Z Tuska wyszła miałkość
Wtorek, 6 czerwca 2023 (16:31)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego
Co tak naprawdę wydarzyło się 4 czerwca br., do kogo był adresowany marsz, który przeszedł ulicami Warszawy?
– Niedzielny marsz warszawski był adresowany do wszystkich partii opozycyjnych, bo jego myślą przewodnią wcale nie była wolność, nie była demokracja, nie była też Polska, ale jego myślą przewodnią był anty-PiS. I czy ulicami Warszawy przemaszerowało sto, dwieście czy nawet pół miliona ludzi, co oczywiście jest przesadą, to pewne jest jedno, że byliśmy świadkami ulicznego spotkania partyjnego. Zatem cała ta impreza rozdmuchana przez lewicowo-liberalne media i polityków Platformy wcale nie była skierowana do Polaków, ale do wewnętrznych kręgów formacji opozycyjnych, czyli do tzw. opozycji totalnej.
Mógłby Pan rozwinąć tę myśl?
– Przypomnijmy sobie, że na początku Donald Tusk, kreujący się na lidera, wezwał wszystkie partie opozycyjne do tego, żeby 4 czerwca br. stawiły się w Warszawie na wielkim marszu – marszu Platformy. Tak, bo ten marsz był organizowany, sfinansowany przez Platformę. Jego siłą napędową była partia Tuska, która zwiozła z poszczególnych miast swoich sympatyków. Na początku liderzy pozostałych ugrupowań byli przeciwko takiej manifestacji pod szyldem Tuska. Na przykład Szymon Hołownia zapewniał, że w żadnym wypadku nie weźmie udziału w tym spektaklu, podobnie jak Władysław Kosiniak-Kamysz, i jedynie Lewica nie odcinała się od marszu i deklarowała swój udział. Tymczasem im bliżej był dzień 4 czerwca, tym bardziej politycy tzw. Trzeciej Drogi zmieniali zdanie. Media przyjazne Platformie i presja wywierana przez Tuska spowodowały, że na manifestacji jednak pojawili się liderzy PSL-u oraz Polski 2050. I tu wychodzi cwaniactwo Tuska, który od początku miał na celu zepchnąć pozostałe partie opozycyjne i ich liderów do kąta, na dalszy plan.
I to mu się udało…
– Na samym początku marszu na Rozdrożu, owszem, pojawił się Rafał Trzaskowski, był też Lech Wałęsa, który tak naprawdę stał się problemem organizatorów, bo jego przydługawe przemówienie pełne odniesień do własnej osoby zostało właściwie przerwane przez uczestników manifestacji. Pierwsze skrzypce grał zaś Tusk. Natomiast Kosiniak-Kamysz i Hołownia nawet nie mieli okazji, żeby wejść na scenę, bo podobno utknęli w tłumie. Nie ma znaczenia, kto nie dojechał, kto utknął, czy nie utknął w tłumie – istotne jest to, że Donald Tusk dał pstryczka w nos partiom opozycyjnym, które na imprezę zorganizowaną przez Platformę ściągnęli swoich ludzi, tworząc tzw. tłum. Nic więc dziwnego, że wszyscy, komentując dzisiaj warszawski marsz, mówią nie o Kosiniaku-Kamyszu czy o Hołowni, nawet nie o Czarzastym, ale wszyscy mówią o Tusku i o Platformie. W ten oto sposób Tusk pokazał miejsce w szeregu wszystkim pozostałym liderom opozycji.
Jaki z tego płynie wniosek?
– Sądzę, że dzisiaj problemu nie ma Prawo i Sprawiedliwość, ale formacje opozycyjne, które Tusk zdominował. Chodzi o to, że uczestnicy tego marszu to nie byli zwolennicy PiS-u, ale na ulicach Warszawy maszerował twardy elektorat totalnej opozycji. Inaczej mówiąc, do Warszawy przyjechali totalni demonstranci, którzy byli, są i pewnie zawsze będą przeciwko PiS-owi. Donald Tusk chciał się wybić na totalnego lidera, i udało mu się to zrobić.
Tylko że niedawno były głosy, że może trzeba Tuska odsunąć, bo zawiódł nadzieje, jakie w nim pokładano, że nie jest tą wartością dodaną, jaką miał być, i wobec tego może wymienić go na Trzaskowskiego?
– Zgadza się. Jednak podczas niedzielnego marszu Tusk robił wszystko, żeby wybić się na lidera. Zwrócę uwagę, że o ile na początku głos zabierał jeszcze Rafał Trzaskowski razem z Donaldem Tuskiem, maszerowali razem na przedzie tej manifestacji, to na końcu na scenie przed Zamkiem Królewskim pojawił się tylko i wyłącznie Tusk i tylko on zabierał głos. Inna sprawa, że jego przemówienie było beznadziejne. To było bardzo emocjonalne wystąpienie, które nie miało ani śladu programu, za to było jedną wielką krytyką PiS-u, krytyką pozbawioną argumentów. Z Tuska wyszła miałkość, brak jakiejkolwiek wizji Polski, a jedyne, co wybrzmiewało zdecydowanie, to życzenie – odsunąć PiS od władzy.
Wspomniał Pan wcześniej, że problem dzisiaj ma nie PiS, ale formacje opozycyjne. Na czym ten problem polega?
– Hołownia i Kosiniak-Kamysz mówią dzisiaj jasno, że nie będzie jednej listy opozycji. Mają świadomość, że skończył się marsz, skończyły się fajerwerki i czas samodzielnie zabiegać o głosy. Lewica ma problem, dlatego milczy, bo chyba dostrzega, że Donald Tusk próbuje skonsumować wszystkie partie opozycyjne i stworzyć jeden front anty-PiS. Po tej zbiórce na niedzielnym marszu żelaznego elektoratu, który głosował na Tuska i będzie nadal głosował na Tuska, właściwie nic w sensie politycznym się nie wydarzyło. Chodzi o to, że jeśli wziąć pod uwagę poparcie, liczbę ludzi, którzy głosowali na Platformę, ludzi, którzy oddali swoje głosy na Lewicę czy PSL, to ich odsetek na marszu był znikomy. Dodając do tego jeszcze sympatyków Szymona Hołowni, to trzeba powiedzieć, że frekwencja była beznadziejna.
Tym bardziej że ten marsz był mocno reklamowany w całej Polsce…
– Pojawiły się ogromne bilbordy zachęcające do udziału w marszu sympatyków Platformy, a raczej przeciwników rządów Zjednoczonej Prawicy. To z pewnością generowało niemałe koszty. Zatem ciekawe, jaki był koszt tej kampanii zapowiadającej marsz, bo to nie były tylko bilbordy, ale także reklamy w mediach. Muszę przyznać, że w porównaniu do wydatków, które były pewnie spore, to efekt końcowy był mizerny, tym bardziej że Warszawa to ośrodek, gdzie Platforma ma wielu zwolenników. Przy tak dużej nagonce medialnej frekwencja wcale nie była imponująca. Pamiętajmy przy tym, że marsz odbywał się w centrum Warszawy, gdzie zwłaszcza w niedzielę w godzinach południowych porusza się dużo ludzi wcale niezwiązanych z marszem Tuska. Licząc znajdujących się na ulicy ludzi, trudno odróżnić spacerowiczów, ludzi udających się na Mszę św. od manifestujących w marszu Tuska.
Jakie są wnioski dla formacji rządzącej, jaka powinna być odpowiedź polityków Zjednoczonej Prawicy na ten spęd i spektakl jednego aktora?
– Cała ta sytuacja pokazuje jedną istotną rzecz. Mianowicie, że czasy dyskusji o tym, czy PiS i Suwerenna Polską pójdą do wyborów razem jako Zjednoczona Prawica czy osobno, się skończyły. Siłą obecnej władzy, siłą koalicji powinno być to, żeby w ramach konwencji przedwakacyjnej – na jednej scenie oprócz lidera Jarosława Kaczyńskiego pojawili się liderzy wszystkich formacji, którzy deklarują budowanie i swój udział w koalicji Zjednoczonej Prawicy oraz wspólny start w jesiennych wyborach parlamentarnych. To powinna być realna odpowiedź na to, co zaprezentował Tusk 4 czerwca. Inaczej mówiąc, powinno to być wspólne wystąpienie liderów Zjednoczonej Prawicy, gdzie prezes Kaczyński mówi, że w przeciwieństwie do Platformy i Tuska my nikogo nie wypychamy, nikogo nie chcemy konsumować, ale my wszystkich, którym na sercu leży dobro Polski i Polaków, zapraszamy do budowania wspólnej przyszłości. Donald Tusk wyszedł sam, nikogo z liderów opozycyjnych nie zaprosił na scenę przed Zamkiem Królewskim i podsumowanie warszawskiego marszu, bo on chciał być najważniejszy i pokazać, że on tu rządzi.
Czy to nie rozbije opozycji?
– Myślę, że ta postawa Tuska – dominatora, ta jego zachłanność i chęć przewodzenia, to wszystko sprawi, że awantury wewnątrz opozycji pogłębią się jeszcze bardziej. Można się zatem spodziewać jeszcze większego skłócenia. Myślę, że w tej sytuacji, kiedy opozycja będzie podzielona jeszcze bardziej, Zjednoczona Prawicy nie musi nic wielkiego robić, zwłaszcza że ta manifestacja pokazała dobitnie, że Donald Tusk nie szanuje pozostałych formacji opozycyjnych, że nie szanuje koalicjantów i nie będzie szanował ani poważnie traktował Władysława Kosiniaka-Kamysza, Szymona Hołowni czy Włodzimierza Czarzastego, którzy dając się ograć Tuskowi, zapewne stracili wiele w oczach swoich zwolenników. Donald Tusk, dokonując zaorania swoich koalicjantów, jest pewny, że idzie po swoje, gra tylko na siebie, a nie na drużynę, ale kto wie, czy nie będzie to tak, jak głosi przysłowie „pycha kroczy przed upadkiem”. Na pewno odpowiedzią Zjednoczonej Prawicy powinno być pokazanie przede wszystkim podmiotowości koalicyjnej, że nie jesteśmy sami, a na scenie przyszłej konwencji powinni pojawić się nie tylko Jarosław Kaczyński, ale wszyscy liderzy, których skupia program i działanie dla Polski.
Skoro Tusk kreuje się na lidera całej opozycji i de facto pana i władcę, to jak z takim podejściem zamierza – po ewentualnie wygranych wyborach – stworzyć jeden koalicyjny rząd z PSL-em, Hołownią – jeśli dostaną się do Sejmu, czy z Lewicą, skoro dzisiaj nie może się z nimi dogadać, żeby stanąć razem na jednej scenie?
– W żadnym wypadku, to jest niemożliwe. Co ciekawe, ostatni sondaż pokazuje, że poparcie dla tzw. Trzeciej Drogi, czyli koalicji PSL-u i Polski 2050, zaczyna topnieć – było 15 procent, a jest 11 procent. To pokazuje, że warszawski marsz 4 czerwca nie będzie miał wpływu na poparcie PiS-u, bo elektorat popierający formację Jarosława Kaczyńskiego jest cały czas ten sam i nie ma nic wspólnego z tymi, którzy w niedzielę byli obecni ciałem czy duchem w Warszawie. Natomiast należy się spodziewać ruchów i topnienia poparcia dla Lewicy i – jak wspomniałem przed chwilą – dla tzw. Trzeciej Drogi. Będzie zaś rosło poparcie dla Tuska, dla Platformy, ale też nie nadmiernie. Natomiast warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz – mianowicie, że w tym samym czasie odbyła się oddzielna impreza w Gdańsku i prezydent Dulkiewicz nie przyjechała do Warszawy na marsz Tuska.
Co to Pana zdaniem może oznaczać?
– Widać, że prezydent Dulkiewicz zadziałała z boku i próbuje samodzielnie wybijać się na niezależność, a może jeszcze bardziej zostawić sobie otwartą furtkę dla Rafała Trzaskowskiego. To tak na wszelki wypadek, gdyby do wyborów Donald Tusk się wypalił.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki