• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Kryminalistami nie da się wygrać wojny

Piątek, 7 lipca 2023 (21:19)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, profesorem Społecznej Akademii Nauk, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej

Co miał oznaczać rosyjski ostrzał rakietowy Lwowa przeprowadzony przez Rosjan ze środy na czwartek? Bilans jest tragiczny
– 10 ofiar śmiertelnych, kilkadziesiąt osób rannych, są zniszczenia w infrastrukturze cywilnej…

– Atak miał miejsce na Lwów, a więc w bezpośrednim pobliżu polskiej granicy. Przede wszystkim należy to czytać jako wyraz niezadowolenia Putina z postawy Polski wobec wojny, jaką prowadzi on na Ukrainie. Atak to też wyraz niezadowolenia z zaangażowania Polski we wspieranie walczącej o swoją suwerenność Ukrainy na różnych poziomach. Przecież to przez Polskę prowadzi szlak dostaw broni oraz pomocy humanitarnej dla zaatakowanej przez Rosję Ukrainy. Skoro Putin mówił Tuskowi, że Lwów
to polskie miasto – o czym ostatnio mogliśmy się przekonać z opublikowanych materiałów przez telewizję publiczną – to uderzenie na Lwów musi oznaczać właśnie
to, oczywiście z jego perspektywy.   

Dotychczas Lwów i zachodnia Ukraina
nie były częstym celem ataków rosyjskich?

– To prawda. Wcześniej były ataki dronów kamikadze
na infrastrukturę krytyczną we Lwowie czy okolicach,
ale dotąd nie było tak potężnego ataku rakietowego,
nie było też rannych, a tym bardziej nie było ofiar śmiertelnych. Teraz mamy atak rakietowy i są zabici
– cywile. Jak podają Ukraińcy, 10 osób zginęło,
a kilkadziesiąt jest rannych. Dlatego atak na Lwów pokazuje jakąś niedobrą zmianę w polityce Kremla,
także w odniesieniu do Polski.

Pomówmy o Białorusi i o tym, 
co z Prigożynem, o którym od jakiegoś
czasu słuch zaginął. Łukaszenka mówi,
że był, ale wyjechał, natomiast wagnerowców nie ma 
na Białorusi. Czy będą – to jest zależne od decyzji Kremla.

– Przede wszystkim to świadczy o zamieszaniu, jeśli
chodzi o sytuację w Rosji. Prigożyn jest tym, który unaocznił kryzys dotykający struktury władzy w Moskwie. Ta rebelia i cały marsz na Moskwę pokazały słabości Kremla oraz samego Putina, który de facto został upokorzony, ale ten nieudany pucz pokazał też słabość rosyjskiego ministerstwa obrony. Tu i ówdzie pojawiają się informacje, że zamykani są generałowie, których podejrzewa się o sprzyjanie Prigożynowi. To wszystko pokazuje, że coś jest na rzeczy, że próba puczu z udziałem najemników Grupy Wagnera kierowanych przez Prigożyna
i zamieszanie z tym związane wcale się nie zakończyło. Kryzys nie tylko nie został opanowany, co – moim zdaniem – rozwija się i jego efekty za jakiś czas – może, wcale nie tak długi – będą widoczne dla obserwatorów z zewnątrz.

Czyżby Prigożyn otworzył puszkę Pandory?

– Nie wiem. Pewne jest, że to nie Prigożyn jest liderem tego kryzysu, nie on jest kandydatem do objęcia schedy
po Putinie. Prigożyn jest wykonawcą pewnych działań
i prowadzi jakąś grę, która – moim zdaniem – ma doprowadzić do obalenia Putina.

Jaka może być ewentualna rola wagnerowców, jeśli znajdą się na Białorusi?

– Nie wiadomo, czy wagnerowcy znajdą się na Białorusi,
bo to, czym zajmuje się obecnie Prigożyn, to sytuacja wewnętrzna w Rosji, a nie prowadzenie jakichś operacji
na zewnątrz. Natomiast obecność najemników Wagnera
na Białorusi na pewno zmieniłaby architekturę bezpieczeństwa i oznaczałaby wzrost zagrożenia
w tym regionie. Nie wykluczam, że Putin – tocząc bój
o utrzymanie swojej pozycji i o to, kto będzie panował
w Rosji – zapewne chciałby podporządkować sobie najemników z grupy Wagnera i skierować ich w ramach działań destabilizacyjnych nawet przeciwko Polsce. Jest jednak pytanie, czy to mu się uda, czy w ogóle są szanse, żeby armię najemników przekształcić w skuteczne narzędzie do atakowania czy podgryzania Polski? Z tym może być problem, bo wygląda, że wagnerowcy dzisiaj
nie są już narzędziem w rękach Putina.

Z informacji, jakie do nas docierają, wynika, że Łukaszenka umożliwia wjazd na Białoruś obywatelom ponad 70 państw. Czy możemy mieć powtórkę z 2021 roku z polsko-
-białoruskiej granicy, tylko teraz z udziałem płatnych zabójców Prigożyna? 

– Oczywiście nie możemy wykluczyć scenariusza podobnego do wydarzeń sprzed dwóch lat. Stąd obecność najemników Grupy Wagnera może zostać wykorzystana
do kierowania strumieniem nielegalnych migrantów, chcących dostać się do Polski lub na Litwę. Możemy mieć ataki nachodźców bardziej profesjonalne, niż mieliśmy dotychczas, bo z udziałem czy pod kierownictwem – co by nie powiedzieć – wyszkolonych najemników. Cała ta sytuacja, pomijając ewentualne próby destabilizacji naszej granicy, pokazuje też, jak słuszne były koncepcja
i realizacja budowy zapory, a tym samym wzmacnianie granicy z Białorusią.

Coraz głośniej mówi się, że Rosjanie mogą wysadzić Zaporoską Elektrownię Atomową. Czy to realne zagrożenie?

– To jest kolejny element, który Putin może użyć,
jeśli chodzi o konflikt zbrojny na Ukrainie. Nie można wykluczyć, że jest to blef mający stworzyć dodatkowe napięcie, przy czym zawsze chodzi o to, żeby zaogniać sytuację, tworzyć presję, straszyć. Może się jednak zdarzyć, że w którymś momencie to napięcie osiągnie taki poziom, że agresor – w tym wypadku Rosjanie – jakieś ładunki w zaporoskiej elektrowni odpali.

W przestrzeni medialnej pojawiają się zdjęcia bliżej nieokreślonych obiektów rozmieszczonych na jednym z bloków zaporoskiej elektrowni. Rafael Grossi, dyrektor generalny Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, uważa, że mogą to być ładunki wybuchowe.

– To może być obraz tego, o czym wspomniałem,
czyli przygotowywania się Rosji do rozmaitych działań destabilizujących sytuację. Tym bardziej trzeba być czujnym, zwłaszcza że wiele spraw nie zostało potwierdzonych, sprawdzonych, bo przedstawiciele Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na razie nie wszędzie, jeśli chodzi o Zaporoską Elektrownię Atomową, zostali dopuszczeni przez okupujących te obiekty Rosjan. Nie należy się jednak dziwić takim, a nie innym postępowaniem żołnierzy Putina, bo to jest stara metoda zastraszania i wywierania presji, charakterystyczna
dla tego typu zbrodniarzy. Skoro Rosjanie byli w stanie wysadzić zaporę wodną na Nowej Kachowce, zalewając kilkadziesiąt miejscowości, wywołując ogromne straty
oraz powodując trudną dzisiaj do oszacowania katastrofę ekologiczną, to znaczy, że są zdolni do różnych rzeczy, nawet najmniej spodziewanych. Swoją drogą Rosjanie powtórzyli w tym miejscu to, co zrobił już Stalin w 1941 roku, kiedy jego oddziały, cofając się przed Niemcami, wysadziły największą na owe czasy w Europie elektrownię wodną w Zaporożu na Dnieprze. W wyniku tej katastrofy zginęło kilkadziesiąt tysięcy okolicznych mieszkańców.

Od czerwca ukraińska armia prowadzi kontrofensywę w Donbasie i na południowym odcinku frontu, powodując poważne straty wśród Rosjan. Czy Moskwę stać na bieżące uzupełnianie tych strat?

– Tego do końca nie wiemy. Natomiast strona ukraińska
– mam na myśli dowództwo wojskowe – jest bardzo spokojna. Ukraińcy zachowują się tak, jakby wiedzieli,
co się dzieje, mieli nad tym kontrolę i panowali nad sytuacją na froncie.

Na ile prawdopodobne jest,
że wagnerowców na wojnie zastąpią
skazańcy oraz Czeczeni z oddziałów Kadyrowa, których na froncie ukraińskim podobno ma się pojawić więcej niż do tej pory?

– Putin, chcąc uniknąć pełnej mobilizacji w Rosji, oczywiście może przerzucić na front ukraiński jeszcze więcej Czeczenów, widząc w nich jakąś siłę szturmową, oraz więźniów, aby tym samym uzupełnić braki kadrowe
i wzmocnić działania ofensywne. Jednak przekonanie,
że kryminalistami uda się wygrać wojnę jest karkołomne. Nawet Stalinowi się to nie udało. Jeśli Putin uciekałby się do takich metod, to potwierdziłoby, że jest zdesperowanym zbrodniarzem, dla którego nie liczą się żadne środki
w osiągnięciu celu.

              Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki