„Trzecia droga” – ścieżka donikąd
Środa, 14 czerwca 2023 (20:51)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem
z Instytutu Sobieskiego
Na piątek 16 czerwca Donald Tusk zwołał kolejny marsz opozycji, który ma się odbyć w Poznaniu, następne będą organizowane
w Jeleniej Górze, Wrocławiu czy Kłodzku. Czy z Tuska robi się polityk wiecowy i czy to ma być sposób Platformy na kampanię?
– Donald Tusk wyczuł, że takie marsze czy pikiety to jest formuła, która mobilizuje jego elektorat, która mobilizuje szeregi wyborców Platformy, a jednocześnie robi porządek wśród opozycji, na czym wygrywa nie kto inny, jak właśnie Tusk. Można zatem powiedzieć, że Tusk znalazł receptę, bo jakby nie było, sondaże Platformy po marszu 4 czerwca drgnęły, ale kosztem innych formacji opozycyjnych. Nic więc dziwnego, że Tusk idzie za ciosem, ma też świadomość, że do wakacji musi jak najwięcej ludzi zmobilizować. Zaczyna więc od ośrodków, w których Platforma ma największe poparcie, bo Poznań czy Wrocław to są miejsca, gdzie jego formacja zawsze miała silną pozycję.
W sytuacji, kiedy Polska jest zagrożona rosyjskimi wpływami – coraz więcej wychodzi na jaw – Tusk nawołuje do manifestacji przeciw władzy, która chce wyjaśnić te zależności i jak daleko sięgały czy sięgają rosyjskie macki. To może być próba odwrócenia uwagi polskiego społeczeństwa?
– Proszę pamiętać, że to jest kampania wyborcza, która rządzi się swoimi prawami. W czasie kampanii są wyciągane na jaw wszystkie argumenty, obowiązuje zasada: wszystkie ręce na pokład. Uruchamiane są media i – jak widać – walka wyborcza trwa w najlepsze. Wszyscy używają dostępnych i zgodnych z prawem argumentów, żeby zyskać przewagę.
Liderzy opozycji, nauczeni doświadczeniem wykluczenia przez Tuska na marszu
4 czerwca w Warszawie, już tak ochoczo nie deklarują swojego udziału w kolejnych marszach…
– Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby na kolejnych marszach pojawili się Władysław Kosiniak-Kamysz, Szymon Hołownia, a także liderzy Lewicy Włodzimierz Czarzasty czy Robert Biedroń. Sądzę, że jedna lekcja, jaką dostali od Tuska 4 czerwca, wystarczy. Dlatego można przypuszczać, że będą to spotkania sympatyków Platformy, spotkania lidera z Koalicją Obywatelską, i Tusk liczy, że będzie to powtórzenie frekwencyjnego sukcesu marszu warszawskiego. Osobiście jednak byłbym tu ostrożny, bo pamiętajmy, że przy tego typu wydarzeniach trzeba brać jednak pod uwagę wszystkie możliwe warianty, scenariusze, także prognozy pogody, a te dla tego typu marszów nie są zbyt przychylne, bo na najbliższe tygodnie zapowiadane są opady deszczu, ma być też chłodno jak na tę porę roku. Należy mieć na uwadze kontekst, także historyczny, bo data 4 czerwca wzbudzała emocje nie tylko związane z tym marszem, ale była dla Tuska nawiązaniem do wyborów z 1989 roku. Nie bez znaczenia będzie także to, w jakim dniu tygodnia będzie się odbywał taki marsz, czy to będzie weekend, czy jak 16 czerwca piątek. Nie jestem też pewien, czy ludzie będą chcieli przyjść na spotkanie z Tuskiem. Wszystko się więc okaże. Może być tak, że chęci, emocje i ambicje były czy są, owszem, wielkie, a rzeczywistość może być bardziej brutalna i skutki dalekie od oczekiwań.
Kosiniak-Kamysz i Hołownia nie wezmą udziału w poznańskim marszu. Mówił o tym Marek Sawicki, tłumacząc, że w tym dniu odbywać się będzie posiedzenie Sejmu, ale także sam lider ludowców zabrał głos, wskazując, że „to inicjatywa polityczna zmierzająca do wzrostu poparcia dla Platformy”. Czyżby wyciągnęli wnioski?
– Udział w spektaklu Tuska – drugi raz z rzędu – świadczyłby o braku nosa politycznego liderów PSL-u i de facto byłoby podkładaniem się Platformie. Dotyczy to także Lewicy, której liderzy, jeśli znaleźliby się na takim marszu, oznaczałoby to kolejne straty w sondażach i balans na progu wyborczym. Przypomnę, że po marszu w Warszawie 4 czerwca wszystkie formacje opozycyjne straciły i to znajduje odzwierciedlenie w sondażach.
Swoją drogą sojusz PSL-u i Polski 2050 zdaje się, że nie przynosi oczekiwanych rezultatów i w sondażach oba ugrupowania jako „Trzecia droga” tracą…
– Wygląda, że „Trzecia droga”, która w założeniu miała być autostradą, coraz bardziej przypomina ścieżkę, i to donikąd. Owszem, Szymon Hołownia wciąż deklaruje, że celem tej symbiozy Polski 2050 z PSL-em jest nie wymagane progiem wyborczym 8, ale 18 procent. Samo czarowanie to jednak za mało – zwłaszcza że wszystkie sondaże pokazują, iż „Trzecia droga” coraz bardziej traci.
W ciągu tygodnia straciła 3-4 procent, a to jest bardzo dużo. Tymczasem do wyborów jeszcze daleko, a przed nami wakacje – czas bardzo niewygodny i nielubiany przez polityków, bo na czas wakacji cała maszyna wyborcza jest wygaszana i poszczególne formacje pracują, ale na zwolnionych obrotach.
Czy zatem „Trzecia droga” może się skończyć, zanim się na dobre rozpoczęła?
– Patrząc na wydarzenia, można powiedzieć, że „Trzecia droga” jest wymarzonym działaniem i nadzieją dla Zjednoczonej Prawicy na trzecią z rzędu kadencję u władzy. I to jest bardzo prawdopodobne. Dlatego Donald Tusk niech dalej prowadzi w ten sposób „dialog” z pozostałymi formacjami opozycyjnymi, bo w swojej działalności pokazuje bezwzględność w pierwszym rzędzie wobec liderów opozycji.
Czy słuszna może okazać się teza, że Tuskowi wcale nie chodzi o zjednoczenie opozycji, ale odsuwając Trzaskowskiego na bok i wysuwając się na czoło w Platformie, chce zmarginalizować pozostałe formacje opozycyjne tak, żeby nawet nieznacznie przegrywając w wyborach parlamentarnych z PiS-em, być bezsprzecznie liderem na opozycji i tym samym otworzyć sobie drogę do startu w wyborach prezydenckich?
– Na razie przed nami wybory parlamentarne. Od momentu powrotu na polską scenę polityczną Donald Tusk walczy o przekroczenie przez Platformę magicznego progu 30 procent poparcia. Przez długi czas pułap 30 procent był dla Platformy – rzec można – liczbą przeklętą, bo ciągle formacja ta balansowała w okolicach 25-26 procent. To trwało dwa lata. Natomiast marsz 4 czerwca w Warszawie
i mobilizacja struktur Platformy spowodowały, że ta magiczna dla Tuska i jego kolegów liczba 30 procent wreszcie została przekroczona. I sam Tusk poczuł się lepiej, bo uznaje to za swój osobisty sukces. Natomiast ten sukces był możliwy dzięki temu, że uruchomił proces kanibalizacji sił opozycyjnych. Tak już bywa, że w życiu publicznym nic nie dzieje się bez konsekwencji, a więc jeśli sondażowo komuś rośnie, to innemu musi spadać, i tak dokładnie dzieje się w tym wypadku. Można zatem powiedzieć, że na dzień dzisiejszy wrogiem numer jeden dla Tuska nie jest PiS, ale pozostałe formacje opozycyjne, bo elektorat PiS-u nie głosuje na Platformę i odwrotnie. Dlatego Donald Tusk musi maksymalnie zmobilizować swój elektorat – stary i obecny, a oprócz tego liczyć na przesunięcie, przeciągnięcie do siebie jak największej liczby wyborców innych partii po to, żeby pokazać, że lider jest jeden. Wyborcy nie lubią głosować na z góry przegranego, ale obdarzać swoim mandatem tę formację, która rokuje. Jeśli więc na dzisiaj wychodzi, że najsilniejszym ugrupowaniem na opozycji jest formacja Tuska, to można się spodziewać, że elektorat płynny dokona wyboru w kierunku Platformy po to, żeby poczuć się lepiej w wieczór wyborczy, że jest z tym, który wygrał czy nawet nieznacznie przegrał, ale był w grze o zwycięstwo. Takie podejście oznacza, że im bliżej wyborów – jeśli nic nieprzewidywanego się nie wydarzy – pozostałe ugrupowania opozycyjne będą tracić. Szymonowi Hołowni chyba nikt jeszcze nie powiedział o tym, że właśnie przestaje istnieć, wszystko też wskazuje, że do wyborów, do których zostało dobre sto dni, „Trzecia droga” przestanie istnieć.
Zatem na ile jest prawdopodobne, że obie formacje – PSL i Polska 2050 – do wyborów mogą pójść osobno?
– W polityce nie mówi się nigdy, zawsze pozostawia się drogę otwartą. W polityce nie ma sentymentów, ale są interesy. I PSL na swojej politycznej drodze zawsze pokazywało, że potrafi rządzić zarówno z Lewicą, jak też
z Platformą, co więcej, wprawdzie nie do formalnej, ale jednak koalicji, potrafiło wziąć także Pawła Kukiza, a teraz związać się z Polską 2050. To jest pragmatyzm, co pokazuje, że w polityce liczą się interesy – zwłaszcza dla takiej formacji jak ludowcy. Dzisiaj jest czas wyczekiwania i jeśli na przełomie wakacji okaże się, że „Trzecia droga” przestanie mieć rację bytu, jeśli ten projekt okaże się totalną porażką, to PSL będzie musiało szybko się zreflektować i podjąć decyzję, czy nie ponowić umizgów do Platformy. Osobiście nie wykluczyłbym takiego wariantu, nie zdziwiłbym się, gdyby nieoficjalnie już trwały jakieś działania w tym kierunku, po to, żeby mieć wyjście awaryjne.
To oznaczałoby koniec politycznej kariery Szymona Hołowni i Polski 2050, zanim się jeszcze na dobre zaczęła…
– Jeżeli zachodziłaby sytuacja, o której wspomniałem, to taki wariant jest prawdopodobny. Pewne jest, że Donald Tusk na pewno nie przyjmie Szymona Hołowni – co najwyżej mógłby zagospodarować kilku jego współpracowników tylko po to, żeby zademonstrować swój pluralizm. Zresztą takie podejście widać chociażby po kandydatach do Senatu, gdzie pojawiają się nazwiska Romana Giertycha czy Ryszarda Petru, którzy, zdaje się, będą starować z własnych komitetów, bo nikt nie chce brać takiego obciążenia politycznego na swoje barki, oddając im miejsca w Senacie. To może być przykład, jak to będzie wyglądało, że będzie to bardzo brutalna gra.
Czemu zatem ma służyć planowana na 24 czerwca duża konwencja „Trzeciej drogi”, czego możemy się spodziewać?
– To ma służyć zebraniu, zwarciu szeregów i pokazaniu, że wciąż jeszcze jesteśmy. Jednocześnie 24 czerwca to początek wakacji i widocznie liderzy „Trzeciej drogi” Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia zakładają, że to dobry czas, żeby coś jeszcze próbować zrobić. Ta konwencja pokaże, jakie są straty po upokorzeniu obu liderów przez Donalda Tuska 4 czerwca i jak 20 dni od daty warszawskiego marszu wpłynęło na atmosferę w obu ugrupowaniach. To będzie ogląd sytuacji, kwestia pewnego policzenia i przeanalizowania, czy dalsza droga obu formacji ma sens, czy trzeba szybko – zwłaszcza w przypadku PSL-u – szykować wariant „b”, czy „Trzecia droga” rokuje jeszcze, czy też nie.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki