• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Ważne, choć niekoniecznie przełomowe wydarzenie

Piątek, 14 lipca 2023 (13:03)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą
z KUL i AKSiM

Za nami szczyt NATO w Wilnie. Jakie wnioski płyną z tego spotkania przywódców państw członkowskich, czy rzeczywiście można powiedzieć, że był to szczyt historyczny?

– Dla Polski z pewnością tak, ale w pewnym sensie również dla Ukrainy. Można powiedzieć, że był to szczyt historyczny, mimo iż Kijów oczekiwał więcej. Jeśli spojrzymy z punktu widzenia Polski na konfigurację geopolityczną, to warto zauważyć, że w tle szczytu
w Wilnie doszło do porozumienia i zgody Turcji na przyjęcie Szwecji do NATO. Ten fakt w sposób zasadniczy blokuje Obwód Królewiecki jako enklawę rosyjską zagrażającą Polsce. W tej chwili w związku z przyjęciem Finlandii
i niebawem także Szwecji w szeregi Sojuszu Północnoatlantyckiego następuje wyłączenie tego obszaru jako zagrożenia dla nas oraz zagrożenia dla Przesmyku Suwalskiego, który – jak słyszymy – w momencie konfliktu ma zostać odcięty od Rosji. Na tym tle pojawiły się trzy programy obrony wschodniej flanki, a więc konkretne procedury w sytuacji zagrożenia wojennego, co zasadniczo zmienia labilność, brak konkretów w perspektywie ewentualnej wojny. Ważne jest też nakreślenie – może nie tak jak tego oczekiwał Kijów – wejścia Ukrainy do NATO.
To wszystko sprawia, że z kraju flankowego przechodzimy bardziej do centrum geopolitycznej układanki,
co niewątpliwie poprawia naszą sytuację. I w tym sensie jest to duże wydarzenie.

Prezydent Andrzej Duda, podsumowując szczyt w Wilnie, stwierdził, że w sytuacji potencjalnego ataku, np. na Bramę Brzeską, nawet 100 tys. żołnierzy NATO mogłoby zostać skierowanych do obrony Polski.
Co więcej, nowa doktryna mówi nie tylko
o odstraszaniu, ale też o uniemożliwieniu wkroczenia wroga na terytorium państwa NATO…

– Warto mieć na uwadze, że z partnerstwa NATO – Rosja przeszliśmy do partnerstwa NATO – Ukraina. To całkowicie zmienia postać rzeczy. Rosja przestaje być w jakimkolwiek stopniu partnerem NATO. Co więcej, Rosja jest nazwana agresorem, zagrożeniem i jest definiowana jako wróg. Oczywiście kwestia reakcji wojsk państw NATO
w przypadku ataku na Bramę Brzeską czy jakikolwiek inny skrawek państwa członkowskiego – to wszystko jest oczywiście w stanie organizacji, ale jest niezwykle ważnym sygnałem, że NATO jest spójne, że jest monolitem. Warto też pamiętać, że to wszystko, co się wydarzyło na szczycie i co się dzieje na scenie europejskiej, może mieć miejsce, ponieważ został kupiony czas.

Mógłby Pan Profesor rozwinąć tę myśl?

– Przy wszystkich konfliktowych sprawach z Ukraińcami
– mam na myśli zaszłości historyczne między naszymi narodami, ludobójstwo na Wołyniu itd. – o czym wielokrotnie rozmawialiśmy, trzeba też powiedzieć,
że Ukraińcy, podejmując walkę z rosyjskim najeźdźcą
i skuteczną obronę, de facto kupili nam wszystkim czas.
To spowodowało, że Rosja się zatrzymała, Rosja się skompromitowała, ale po stronie państw Zachodu doszło do zmian w sposobie postrzegania świata i Rosji – zarówno przez Amerykanów, jak i przez państwa Europy Zachodniej. Od początku wojny, w czasie tych ponad pięciuset dni, wiele się wydarzyło. Mam na myśli zakupy broni, zmieniła się doktryna wojenna w Polsce
i przygotowywanie się na wypadek agresji ze strony Rosji. Nastąpił wzrost międzynarodowego znaczenia Polski.
To Polska otwarła swoje granice, ludzie otwarli serca
i domy dla milionów uchodźców wojennych z Ukrainy.
To Polska stała się hubem dostaw sprzętu wojskowego oraz pomocy humanitarnej dla Ukrainy. Jeśli do tego dołożymy bieżące zobowiązania państw sojuszniczych, które padają w związku z przyszłą akcesją Ukrainy do NATO, to mamy rzeczywistość, która w przypadku poddania się, klęski Ukrainy nie miałaby w ogóle miejsca. Mielibyśmy Rosję
na Bugu i nasz kraj zdestabilizowany, ponieważ Niemcy dogadywałyby się z Rosją naszym kosztem. Trzeba to wszystko widzieć, zwłaszcza gdy patrzymy na Ukraińców, również widząc spory i konflikty interesów. Co by jednak nie powiedzieć, Ukraińcy, broniąc swojej suwerenności, kupili nam czas.

Wołodymyr Zełenski jeszcze przed szczytem w Wilnie był bardzo niezadowolony, że ramy czasowe wstąpienia Ukrainy do NATO mogą nie zostać wyznaczone. Szczyt stonował nieco oczekiwania Kijowa, a komentarze strony ukraińskiej zostały spłaszczone.
Pojawia się nawet zadowolenie z rezygnacji z pierwszego etapu pośredniego procedury przyjęcia do NATO?

– Prezydent Zełenski licytował możliwie jak najwyżej, ile się da. Ukraińcy przyjęli taką zasadę, ale tu może się pojawić niebezpieczeństwo, bo w tych żądaniach można przegiąć. Chodzi o interesy, a nie o emocje, więc irytacja jednego czy drugiego polityka lub wojskowego szybko minie, a zostają efekty. Wydaje się, że Zełenski na obecnym etapie nie mógł ugrać więcej, chociaż chciał osiągnąć maksymalną pulę. To jest polityka i rzadko osiąga się wszystkie założone cele. Swoją drogą wyobraźmy sobie jeszcze półtora roku wstecz, żeby Ukraina była traktowana przez Sojusz Północnoatlantycki w taki sposób jak dzisiaj, czy żeby w ogóle mówiło się o możliwości akcesji Kijowa
do struktur NATO. To byłoby oczywiście niemożliwe, tymczasem dzisiaj już się o tym mówi, wiele rzeczy się realizuje, ale pewnych kwestii nie da się przeskoczyć nawet mimo całej sympatii i uznania dla tego, co robią Ukraińcy, walcząc o niepodległość. Są także kwestie dotyczące mentalności Zachodu, obaw, jak na to wszystko zareaguje Rosja. Stany Zjednoczone cały czas uważają, żeby nie doprowadzić do niekontrolowanego rozwoju tego konfliktu amerykańsko-rosyjskiego w kontekście potencjału nuklearnego. To wszystko trzeba brać pod uwagę, pamiętając jednocześnie, że Ukraina nie żyje w próżni
i musi się liczyć ze zdaniem innych. Stąd też ostra reakcja Zełenskiego w sensie oczekiwań przez szczytem w Wilnie, żeby osiągnąć maksymalnie dużo i bardzo umiarkowane oceny po szczycie i stwierdzenie, że nie osiągnięto
100 proc., ale powiedzmy 70 proc., co i tak jest dużym wyczynem, bo droga Ukrainy do NATO została skrócona. Ponadto jest też deklaracja o dalszym wsparciu militarnym Kijowa w walce z Rosją.

Czy Zełenski w swoich oczekiwaniach się
za bardzo nie rozpanoszył i jeśli nie zmieni narracji, nie zderzy się ze ścianą? Brytyjczycy, odnosząc się do kolejnych żądań Kijowa, mówią jasno, że nie są sklepem internetowym.

– Zełenski gra ostro, mając świadomość, że Zachodowi zależy na powstrzymaniu Rosji, żeby Moskwa wyszła z tej wojny przegrana. Stawiając żądania, ma zatem atuty. Pamiętajmy też, że Ukraińcy dzielnie walczą, dając dużo
od siebie, poświęcając swoje drowie i życie. Nie jest tak,
że oni tylko żądają od Zachodu. Nie sądzę, żeby to wszystko rozstrzygnęło się tylko na poziomie emocji,
że kilka słów za dużo spowoduje, że Ukraina będzie izolowana. To nie jest ten poziom relacji i przede wszystkim interesów.  

Wdzięczności ze strony Ukraińców za otrzymywaną pomoc też nie widać? Wygląda na to, że się przyzwyczaili, że Zachód powinien im cały czas dawać?

– To prawda, że z tą wdzięcznością Ukraińców za okazywaną im pomoc – delikatnie rzecz ujmując – nie jest najlepiej. Dlatego trzeba być roztropnym – w udzielanej pomocy i zaangażowaniu. To nie jest tak, że o wszystkim mają decydować emocje, należy zachować zdrowy umiar. Co nie zmienia faktu, że Ukraińcy też dużo dają w postaci ofiar żołnierzy walczących na froncie. Nie sądzę, żeby takie czy inne zachowanie, może odmienne od oczekiwanego, zadecydowało o zerwaniu współpracy i wsparcia militarnego i humanitarnego dla walczącej Ukrainy.

W kuluarach poprzedzających szczyt
w Wilnie Turcja wyraziła zgodę na akcesję Szwecji. Prezydent
Erdogan dużo ugrał. Może powinniśmy się od niego uczyć?

– Prezydent Erdogan po raz kolejny pokazał, że jest skuteczny i załatwił swojemu krajowi szereg spraw, ustępstw ze strony Zachodu, które wzmacniają geopolityczną pozycję Ankary. I to jest fakt. Turcja
– jak słyszymy – sfinalizowała z Amerykanami umowę
na 40 samolotów F-16, a także na ponad 900 rakiet powietrze-powietrze i 800 bomb. Ponadto ta blokada Turcji dla członkostwa Szwecji w NATO wynikała z mało zdecydowanej postawy w kwestii zwalczania terroryzmu. Co więcej, Erdogan stał na stanowisku, że Szwecja stanowi bezpieczną przystań dla – jak to określił – „terrorystów”, czyli głównie członków Partii Pracujących Kurdystanu. Wydaje się jednak, że zobowiązania Sztokholmu
i ustalenia, których szczegółów nie znamy, załatwiają sprawę. Prezydenta Erdogana irytowała też postawa Zachodu wobec Ankary. Nie godził się na to, że Turcja ma być uległa wobec Zachodu, który będzie sobie pogrywał przeciwko jego państwu. Ponadto Erdogan załatwił wszczęcie na nowo rozmów w sprawie przystąpienia Turcji do Unii Europejskiej. Przypomnijmy, że Turcja stara się
o członkostwo w Unii już od 1987 roku, kiedy po raz pierwszy złożyła wniosek do wówczas jeszcze Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Jak widać, Erdogan gra twardo, ale ta gra nie jest chaotyczna, pozbawiona racjonalności, co więcej, gra niezwykle skutecznie. Można się było spodziewać, że prezydent Turcji będzie szedł na ostro do samego końca, aby jak najwięcej ugrać dla siebie. Widać, że chciał maksymalnie dużo ugrać dla Turcji, a nie – jak uważali niektórzy – że gra na Rosję.

                 Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki