Nie godzimy się na dyktat
Poniedziałek, 3 lipca 2023 (21:31)Rozmowa z dr. Bogdanem Więckiewiczem, socjologiem z Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.
Olaf Scholz, komentując wydarzenia ostatnich dni we Francji, nie zakłada, żeby w Niemczech miało dojść do podobnych imigranckich zamieszek. Czy pewność niemieckiego kanclerza nie jest na wyrost?
– Uważam, że kanclerz Olaf Scholz doskonale zdaje sobie sprawę, że ryzyko takich wydarzeń i zachowania imigrantów, jakie obserwujemy we Francji czy też Belgii, jest bardzo realne również w Niemczech. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że jeśli ta fala protestów we Francji nie zostanie powstrzymana, jeśli nie będzie zdecydowanej interwencji służb, stłumienia tych burd, jeśli problem ten nie zostanie rozwiązany, może to być uznane przez imigrantów w innych państwach za – nazwijmy to – pole doświadczalne i ta fala może powoli rozlewać się na pozostałe kraje europejskie.
Tym bardziej zagrożenie takie dotyczy Niemiec, gdzie żyje bardzo dużo imigrantów z Azji, Afryki, którzy też są niezadowoleni z własnej sytuacji, z własnej pozycji społecznej w odniesieniu do obywateli niemieckich. Przypomnę, że to są imigranci, którzy w ogóle nie integrują się ze społeczeństwem niemieckim, z kulturą niemiecką. Imigranci to społeczność bardzo sfrustrowana, która nie dość, że się nie integruje ze społecznością kraju, do którego przybywa, ale wręcz narzuca swój sposób myślenia czy swoją kulturę. Co więcej, rządzący ulegają temu, tolerują takie zachowania i tak dla przykładu w Niemczech, w wielu szkołach jest presja na niemieckie dzieci, żeby nie przynosiły do szkoły na drugie śniadanie kanapek z wędliną, a zwłaszcza z wieprzowiną. I niestety duża część dyrekcji szkół ulega tej presji i w wielu szkołach w ogóle nie wolno jeść mięsa.
Wszystko to dzieje się w imię poprawności, w imię tolerancji pojmowanej w niewłaściwy sposób. Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba powiedzieć, że istnieje bardzo poważne ryzyko, że ta fala protestów imigranckich we Francji zostanie przeniesiona również na Niemcy i pozostałe kraje zachodniej Europy.
W Marsylii podczas protestów zdewastowana została świątynia protestancka, a sprawcy zostawili napis: „Ostatnim prorokiem jest Mahomet. Jezus nie jest Bogiem, a tylko posłańcem”. Czy można zatem powiedzieć, że błędna polityka migracyjna i zbytnia uległość pociąga za sobą wojnę nie tylko kulturową, ale wręcz religijną?
– To dowodzi, że mamy do czynienia z bardzo agresywną ekspansją i postawami o podłożu religijnym. Mamy coraz liczniejsze przykłady nie tylko profanowania, ale wręcz niszczenia świątyń chrześcijańskich, również żydowskich miejsc pamięci i kultu, przeciw czemu Izrael bardzo mocno protestuje. Widzimy więc, że chodzi tu o wyparcie innych religii i próbę narzucenia swojej kultury, religii, tradycji zupełnie obcych kulturze europejskiej. To sfrustrowane społeczeństwo imigrantów muzułmańskich żyjących w krajach zachodniej Europy próbuje na swój sposób stworzyć nowe państwo, z nową tradycją.
Chodzi o przedefiniowanie i przeorganizowanie państw europejskich nie na zasadzie ewolucji, ale wręcz rewolucji. I jeśli w tym wypadku Francja nie poradzi sobie z działaniami terrorystycznymi na szeroką skalę, to te zamieszki mogą się rozszerzyć. Demonstranci używają m.in. broni palnej w stosunku do policji, a zatem nie jest to już jakiś tam protest na zasadzie wymachiwania pięścią czy manifestacja, ale mamy do czynienia z czynną agresją. Statystyki mówią o 10 tysiącach pożarów, 5 tysiącach zniszczonych samochodów, demolowane są centra handlowe, sklepy, ośrodki zdrowia, mieszkania, mieliśmy też atak na polski autokar.
To pokazuje, że w tych działaniach nie chodzi o protest jako taki, który byłby wyrazem sprzeciwu wobec śmierci 17-letniego Nahela zastrzelonego przez policję, po tym jak zignorował kontrolę drogową, ale tu chodzi o rewolucję i jak niektórzy mówią – nawet o obalenie Republiki Francuskiej. W konsekwencji także o zmiany w Europie dotyczące sfery kulturowej, społecznej, ale też religijnej. Chodzi zatem o zburzenie dotychczasowego porządku również prawnego, a zbudowanie zupełnie nowego systemu. I to jest bardzo niebezpieczne.
Choć widać na każdym kroku, że polityka migracyjna Unii już w 2015 roku poniosła sromotną klęskę, to sprawa wraca i mamy pakt migracyjny przyjęty na poziomie ministrów spraw wewnętrznych, gdzie nie jest wymagana jednomyślność, a zwykła większość. Jak zablokować ten zgubny pomysł Brukseli i Berlina?
– Unia Europejska – jej władze – są ślepe na to, co się dzieje. To ewidentnie świadczy o braku rozsądku unijnych elit. Na szczęście są polskie władze, które dostrzegają problem. Jedynym sposobem – jak się wydaje – na powstrzymanie tej fali jest niewyrażenie zgody na tzw. pakt migracyjny. Tu musi być mocne weto i nie ma mowy, żeby się godzić na ten dyktat, który jest niczym innym jak pętlą zaciskaną na własną szyję. Jak widzimy na przykładach Paryża czy Brukseli, zapanowanie nad tymi ludźmi w momencie, kiedy następuje wzburzenie, a to może być z byle jakiego powodu, bo jak wspomniałem śmierć 17-latka była tylko pretekstem, to jeśli już dojdzie do tego, to sytuacja jest właściwie nie do opanowania.
Będzie to ze szkodą dla całego społeczeństwa, dla rodzin, dla dzieci, które chcą funkcjonować, chcą normalnie żyć, pracować, realizować swoje plany, cele, marzenia. Natomiast w sytuacji permanentnego strachu, bo przecież tak jest w niektórych dzielnicach europejskich miast, gdzie te społeczeństwa imigranckie dominują i terroryzują innych, trudno normalnie funkcjonować. Mamy przecież przykłady kobiet, które wieczorem boją się wyjść na ulicę w obawie przed przemocą i gwałtami ze strony imigrantów, co więcej, nawet policja nie chce wchodzić do enklaw, które zostały stworzone, gdzie obowiązuje nie prawo danego kraju, ale prawo szariatu.
I po drugiej stronie mamy polskie miasta, gdzie takich problemów nie ma…
– Dokładnie, u nas, chociażby w Warszawie czy w innych miastach, jest spokój, jest bezpiecznie. W związku z tym, żeby uniknąć problemów, jakie ma Francja, Belgia czy inne kraje unijne, konieczne jest stanowcze, twarde NIE! przymusowej relokacji. Pod żadnym pozorem, nawet jeśli miałoby się to wiązać z karami finansowymi, nie możemy się zgadzać na relokację imigrantów. Nawet jeśli będą kary, to warto je zapłacić, bo tu chodzi o bezpieczeństwo Polski, Polaków, a to nie ma ceny.
Prawo i Sprawiedliwość deklaruje, że dopóki będzie rządzić w Polsce, nigdy nie zgodzi się na przymusową relokację imigrantów. Natomiast Donald Tusk, który nie miał nic przeciwko relokacji imigrantów, nieoczekiwanie zmienia zdanie i jest przeciwko. Skąd taka przemiana o 180 stopni?
– Donald Tusk jest politykiem, który kieruje się sondażami, opiniami, wyczuwa pewne tendencje, trendy w nastrojach polskiego społeczeństwa i na tej podstawie formułuje swoją opinię. Ma świadomość, że polskie społeczeństwo jest przeciwko relokacji imigrantów muzułmańskich z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu wie, że dla Polaków ważne jest bezpieczeństwo granic państwa, dlatego są przeciwni nielegalnej imigracji. W związku z tym, chcąc wygrać jesienne wybory parlamentarne, co nie jest tajemnicą, że przy wsparciu Berlina i Brukseli zmienia zdanie również w sprawie imigrantów. Donald Tusk stawiający granicę nielegalnej imigracji, to coś nowego.
Zresztą zawsze odkąd był przy władzy, zmieniał zdanie, nie dotrzymywał obietnic – zaczynając od wieku emerytalnego Polek i Polaków, który mimo deklaracji podwyższył, poprzez podwyżki podatków, po kwestie dotyczące relokacji imigrantów. Pamiętamy przecież, co mówił jako przewodniczący Rady Europejskiej o karach za nieprzyjmowanie imigrantów, a całkiem niedawno oburzony był tym, że na granicy z Białorusią powstaje zapora przeciw działaniom hybrydowym Moskwy i Mińska oraz próbom destabilizacji państwa polskiego właśnie przez imigrantów sprowadzanych na granicę z Polską przez reżim Łukaszenki. Teraz też chodzi mu głównie o nastroje Polaków, dlatego mówi, że granic trzeba strzec, mówi to, co społeczeństwo akuratnie chce usłyszeć. Biorąc pod uwagę osobę Donalda Tuska, powinniśmy jednak mieć świadomość, że deklaracje od realizacji dzieli morze.
Tym bardziej, że co innego mówi dzisiaj Tusk, a inaczej zachowują się europosłowie Platformy, którzy głosują za przyjęciem imigrantów?
– To pokazuje podwójną moralność tego środowiska i samego Tuska, który jak trzeba, to powie coś innego, a w innej sytuacji czy środowisku mówi jeszcze, co innego. To wskazuje na brak twarzy politycznej, a narracja, jaką słyszymy, niewiele ma wspólnego z prawdą. Zresztą to jest chyba maniera wielu polityków Platformy, którzy co innego mówią na spotkaniach z wyborcami, co innego w mediach, a jeszcze, co innego na arenie europejskiej. Trudno to nazwać inaczej jak brak konsekwencji, brak kręgosłupa w słowach oraz w działaniu.
Skoro politycy są tak niestali w poglądach, żeby nie powiedzieć – zakłamani, to skąd bierze się ufność wobec ich przekazu, skąd tylu zwolenników. Czy w tym środowisku niechęć do PiS jest tak duża, że wyłącza myślenie?
– To w dużej mierze łączy się z tym, że większość mediów jest ideologicznie i politycznie zbliżona do Platformy i de facto ją wspiera. Zatem narracja w tych mediach, tak naprawdę opozycyjnych wobec władzy, powoduje, że także elektorat – większość osób, które są zwolennikami Platformy – nie słucha innych stacji poza tzw. jedynie słusznym przekazem komercyjnych ośrodków, a część nie chce nawet przyjąć innego spojrzenia i argumentów i ślepo wierzy Tuskowi oraz jego akolitom, bez jakiegokolwiek racjonalnego myślenia.
Ci ludzie zapatrzeni w jedno miejsce nie chcą się nawet wysilić, żeby sprawdzić u źródła, jak jest faktycznie, jaka jest rzeczywistość, jak – w kwestii chociażby imigrantów – jest w innych krajach. Do tego dochodzi internet i młodzież, która korzysta z mediów społecznościowych i na podstawie zamieszczanych tam informacji wyrabia sobie zdanie. Tymczasem internet i portale zdecydowanie sprzyjają Platformie, i kółko się zamyka.