Musimy być jednoznaczni i konsekwentni
Czwartek, 29 czerwca 2023 (23:20)Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM.
Czy przeniesienie recydywistów grupy Wagnera na Białoruś niesie za sobą zwiększenie zagrożenia dla Polski?
– Z pewnością może to powodować zwiększenie zagrożenia. Mamy w końcu do czynienia z grupami na poły bandyckimi, za które Rosja być może nie chce – przynajmniej formalnie – brać odpowiedzialności. Bez wątpienia są to ludzie z kryminalną przeszłością, zdolni właściwie do wszystkiego. Dlatego, w tym względzie, takie grupy za naszą granicą to jest problem.
Jaki właściwie jest, jaki może być, cel obecności grupy Wagnera na Białorusi?Skupiamy się na tym, że zostali oni wraz z ich szefem Prigożynem zesłani po nieudanym puczu, ale czy nie mamy tu drugiego dna i ewentualnego użycia ich do ataku na Kijów od strony Białorusi, czy też w celu zwiększenia działań hybrydowych i destabilizacji polskiej granicy?
– Wszystkie warianty są możliwe, chociaż wydaje się, że obecność grupy Wagnera na Białorusi jest skutkiem tego, co się stało, a nie zaplanowaną akcją. Wagnerowców można było rozmieścić na Białorusi i tyle, a Łukaszenka ze swoją zależnością od Kremla i tak nie mógłby się temu sprzeciwić, bo wojska rosyjskie i tak są rozlokowane na terytorium Białorusi. Ponadto, po co było organizować bunt i marsz ma Moskwę, żeby następnie rozlokować buntowników na Białorusi, a tym samym osłabiać wizerunek Putina itd. To wszystko się nie klei. Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje się, że jest to skutek, ale niezaplanowany, tego, co zwiemy puczem Jewgienija Prigożyna. Ponadto też nie jest do końca takie oczywiste, że wagnerowcy będą mogli robić na Białorusi, co zechcą.
Skąd ta pewność?
– Ta grupa bandytów jest, po pierwsze, skonfliktowana z regularną armią rosyjską. Nie ma też wątpliwości, że białoruscy wojskowi, którzy nie chcieli walczyć po stronie Rosji na Ukrainie (wojska białoruskie nie wkroczyły na Ukrainę), nagle cieszyć się będą z faktu, że niechciane w Rosji na poły bandyckie oddziały wagnerowców pojawią się na Białorusi i bez żadnej kontroli będą robić to, co tylko chcą. Sytuacja z punktu widzenia żołnierzy białoruskich nie jest zatem komfortowa. Taka obecność – moim zdaniem – może w powodować bunt, a przynajmniej niezadowolenie w establishmencie wokół Łukaszenki. Wiadome jest przecież, jak odpowiedzialni za wiele zbrodni wagnerowcy zachowywali się nie tylko w stosunku do ukraińskiej ludności – chociaż to też jest ważne – ale także w stosunku do swoich towarzyszy broni.
To wszystko rodzi niepewność i zagrożenie chaosem, być może też niepokojem na Białorusi, a może także zagrożenie interwencji walczącego po stronie Ukrainy białoruskiego pułku im. Konstantego Kalinowskiego, który w sytuacji skrajnej może mieć większe wsparcie niż to się mogło wydawać jeszcze do niedawna. Granica polsko-białoruska jest więc granicą z dużym ładunkiem zagrożeń, z którymi musimy się liczyć i które powinniśmy brać pod uwagę.
Czy można zatem łączyć przybycie wagnerowców na Białoruś z liczniejszymi w ostatnim czasie próbami nielegalnego przekraczania polskiej granicy?
– Na pewno tak, choć trzeba się też liczyć z tym, że pomysłów na ataki hybrydowe na Polskę będzie coraz więcej. Przypuszczam, że w tej chwili polskie władze, także wojskowi, zastanawiają się nad różnymi scenariuszami i odpowiedzią czy odpowiedziami, bo tych prowokacji po stronie białoruskiej będzie zapewne dużo. Biorąc pod uwagę, że zasoby białoruskie zostały wzmocnione przez wagnerowców, nie można wykluczyć, że pojawią się również strzały do polskich pograniczników, i tu musi się pojawić odpowiedź. Nie może być bowiem tak, że wojsko polskie – jeśli coś takiego wystąpiłoby – będzie bezczynnie przyglądało się agresji i wrogim działaniom. Sytuacji zmierzających do zwarcia, prowokacji może być zatem bardzo dużo, niekoniecznie tylko ze strony nielegalnych imigrantów.
Tych pytań jest wiele, jedno z nich brzmi: do jakiego momentu polscy pogranicznicy będą się uchylali przed kamieniami rzucanymi z białoruskiej strony, będą patrzeć, jak ktoś im grozi, naraża na uszczerbek na zdrowiu, niszczy sprzęt, i kiedy odpowiedzą na tę agresję np. użyciem broni gładkolufowej?
– Myślę, że to też jest w tej chwili przedmiotem konsultacji i rozważań rozmaitych wariantów ataków, jakie mogą się pojawić oraz zachowań w ich obliczu. Wiadomo, że odpowiedź zawsze powinna być proporcjonalna do zagrożenia. Użycie broni mogłoby też grozić konfliktem zbrojnym, dlatego z pewnością te wszystkie kwestie i co robić są przedmiotem konsultacji z Amerykanami. Wszystko jednak wskazuje, że jesteśmy coraz bliżej momentu, kiedy w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia pograniczników taka broń zostanie użyta. Sytuacje, o jakich rozmawiamy, to już jest fizyczna agresja, to nie są tylko krzyki, grożenie. A to wymaga adekwatnej odpowiedzi.
Czy w związku z przybyciem wagnerowców na Białoruś oraz nasileniem presji migracyjnej na polską granicę powinniśmy się spodziewać jakiegoś dodatkowego wsparcia ze strony NATO?
– Nie mnie rozsądzać, co by się nam przydało, jaki charakter mogłoby mieć ewentualne wzmocnienie Polski w tej sytuacji. Na pewno jesteśmy jedynym państwem NATO, które graniczy z agresorem – z Rosją i państwem napadniętym – z Ukrainą. Wiadomo, że w Polsce są żołnierze amerykańscy, że trwają zakupy w przyspieszonej formule i coraz więcej nowoczesnego sprzętu wojskowego trafia na wyposażenie polskiej armii – chociażby południowokoreańskie armatohaubice K9 czy czołgi K2 oraz ostatnio pierwsza partia amerykańskich czołgów Abrams. Do tego trzeba dodać wybudowanie zapory na polsko-białoruskiej granicy, co napotykało na krytykę ze strony totalnej opozycji, a także ze strony środowisk unijnych.
Tymczasem jak wielkie to miało i ma znaczenie, widzimy dzisiaj. Ci wszyscy krytycy – łącznie z Tuskiem – nie bardzo wiedzą, jak się zachować. Tymczasem te decyzje o budowie płotu, żeby wschodnią granicę uczynić szczelną, okazały się słuszne i potrzebne z punktu bezpieczeństwa państwa polskiego. Ponadto trzeba mieć na uwadze, że wagnerowcy dowodzeni przez Prigożyna to na poły prywatna armia – jak wspomniałem złożona z bandytów, kryminalistów, ludzi zdemoralizowanych. Dlatego nie można wykluczyć, że w pewnym momencie przekroczą polską granicę z bronią w ręku. Skoro szli na Moskwę, to niby dlaczego nie mieliby pójść na Warszawę.
Słynne „zielone ludziki”?
– Dokładnie tak. I moglibyśmy mieć powtórkę z roku 2014, kiedy tzw. zielone ludziki pojawiły się na Krymie i zajęły Donbas. Dlatego absolutnie muszą być przygotowane wszystkie niezbędne procedury, co w takiej sytuacji robić. Nie można przecież pozwolić na to, że bandyci Prigożyna będą sobie swobodnie przekraczać polską granicę, będą spacerować w kierunku Warszawy, tak jak niedawno zmierzali w kierunku Moskwy. Jeśli taka sytuacja miałaby miejsce, to tacy wrogowie bezwzględnie muszą zostać zniszczeni. To wszystko trzeba mieć dzisiaj przemyślane i przygotowane w sensie procedur na wypadek realnego zagrożenia.
Mamy zapowiedź zwiększenia liczebnego i wsparcia dla Straży Granicznej oraz doposażenia w odpowiedni sprzęt. To wskazywałoby, że zagrożenie jest monitorowane…
– To jest sprawa oczywista. Do tego mur wzniesiony na granicy z Białorusią stanowi ważne wzmocnienie, więc każda próba przekroczenia polsko-białoruskiej granicy nie tylko ze strony nielegalnych imigrantów, ale także przez „zielone ludziki” będzie utrudniona oraz zauważalna. I to jest duży plus. Natomiast należy się przygotować nawet na działania militarne ze strony białoruskiej. Nie możemy patrzeć, jak grupa bandytów z bronią przekracza naszą granicę państwową i wkracza do naszych miast.
Premier Morawiecki przed wyjazdem na szczyt Rady Europejskiej powiedział jasno, że trwa atak na Europę, że granice Europy nie są bezpieczne. Polska podczas szczytu zaproponuje plan bezpiecznych granic, premier zapowiedział weto dla przymusowej relokacji imigrantów i ochronę naszych granic. To wbrew presji Berlina i Brukseli?
– Skoro Berlin i Bruksela działają destrukcyjnie na całą Wspólnotę, wymyślają coraz bardziej absurdalne rzeczy – łącznie z przymusową relokacją nielegalnych imigrantów itd., nie są przy tym w stanie reagować na prawdziwe zagrożenia i wymyślają sobie wydumane problemy, to nie ma wyjścia i należy wyjść z ofensywą. Co do tego nie ma wątpliwości. Tak jak byliśmy konsekwentni w budowaniu alternatywnych dostaw gazu, tak musimy być konsekwentni i niewzruszeni w przypadku realizacji wszelkich innych działań, które mają zapewnić nam bezpieczeństwo. To jest polska racja stanu, dlatego nie może tu być miękkiej gry. Poza tym jest to też ważne w toczącej się kampanii przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, w obliczu zapowiadanego referendum. Trzeba być jednoznacznym i konsekwentnym.
Czasu oczywiście nie da się cofnąć, ale gdyby w Polsce wcześniej powstała tarcza antyrakietowa, którą blokował rząd Tuska, i gdyby nie prorosyjska postawa rządów Schroedera oraz Merkel, to być może wojny na Ukrainie i wszystkich jej konsekwencji, łącznie z zagrożeniem polsko-białoruskiej granicy, udałoby się uniknąć?
– Jeśli chodzi o wojnę na Ukrainie, to nie od nas zależało, czy ona wybuchnie, czy nie, natomiast nie ulega wątpliwości, że rzeczywiście dzisiaj bylibyśmy bardziej bezpieczni. Reset w relacjach z Rosją robił Barack Obama, reset robiła Angela Merkel.
Podobny reset robił rząd Tuska...
– Ekipa Tuska nie tyle ten reset wymyśliła, co chwytała w mig intencje i zamiary Berlina. Ówczesna polityka Tuska i Sikorskiego polegała na tym, że zwłaszcza Sikorski w lot chwytał to, co Niemcy chcą zrobić. Czyli starał się być kimś ważnym poprzez to, że odczytywał zamiary Niemców, wyprzedzał ich myśli i działał w tym kierunku. Oznacza to, że nawet w niekorzystnych dla Polski decyzjach nie był podmiotowy. Jego podmiotowość polegała na tym, że wcześniej w relacjach z Moskwą ogłosił reset, który Niemcy planowali, o czym on wiedział. Chodziło o to, żeby pokazać, jaką to Polska – zarządzana przez koalicję PO-PSL – ma inicjatywę, jaką ma sprawczość. Oczywiście ówczesny rząd był jedynie tępym wykonawcą woli Berlina czy Waszyngtonu, bo – jak pamiętamy – Obama wszedł w ten reset bardzo mocno – szczególnie podczas pierwszej swojej kadencji. Natomiast słowa Sikorskiego należy traktować jako rodzaj samochwalstwa.
Gdyby jednak nie te ówczesne ustępstwa ze strony rządu Tuska, to nasza sytuacja dzisiaj też byłaby inna?
– Zdecydowanie tak. Natomiast mieliśmy i tak dużo szczęścia, że Ukraińcy postawili stanowczy opór agresji rosyjskiej, bo w przeciwnym razie nasza sytuacja byłaby bardzo trudna. Nie zmienia to jednak faktu, że błędy po stronie ekipy Tuska były potężne.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki