• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Zatrzymać exodus imigrantów

Poniedziałek, 3 lipca 2023 (12:03)

Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego

Mechanizm przymusowej relokacji imigrantów forsowany przez Brukselę i Berlin mimo sprzeciwu Polski będzie nadal procedowany i wiele wskazuje na to, że wejdzie w życie. Jak to nazwać?

– Presja, dyktat – to słowa, które same się nasuwają. Podejście Rady Europejskiej, a wcześniej Rady Unii Europejskiej, gdzie – przypomnę – odbyło się głosowanie nad tzw. paktem migracyjnym, jest zdumiewające. Jednak po urzędnikach brukselskich chyba trudno się było spodziewać czegoś innego, tym bardziej jakichś refleksji po błędach popełnionych już raz w 2015 roku, bo to środowisko nie jest zdolne do przyznania się do błędu. Obserwatorzy sceny politycznej już się w tym wszystkim gubią, a ludzie, którzy nie śledzą na co dzień wydarzeń, tak naprawdę nie mają pojęcia o tym, jak wygląda sytuacja, jaki jest stan prawny całej tej polityki migracyjnej. W całej tej sytuacji najniebezpieczniejszy jest ten brak rozeznania. Tymczasem unijne elity fundują nam kolejne prawo w formule podobnej do mechanizmu praworządności, a więc uznaniowości. Nic więc dziwnego, że Polska się sprzeciwia: raz – jeśli chodzi o sam mechanizm relokacji imigrantów, a dwa – jeśli chodzi o sam system, podejrzewając – i słusznie – że za tą całą procedurą rzekomej dobrowolności kryje się przymus i finansowe kary.

Rząd wyciągnął wnioski z 2020 roku i wspomnianego przez Pana mechanizmu praworządności, na który zgodził się premier Morawiecki, co do dzisiaj odbija się nam czkawką?     

– Myślę, że tak. Mam wrażenie, że w Unii Europejskiej są zdziwieni tym, że Polska nie chce im wierzyć i podważa wiarygodność unijnych elit. Niestety, mając na względzie, co się działo i dzieje z Funduszem Odbudowy, którego środki dla Polski są wciąż blokowane przez Komisję Europejską, rząd premiera Morawieckiego nie mógł dzisiaj postąpić inaczej. Mechanizm praworządności miał lepiej chronić unijne środki, a środki europejskie miały być wstrzymywane tylko tym krajom, które dopuściłyby się malwersacji unijnych pieniędzy. Tymczasem mechanizm warunkowości służy naciskom na państwa niepokorne, a w przypadku Polski – wstrzymywanie środków z Krajowego Planu Odbudowy jest próbą podważenia wiarygodności i de facto obalenia polskiego rządu.

Jeśli chodzi o przymus azylowy, mowa jest cały czas o chorobie, ale nikt nie ma zamiaru przeciwdziałać zakażeniu...

– Owszem, w całej tej dyskusji nie mówi się, jak zapobiegać nielegalnej imigracji, tylko przyjmuje się wszystkich jak leci; nie mówi się, jak zapobiegać rosnącej fali migracyjnej, a krajom, które nie chcą się zgodzić na przymus relokacji, grozi się wysokimi karami finansowymi. Kompletnie nie mówi się o przestrzeganiu prawa i granicy Schengen. Kwestie bezpieczeństwa granic są zupełnie pomijane. Otwierając granice na nielegalnych imigrantów, zapomina się też, że na Ukrainie, a więc u granic Unii Europejskiej, toczy się regularna wojna, a także, że ognisk zapalnych grożących konfliktem na terenie Europy jest więcej – np. Naddniestrze. To jest potencjalne zarzewie konfliktu. Nie ma też żadnego wypracowanego mechanizmu reakcji Unii Europejskiej na to, co robi dzisiaj reżim Łukaszenki, który otwiera Białoruś na przybyszów – tzw. turystów – z kilkudziesięciu państw świata. I Unia znów nie dostrzega problemu, nie ma żadnych działań wyprzedzających. Natomiast cała rzecz sprowadza się do tego, żeby osoby, które przybywają z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu na południe Europy, rozdysponować w inne regiony kontynentu, tym samym niwelując problem np. Włoch. To też pokazuje, że Europa jest dzisiaj podzielona. 

O czym to świadczy?     

– To pokazuje, że w Europie nie ma spojrzenia kompleksowego. Europa ma problemy, wciąż odczuwalne są konsekwencje covidu, do tego dochodzą bezrobocie, inflacja, a także kryzys w strefie euro, gdzie nie wszystkie państwa mają stabilną sytuację. I nikt nie bierze pod uwagę, że ta bańka kiedyś pęknie. Jednak Unia nawet nie próbuje rozwiązać tych realnych problemów, za to punkt ciężkości przenosi gdzie indziej. Mamy działania – nazwijmy to – punktowe, w zależności od tego, gdzie i co się dzieje. Ponadto jest różne podejście do nielegalnych imigrantów muzułmańskich, za których nieprzyjęcie grozi kara 22 tys. euro od osoby, i uchodźców wojennych z Ukrainy, za których Polska otrzymywała góra kilkadziesiąt euro. To jest właśnie solidarność unijna, kiedy przez ponad rok trwającego kryzysu humanitarnego, gdzie Polska i Polacy się angażują, wzięliśmy ten problem i cały ciężar na siebie, a Unia milczy i udaje, że sprawy nie ma. Wsparcie, jakie otrzymaliśmy ze strony Unii Europejskiej, to – można rzec – drobne „na waciki” w porównaniu z tym, co otrzymała Turcja na zatrzymanie fali migracyjnej. To wszystko nie pozwala nam wierzyć w jakiekolwiek ustalenia na unijnych szczytach. Unia Europejska jest niewiarygodna, ponadto nie potrafi działać w sytuacjach trudnych, nie sprawdza się, podejmowane kroki są nieracjonalne, bezmyślne i szkodliwe, bo nie rozwiązują problemów, a w przypadku kwestii, o której rozmawiamy, są wprost kołem ratunkowym do handlu ludźmi.

Szef polskiego rządu, widząc nieuczciwą grę Brukseli i Berlina, powiedział „sprawdzam” i zaproponował, że skoro nie ma przymusu relokacji, to w mechanizmie należy zapisać zasadę dobrowolności, ale nie spotkało się to z aprobatą?  

– To obnaża prawdziwe intencje pomysłodawców dotyczące podzielenia się imigrantami. Jednak uważam, że szef polskiego rządu powinien złożyć wniosek, aby w związku z mechanizmem relokacji imigrantów rozpocząć też walkę z handlarzami ludźmi. Jest Interpol, którego działania we współpracy ze służbami lokalnymi przyniosłyby pożądane efekty. Uważam też, że pożądanym byłoby stworzenie funduszu na odsyłanie nielegalnych imigrantów do miejsc ich pochodzenia.      

Wracając jeszcze do unijnego szczytu: czy to nie dziwne, że prezydent Francji Emmanuel Macron, który jest za paktem migracyjnym, musi przed zakończeniem opuszczać szczyt z powodu właśnie protestów imigrantów?

– „Protesty” – to bardzo delikatnie powiedziane, bo patrząc na przekazy medialne, przypomina to poważny konflikt. Zamieszki nie ustają, widzimy starcia imigrantów muzułmańskich z policją, plądrowane są sklepy, banki, płoną samochody m.in. na obrzeżach Paryża i w innych miastach Francji. To pokazuje, że polityka multikulturalizmu de facto zbankrutowała. Byłem w 2017 roku w Paryżu, widziałem enklawy, w których żyją imigranci muzułmańscy, takie państwo w państwie. W imię poprawności politycznej stworzono coś na wzór gett, do których policja nawet w ciągu dnia nie zagląda. Ci ludzie roszczą sobie prawa, narzucają swoją kulturę, religię. Za nic mają kulturę i prawo państwa, które otworzyło przed nimi drzwi. Podobnie jest w Szwecji – jeszcze jakiś czas temu spokojnej – gdzie w wielu miastach po zmroku rdzenni mieszkańcy boją się opuszczać swoje domy. To jest efekt polityki otwartych drzwi, która już raz zbankrutowała, a w którą kolejny raz próbują nas uwikłać unijne elity.

Premier Morawiecki stoi na stanowisku, że ludziom, którzy są w jakikolwiek sposób poszkodowani w wyniku działań wojennych czy innych sytuacji, należy pomagać w miejscach ich pochodzenia…

– Co z tego, skoro w Europie nikt poza Węgrami nie chce słuchać tego, co od dawna mówi polski rząd. Unia Europejska udaje, że nie słyszy, za to kolejny raz wraca do pomysłu i ochoczo otwiera bramy Europy przed nielegalnymi imigrantami. Co więcej, tzw. paktem migracyjnym wprost zachęca przemytników ludzi do jeszcze bardziej wzmożonego organizowania przemytu, a tym samym napływu imigrantów do Europy. Często są to przestępcy, którzy w swoich krajach są ścigani, niszczą więc dokumenty świadczące o ich prawdziwej tożsamości i świadomie uciekają do Europy, wykorzystując naiwność unijnych władz. Co ciekawe, państwa arabskie Bliskiego Wschodu bliskie im językowo, religijnie czy kulturowo są niechętne wobec ich przyjmowania. Np. kraje Zatoki Perskiej nie chcą nawet słyszeć o przyjęciu Syryjczyków czy Irakijczyków.

Na razie przedmieścia Paryża i innych francuskich miast wieczorami płoną, w wielu miastach obowiązuje stan wyjątkowy…

– Sytuacja we Francji jest naprawdę trudna. W utrzymanie porządku codziennie zaangażowanych jest ok. 50 tys. policjantów. Wielu z nich jest rannych po starciach z rozszalałymi tłumami imigrantów. Akty przemocy są m.in. w Paryżu, Lionie czy Marsylii. Ci ludzie nie przestrzegają prawa państwa, którego stali się obywatelami, zwołują się na forach internetowych i brutalnie atakują, palą sklepy, domy, samochody, walcząc z policją i służbami. Ofiarą agresji padła nawet rodzina – żona i dzieci mera jednej z podparyskich miejscowości. Słyszymy, że do zamieszek dochodzi też na francuskich uczelniach. Swoją drogą warto się zastanowić nad tym, kto może stać za tymi wszystkimi atakami agresji, a przynajmniej komu na rękę jest niepokój w krajach Europy.

Ma Pan na myśli Putina?  

– Tak. Myślę, że na te wszystkie wydarzenia trzeba patrzeć nieco szerzej. Zwrócę uwagę na fakt, że oddziały Wagnera z przywódcą niedawnego buntu Jewgienijem Prigożynem trafiły na Białoruś. Można spekulować, ale kto wie, jakie mogą być tego konsekwencje i kolejne ich kroki, i czy to wszystko nie pachnie nowym Naddniestrzem. Myślę, że sąsiadując z Białorusią, powinniśmy być przygotowani na kolejne działania destabilizacyjne ze strony reżimu Łukaszenki, gdzie w rolach głównych obok nielegalnych imigrantów, których białoruski satrapa stale ściąga do siebie, mogą wystąpić także wagnerowcy. Pamiętamy przecież „zielone ludziki” na Krymie czy w Donbasie.  

Donald Tusk, który wielokrotnie bardzo pochlebnie wyrażał się o imigrantach jako szef Rady Europejskiej – nawet grożąc Polsce karami za niezastosowanie się do przymusowej relokacji – dzisiaj zmienia zdanie. Skąd ta nagła przemiana?

– Donald Tusk i Platforma tak często zmieniają zdanie w wielu kwestiach, że trudno to wszystko ogarnąć. Skoro jednak zaszła w nim ta nadzwyczajna przemiana i mamy zaostrzenie retoryki wobec nielegalnej imigracji, to dlaczego nie chce się zgodzić na referendum w sprawie nielegalnej imigracji proponowane przez opcję rządzącą? W połowie czerwca Sejm przyjął uchwałę wyrażającą sprzeciw wobec unijnego mechanizmu przymusowej relokacji nielegalnych migrantów, która zobowiązuje rząd do stanowczego sprzeciwu wobec unijnej propozycji, ale klub Lewicy i większość klubu Koalicji Obywatelskiej wyciągnęła karty i nie wzięła udziału w głosowaniu. To wiele mówi. Tak czy inaczej Unia powinna chronić zewnętrzne granice, a nie bezmyślnie je otwierać. Znamienne też, że odrzuca, a przynajmniej nie podejmuje dyskusji nad planem „Europa bezpiecznych granic” przedstawionym przez Polskę. Zakłada on: zwiększenie inwestycji dotyczących strzeżenia zewnętrznych granic Unii, wzmocnienie Frontexu w walce z przemytnikami ludzi oraz przeciwdziałanie migracji u jej źródeł, a więc to, o czym już wspomniałem – mianowicie pomoc ludziom w miejscach ich zamieszkania.

            Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki