Zbliża się zmierzch europejskiego lewactwa
Wtorek, 25 lipca 2023 (19:44)Rozmowa z Beatą Kempą, posłem Suwerennej Polski do Parlamentu Europejskiego
Niedzielne przedterminowe wybory parlamentarne w Hiszpanii wygrała centroprawicowa Partia Ludowa (PP), ale absolutnej większości nie zdobyła, a więc
z utworzeniem rządu może być problem…
– W 350-osobowym Kongresie Deputowanych, niższej
izbie hiszpańskiego parlamentu, zwanego Kortezami Generalnym, Partia Ludowa zdobyła 136 mandatów,
ale to rzeczywiście za mało, żeby rządzić samodzielnie. Drugie miejsce przypadło Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) premiera Pedro Sáncheza, która zdobyła 122 mandaty, a na trzecim miejscu uplasowała się konserwatywna partia Vox z 33 mandatami. Biorąc pod uwagę koalicję Partii Ludowej i formacji Vox, liderowi Alberto Núñezowi Feijóo do utworzenia rządu potrzeba 176 mandatów, a więc brakuje 7 głosów. Zobaczymy też, komu król Filip VI powierzy misję tworzenia rządu. Być może powstanie bardzo chwiejny gabinet lewicy i separatystów pod kierownictwem dotychczasowego premiera Pedra Sancheza.
Tak czy inaczej już sama wygrana centroprawicowej Partii Ludowej jest pewnym sukcesem, zwłaszcza że ostatnimi czasy w Hiszpanii wygrywało lewactwo.
– Owszem, od jakiegoś czasu obserwowaliśmy wzrost notowań partii prawicowych, mimo że Hiszpania, jeśli chodzi o skrajnie lewicową ideologię, była przez ostatnie rządy mocno indoktrynowana. Było więc pytanie: jak długo społeczeństwo wytrzyma to pranie mózgów? Drugą sprawą – bardzo istotną, jeśli chodzi o niedzielne wybory –
jest to, że do urn poszła rekordowa liczba Hiszpanów,
bo frekwencja przekroczyła 70 procent. Być może było tak, że lewica w obawie, że będzie zmuszona oddać władzę, bardzo mocno i skutecznie mobilizowała swoich sympatyków. Ten wynik sprawia, że hiszpańskiej prawicy – tak jak już wspomniałam – może być trudno utworzyć rząd. Natomiast jeśli chodzi o lewą stronę, to porozumienie Pedra Sáncheza z ruchami czy ugrupowaniami separatystycznymi z Katalonii i Kraju Basków pozwoliłoby na uzyskanie wymaganej większości i utworzenie rządu.
Z tym że taki scenariusz generalnie byłby dość ryzykowny dla integralności Hiszpanii. Jak widać, sytuacja jest bardzo ciekawa i teraz wszystko zależy od tego, czy i ewentualnie komu zostanie powierzona misja tworzenia rządu. Prawicy brakuje niewiele, aby mieć większość, może niestabilną, ale większość niezbędną do rządzenia krajem. Myślę, że kolejne dni pokażą, jak ta sytuacja będzie się rozwijać.
Co z wygranej formacji prawicowych
w Hiszpanii wynika dla sytuacji w Unii Europejskiej, gdzie wciąż rządzi lewactwo?
– Ważne jest, że po raz kolejny pojawia się trend wzrostowy formacji prawicowych. To dobry sygnał
w perspektywie przyszłorocznych wyborów do europarlamentu. Istotne, jeśli chodzi o prawicę, jest to, żeby w Parlamencie Europejskim stworzyć taką większość, która będzie zdolna blokować bardzo niekorzystne decyzje już nie tylko ideologiczne, antychrześcijańskie, ale także antygospodarcze szczególnie dla mniejszych państw członkowskich. Chodzi o to, żeby tę lewacką falę blokować. Trend jest jak dotąd ciekawy i można w przyszłość patrzeć z umiarkowanym optymizmem. Natomiast jeśli chodzi
o Hiszpanię, to, czy prawica będzie tam rządzić, tego nie wiemy. Zobaczymy, jakie będą dalsze decyzje. Fakt faktem: niewiele brakowało. Nie można też wykluczyć rozpisania nowych wyborów.
Czy nie jest dla Pani zaskoczeniem słabszy od oczekiwanego wynik partii Vox, która
w europarlamencie jest podobnie jak PiS
w Grupie Europejskich Konserwatystów
i Reformatorów?
– W rozmowach z naszymi kolegami z partii Vox, których mamy w naszej europarlamentarnej Grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, oni nie kryli, że jest im – jeśli chodzi o Hiszpanię – bardzo ciężko pływać w oceanie, gdzie praktycznie jest samo lewactwo. A mimo to przebijali się krok po kroku ze swoją konserwatywną ofertą. Dlatego zważywszy, że w Hiszpanii bardzo mocno posunął się proces laicyzacji, proces odrywania Hiszpanii od chrześcijańskich wartości, to fakt, że ta dość zwarta grupa zdobyła 33 mandaty, nie jest złym wynikiem. Myślę, że ten wynik Partii Ludowej i partii Vox w Hiszpanii jest też nadzieją, jeśli chodzi o przyszłoroczne wybory do europarlamentu. Tak czy inaczej przykład Hiszpanii pokazuje, że jeśli lewactwo uchwyci stery władzy, to bardzo niechętnie od nich odchodzi. Trzeba więc dużo więcej zdecydowania.
Co sprawia, że lewacka ideologia wciąż ma tak wielu zwolenników?
– Myślę, że lewactwo ma też umiejętność docierania
do młodego pokolenia, którym łatwo jest manipulować.
Nie bez znaczenia jest także możliwość głosowania korespondencyjnego, co przyczyniło się do wysokiej frekwencji, bo w ten sposób w wyborach w Hiszpanii zagłosowało blisko 2,5 miliona wyborców. Osobiście jestem zwolenniczką demokracji bezpośredniej, gdzie głosy
w wyborach oddaje się w sposób tradycyjny w lokalach wyborczych, przy urnach, a nie za pomocą poczty czy – jak w niektórych krajach – przez internet. Jeśli do tego dodamy, że w niektórych krajach są próby obniżenia wieku uprawnionych do głosowania, to pokazuje, że lewica nie chce odpuścić i różnymi sposobami próbuje docierać przede wszystkim do młodego elektoratu. Jest to groźne, zważywszy na to, jak łatwo postulaty lewackie docierają
do ludzi młodych. To wszystko sprawia, że sytuacja jest trudna.
Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć
z wyniku wyborów w Hiszpanii i z tego,
o czym Pani Poseł wspomniała, mianowicie lewackich prób w zdobywaniu umysłów ludzi młodych?
– Tsunami lewactwa wdziera się wszystkimi możliwymi źródłami, chce wejść w każdą szczelinę naszego życia społecznego, rodzinnego, gospodarczego. Żeby nie dopuścić do tego, trzeba bacznie obserwować, co się dzieje, i wyciągać wnioski. Lekceważenie tego problemu może skutkować brakiem kilku głosów, co przekłada się – jak w Hiszpanii – na kłopoty, trudności w prowadzeniu spraw państwa.
Wydawało się, że ten marsz prawicy przejdzie przez Europę, a Hiszpania miała być zwiastunem, gdzie wpływy lewactwa zostaną ukrócone. Do pewnego stopnia się to udało, bo lewica przegrywa, ale wygrana prawicowych sił nie jest na tyle przekonująca, żeby w sposób bezdyskusyjny przejąć władzę.
– To prawda. Jednak zważywszy, że lewica w Hiszpanii miała instytucjonalną przewagę, bo komuś, kto sprawuje rządy jest łatwiej, a mimo to nie była w stanie zdobyć rządu dusz. I to też jest bardzo dobry prognostyk. Oczywiście trzeba jeszcze bardzo ciężko pracować na prawicy, szczególnie wśród młodych pokoleń, i to jest niezwykle ważne u nas, w Polsce. Trend jest taki, że prawica nigdzie nie będzie miała łatwo, ale to nie znaczy, że mamy odpuszczać, oddawać pole bez walki, absolutnie nie. Potencjał, jeśli chodzi o wybory europejskie, jest bowiem bardzo duży. Mam więc nadzieję, że to jest koło zamachowe, że lawina ruszyła i wartości prawicowe będą tylko zyskiwały przewagę wobec destrukcji lewactwa.
Zanim odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, to po wyborach w Hiszpanii oraz październikowych wyborach w Polsce
w listopadzie odbędą się przyspieszone wybory w Holandii, gdzie chrapkę na wygraną ma Frans Timmermans, który zrezygnował z pracy w Komisji Europejskiej. Lewactwo broni się rękami i nogami, aby utrzymać władzę?
– Jeśli przyjrzymy się słupkom poparcia, to są one niezbyt korzystne dla socjalistów i liberałów, którzy są przerażeni wzrostem notowań farmerskiego ugrupowania BBB, które wygrało tegoroczne wybory regionalne w Holandii. To jest skutek lewackiej ideologii, którą butem, kolanem dociska wspomniany przez pana redaktora Frans Timmermans. Lewactwo w sposób rozpaczliwy próbuje ratować sytuację, udowadniać, że proponowane rozwiązania są najlepsze
z możliwych, tymczasem okazuje się, że normalność, która – choć drzemiąca – jest wciąż żywa w Holandii
i zaczyna się budzić, bo ludzie tej ideologicznej ofensywy zwyczajnie nie wytrzymują. Nawiasem mówiąc, podobny trend jest również w Niemczech, gdzie przerażenie elit budzi stale rosnące poparcie dla skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD), która staje się drugą
siłą polityczną w Niemczech. Abstrahując od poglądów polityków AfD, którzy przebąkują o rewizji granic, trzeba powiedzieć, że tego typu formacje alternatywne trafiają
na podatny grunt i docierają do umysłów obywateli
z trzech powodów. Po pierwsze – migracja, po drugie – nieradzenie sobie w przypadku Niemiec, jeśli chodzi
o wojnę na Ukrainie, a po trzecie – recesja, którą mają
w tej chwili Niemcy. Podobno samochody elektryczne jednego z koncernów niemieckich nie znajdują nabywców. Ponadto w Niemczech jest wysoka inflacja i drożyzna, np. bardzo droga jest energia elektryczna, bo wiatraki nie są
w stanie wyprodukować potrzebnej ilości prądu, a na elektrownie atomowe Niemcy – jak pamiętamy – się obrazili, również interesy z Rosją skończyły się dla Berlina – jak wszyscy wiemy – klęską. Cała ta sytuacja pokazuje, jakie są obecnie trendy w Europie. Pewnym zwiastunem zmian są wyniki wyborów w Hiszpanii, może jeszcze nie do końca takie, na jakie liczyliśmy, ale wydaje się, że fala ruszyła i będzie nie do zatrzymania. Twardogłowi decydenci w Unii Europejskiej oraz w państwach członkowskich muszą sobie zdawać sprawę,
że jeśli nie wyjdą ze szklanej bańki, którą sami nadmuchali, i jeśli nie zaczną słuchać ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie są poirytowani lewackimi trendami i ich polityką, to politycznie skończą marnie.
Ma Pani na myśli także Timmermansa i jego formację?
– Oczywiście, przecież formacje jego oraz Sophie in ′t Veld, delikatnie rzecz ujmując, nie zachwycają. Tymczasem rośnie poparcie dla farmerskiego ugrupowania BBB,
które wygrało tegoroczne wybory regionalne.
Swoją drogą ciekawe, co jest gorsze: Timmermans jako premier Holandii czy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej?
– Myślę, że jeśli Timmermans zajmie się bałaganem w swoim ojczystym kraju – bałaganem, który tak naprawdę sam zrobił, bo jest to efekt złej polityki lewicy i liberałów, to może na forum Unii Europejskiej będzie mniej szkodliwy. W mojej ocenie Timmermans nie ma żadnych kwalifikacji, aby zajmować prominentne i odpowiedzialne stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej. Co więcej, brak szacunku dla innych krajów i jego buta dyskwalifikują go jako polityka. Uważam, że jako unijny urzędnik był nieobiektywny, a jego wydumane i bardzo ideologiczne zacięcie oraz koncepcja Europejskiego Zielonego Ładu dotyczącego transformacji ekologicznej, które próbuje narzucać wolnym państwom, są zgubne dla Europy. Myślę, że dobrze stałoby się, żeby zajęli się nim obywatele jego ojczystego kraju i być może będzie wtedy mniej szkodliwy dla Europy. Frans Timmermans jako tylko jeden z przywódców 27 państw członkowskich znaczyłby mniej niż komisarz, który narzuca skrajnie niekorzystne rozwiązania całej Wspólnocie. Inna sprawa, że wcale nie wiadomo, czy zostanie premierem, bo obywatele Holandii też są coraz mniej naiwni.