• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Słowna ekwilibrystyka uprawiana przez Zachód

Sobota, 29 lipca 2023 (12:40)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej

Jak w Pana ocenie wygląda sytuacja na ukraińskim froncie po przeszło pięciuset dniach od rosyjskiej napaści?

– Sytuacja na pewno nie jest łatwa, ponieważ Rosjanie, zdaje się, umocnili się obronnie, a mówiąc dosłownie, to wkopali się w ten teren, a do tego zaminowali całe połacie okupowanej ukraińskiej ziemi. To powoduje, że wojskom ukraińskim bardzo ciężko jest posuwać się do przodu z kontrofensywą, a oczyszczenie tak dużych obszarów z min oczywiście wymaga czasu, pracy saperów. Toczące się walki, ostrzał rosyjski z całą pewnością dodatkowo utrudnia to i tak niełatwe zadanie. Mimo wszystko wydaje się, że zaczyna się zarysowywać główny kierunek uderzenia ukraińskiego w rejonie południowym, a więc nie w rejonie Donbasu, Bachmutu itd. Wygląda na to, że właśnie na południu ukraińska kontrofensywa będzie się rozwijać.

Ukraińcy odbijają okupowane terytoria, ale wolniej, niż zakładano. Chyba więc nic dziwnego, że nawet amerykański sekretarz stanu Antony Blinken stwierdza, że wojska ukraińskie wprawdzie odbiły już około 50 procent terenów zajętych początkowo przez siły rosyjskie, ale kontrofensywa potrwa jeszcze przynajmniej kilka miesięcy. Tylko czy Ukraińcy dysponują odpowiednim sprzętem, żeby pogonić rosyjskiego okupanta?

– Kontrofensywa zapewne potrwa jeszcze jakiś czas. Natomiast jeśli chodzi o sprzęt wojskowy, to mam nadzieję, że Ukraińcy dysponują odpowiednio nowoczesnym w znacznej ilości arsenałem dostarczanym przez Zachód. Oczywiście, z wiadomych względów nie znamy szczegółów co do ilości, jakości uzbrojenia, ale z drugiej strony nie wiemy też, jakie są możliwości militarne rosyjskiej armii. Na podstawie pewnego doświadczenia oraz tego, jak dotąd przebiegają działania wojenne oraz jak zachowuje się ukraińskie dowództwo, wydaje mi się, że kierownictwo ukraińskiej armii postępuje bardzo rozważnie, co więcej, w skuteczny sposób krok po kroku realizuje zamierzone cele. Zważając na to wszystko, raczej optymistycznie spoglądam na to, co dzieje się na froncie.

Tylko czy ukraińskie wojsko otrzymuje odpowiedni sprzęt na czas i na ile w działaniach kontrofensywnych byłyby pomocne tak oczekiwane przez Ukraińców samoloty F-16?          

– Myśliwce to jeden z elementów uzbrojenia, potrzebny zwłaszcza w sytuacji, kiedy rozwijane są działania na lądzie, gdzie wsparcie ze strony lotnictwa i osłona
z powietrza mają często bardzo istotne znaczenie. Szczęśliwie po stronie rosyjskiej też nie widać szczególnych zdolności operowania w przestrzeni powietrznej, więc Ukraina nie znajduje się w tak dramatycznej sytuacji, jak dajmy na to Polska w 1939 roku, kiedy Niemcy mieli ogromną przewagę w powietrzu. Natomiast gdyby po stronie ukraińskiej pojawiła się mocna osłona powietrzna,
a do tego niezbędne są samoloty, o które Ukraińcy zabiegają, a których – zdaje się – za szybko nie otrzymają, to na pewno zmieniłoby to przebieg działań na froncie na korzyść Ukrainy. Swoją drogą Ukraina zgłaszała dużo wcześniej, że potrzebuje samolotów. Pamiętamy chociażby, jak na początku wojny Polska deklarowała przekazanie MiG-ów 29, co – jak wiemy – było nawet pewnym skandalem w środowisku NATO-wskim. Dlatego nasza strona się z tego wycofywała, próbując przenieść to na Amerykanów, że to oni mają przekazać Ukrainie nasze samoloty, itd. Jednak – pomijając te szczegóły – widać, że dowództwo ukraińskie od początku tego konfliktu dostrzegało konieczne rozwiązania, żeby móc prowadzić skuteczne działania wypierające Rosjan ze swojego terytorium. Oczywiście ważne są w tym artyleria i zdolność prowadzenia uderzeń na dłuższym dystansie niż tylko do linii frontu, i w końcu się udało, bo taką artylerię rakietową strona ukraińska otrzymała i zaczęła jej skutecznie używać, podobnie zresztą jak ciężki sprzęt pancerny, m.in. czołgi i armatohaubice. To jednak nie wszystko, bo potrzebne są także myśliwce. Ukraińcy doskonale wiedzą, czego im potrzeba, a Zachód jak to Zachód, ma ciągle kłopot, żeby podjąć decyzje i na czas odpowiedni sprzęt stronie ukraińskiej przekazać.

No właśnie, czy Zachód się nie spóźnia z tymi dostawami, bo gdyby oczekiwania Ukraińców zostały spełnione wcześniej, bo później i tak zostaną, to pewnie udałoby się uniknąć wielu ludzkich tragedii?

– Bez wątpienia tak. Ukraina płaci krwią i zniszczeniami swojego kraju za spóźnione decyzje Zachodu.

Putin, świadom ograniczeń, jakie ma szeroko rozumiany Zachód, wykorzystuje ten fakt,
i to z premedytacją?         

– Nie inaczej. W jednej ze swoich refleksji, oceniając decyzje szczytu NATO w Wilnie, stwierdziłem, że dla mnie dobrym rozwiązaniem, które powinno zapaść na wspomnianym szczycie, byłoby oświadczenie, że NATO, po pierwsze – żąda od strony rosyjskiej, aby ta wycofała się, i to natychmiast, z terytorium Ukrainy, grożąc, że jeśli Moskwa tego nie zrobi, to Ukraina zostanie przyjęta
w szeregi Paktu Północnoatlantyckiego, a tym samym zostanie uruchomiany art. 5. Oczywiście wiemy, że takie rozwiązanie było i jest niemożliwe również z tego powodu, że struktury demokratyczne, w odróżnieniu od systemów totalitarnych, nie mają zdolności do podejmowania odważnych decyzji. A to z pewnością byłaby odważna decyzja, odważny krok. Tak jednak działa demokratyczny Zachód włącznie z państwem polskim, gdzie tego typu decyzji osoby odpowiedzialne nie są w stanie podjąć.
A skoro tak, to nie ma sposobu, żeby Rosję do czegoś zmusić, postawić Putina pod ścianą, bo do tego muszą być konkretne decyzje, a nie udawanie, że coś zrobimy, że Ukrainie coś damy, a potem nie dajemy, że Ukrainę wspieramy, ale w wojnie nie uczestniczymy – taka słowna ekwilibrystyka uprawiana przez świat Zachodu. Tylko, że to nie prowadzi do tego, na czym nam wszystkim bardzo zależy, mianowicie do zakończenia wojny, a tym samym do powstrzymania procesu wykrwawiania się Ukrainy.        

Dokładnie, Rosja uznaje tylko język siły i tylko przed siłą jest w stanie ustąpić i się cofnąć…

– Imperialista, a takim dla przypomnienia był np. Adolf Hitler, liczy się tylko z siłą. Musi się na jego drodze pojawić mur, co do którego ma świadomość, że jeśli uderzy głową, to ją sobie rozbije. Tylko stanowcze przeciwstawienie się imperialistom może przynieść efekt. Zresztą mówił o tym w pamiętnym wystąpieniu, w obecności Putina i kanclerz Angeli Merkel, prezydent Lech Kaczyński na Westerplatte
w 2009 roku, przestrzegając przed odradzającym się rosyjskim imperializmem. Szkoda tylko, że świat Zachodu nie słuchał tych słów. To pokazuje, że tylko zdecydowane przeciwstawienie się może zmusić imperialistów, agresorów do rezygnacji ze swoich zaborczych, zbrodniczych planów. Nie zrobią tego po dobroci. I ten model jest przerabiany dzisiaj na Ukrainie, gdzie widzimy, co robi Rosja.

Patrząc na rozwój wydarzeń na froncie, jak – Pana zdaniem – może się to dalej potoczyć?                    

– Obawiam się, że wykonując może nie pozorne, ale na pewno nieadekwatne do sytuacji i spóźnione ruchy – będziemy patrzeć, jak Ukraina się wykrwawia, drżąc, czy Kijów się nie załamie, czy nie poniesie klęski. Gdyby tak się stało – nie daj Boże – to wtedy, jeśli chodzi o Polskę
i naszą granicę wschodnią, mamy gotowy potężny problem. Białoruś w tej chwili jest klientem Moskwy, można rzec, że jest to białoruska republika Łukaszenki całkowicie podległa Rosji i gotowa spełnić każde życzenie Putina, jeśli chodzi o jego imperialne zamiary.

Jak poważnym problemem mogą być w obecnej sytuacji wagnerowcy, których na Białorusi przybywa?  

– To jest oczywiście irytujący – nazwijmy to – drobiazg, ale drobiazg, który może nam rzeczywiście przysporzyć dużo kłopotów. Mam nadzieję, że strona polska, nasze władze opracowały i mają gotowy plan, metodę postępowania, polegające nie tylko na tym, że nasi żołnierze, pogranicznicy będą się biernie przyglądali i unikali trafienia kamieniami przez tych nachodźców, agresorów szturmujących naszą granicę od strony białoruskiej.

Szef MSWiA, min. Mariusz Kamiński, mówił w czwartek, że Polska nie pozwoli sobie na żadne zielone ludziki…

– Bardzo dobrze, że takie deklaracje padają ze strony osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo naszych granic, ale byłbym znacznie spokojniejszy, gdybym wiedział, co wymyślono, jakie sposoby działania przewidziano na wypadek zagrożenia większego niż jest obecnie, czyli gdyby bandziorom z Grupy Wagnera przyszło do głowy zaatakować naszą granicę.

              Dziękuję za rozmowę.    

   

Mariusz Kamieniecki