, jest w istocie partią protestów, ale po drugiej stronie jest szaleństwo ideologiczne. Zobaczymy więc, co z tego konfliktu się urodzi.

Pewnym probierzem i wyznacznikiem, jak może się ukształtować scena polityczna w Niemczech, będą wybory w krajach związkowych we wschodnich Niemczech, które odbędą się w przyszłym roku. Co ciekawe, Alternatywa dla Niemiec już dzisiaj jest tam zdecydowanie najpotężniejszą siłą…

– To prawda, dlatego już się pojawiają pomysły, czy dopuścić – jakby nie było – formację antyestablishmentową, jaką jest Alternatywa dla Niemiec, do współrządzenia. Są też próby zablokowania tego procesu, ale tamować można tylko do pewnego momentu, bo jeśli masa krytyczna zostanie przekroczona, to próby tamowania mogą okazać się nieskuteczne. Podobna sytuacja ma miejsce we Francji.

Jak po wojnie na Ukrainie – zważywszy na prorosyjskość Alternatywy dla Niemiec –może wyglądać polityka niemiecka? Czy po zakończeniu wojny i zwycięstwie Ukrainy możemy mieć powrót do dawnych relacji Berlina z Moskwą?

– Politycy Alternatywy dla Niemiec, ale też inne formacje marzą o zmianie władzy na Kremlu, a zatem o wprowadzeniu nowego resetu w relacjach z Rosją. Mają świadomość, że Putin to zgrana karta, że z nim już nie da się współpracować, że byłoby to zbyt duże obciążenie. Dlatego marzą, żeby na szczycie władz w Moskwie coś się zmieniło. Dlatego jeśli na Ukrainie czy gdziekolwiek indziej ktoś myśli, że Ukraina może zastąpić Rosję, to jest w błędzie. To jest niemożliwe, bo Ukraina jest zbyt małym krajem w porównaniu z Rosją – także biorąc pod uwagę interesy, jakie łączyły Moskwę z państwami Zachodu – głównie z Niemcami i Francją. Sytuacja jest jednak dynamiczna i w tym momencie trudno powiedzieć, jaki będzie finał tej gry. Pewne jest, że Putin przekroczył wszelkie granice, złamał wszelkie tabu i z nim już się nie da iść dalej. Proszę sobie przypomnieć, co mówiłem półtora roku temu: że z naszego punktu widzenia wcale nie byłoby dobrze, gdyby Putin przestał rządzić w Rosji, ponieważ jakakolwiek zmiana oddala Rosję od Zachodu i burzy pewne relacje, a nie wiadomo, kto zasiadłby na Kremlu. To się dzisiaj powoli zaczyna sprawdzać.  

              Dziękuję za rozmowę.

            

 

 

Mariusz Kamieniecki