• Poniedziałek, 13 kwietnia 2026

    imieniny: Marcina, Przemysława

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Wyrwani z piekła wojny

Wtorek, 16 maja 2023 (00:05)

ROZMOWA z s. Hieronimą Dorotą Kondracką ze Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim we Lwowie

Trwa wojna na Ukrainie. Siostry albertynki nieustannie pomagają potrzebującym we Lwowie?

– Każdego dnia. Wstajemy o piątej rano, dzień zaczynamy od modlitwy (Jutrznia, Godzina Czytań, rozmyślanie), potem idziemy do katedry i adorujemy Najświętszy Sakrament oraz uczestniczymy we Mszy św. Po takim duchowym umocnieniu idziemy już nie same, ale z Jezusem, do tych, którym służymy. Mamy swoich stałych podopiecznych – tak było już przed wojną, ale od jej wybuchu otaczamy stałą opieką więcej osób. Idziemy, aby ich nakarmić, umyć, sprzątnąć w ich mieszkaniach, ale przede wszystkim, żeby być z nimi. To są ludzie, którzy potrzebują pomocy.

Przygotowujemy też paczki na front, pomagamy żołnierzom na różne sposoby. Uchodźcom ze wschodniej Ukrainy, którzy zatrzymali się we Lwowie, wydajemy prowiant, artykuły chemiczne, odzież. Jest to możliwe dzięki wsparciu, które dociera głównie z Polski. Nikt z nas nie liczy, ilu osobom pomagamy, ale każdy, kto przychodzi, nie odchodzi głodny.

Ludzie mówią siostrom o swoich trudnych przeżyciach?

– Niewielu jest otwartych, by opowiadać o swoich przeżyciach, by dzielić się trudnymi doświadczeniami, ponieważ to dla nich wielka trauma. Przychodzi do nas np. kobieta, która ma dwójkę dzieci, siedmioletnie i mające niewiele ponad rok. Przed wojną wprowadzili się do nowego domu w okolicach Bachmutu. Wszystko stracili, z ich domu zostały tylko gruzy. Im udało się uciec. Już od dłuższego czasu wspieramy tę rodzinę systematyczną pomocą, przychodzą po nią zawsze z nastawieniem, że może ktoś inny jest od nich bardziej potrzebujący. Na razie wynajmują mieszkanie, bo mąż, choć cierpi na przepuklinę kręgosłupa, w miarę możliwości stara się pracować on-line. Z czasem kobieta otworzyła się przed nami, zaczęła się dzielić tym, co ich dotknęło. Staramy się podtrzymać tych ludzi duchowo i materialnie, podobnie jak inne posługujące we Lwowie zgromadzenia zakonne, kapłani, Caritas…

Czy wspomniana rodzina znajdzie miejsce w domu, który siostry albertynki budują we Lwowie?

– Myślę, że w przyszłości, jeśli będzie taka potrzeba, znajdą miejsce w naszym domu. To dom dla ludzi, którzy stracili wszystko i nie mają dokąd wracać. Początkowo zamysł był taki, że powstanie przytulisko dla bezdomnych kobiet i matek wychowujących samotnie dzieci. Jednak czas weryfikuje te plany. Dom ma służyć blisko dwa razy większej liczbie osób, niż zakładano pierwotnie, nie tylko kobietom, ale też całym rodzinom.

Jest bardzo dużo biedy i nędzy, końca wojny nie widać. Każdy dzień pozostaje niewiadomą. Choć obecnie we Lwowie jest w miarę spokojnie, to jednak każdy ma świadomość, że na miasto co jakiś czas lecą rakiety, niszczone przez wojskowe systemy obrony powietrznej Ukrainy.

Żyjemy chwilą daną nam od Pana Boga i staramy się pełnić Jego wolę, bo nie wiadomo, czy nastanie dla nas kolejny świt. Wokół są ludzie, którzy doświadczyli ogromnych dramatów wojny. Stracili swoich bliskich, stracili swoje domy, którzy po prostu, jak sami mówią: doznali piekła wojny. Otrzymując pomoc, mają świadomość, że ktoś się o nich troszczy, że komuś na nich zależy, dzięki temu mają nadzieję wbrew nadziei.

Podczas wojny w Ukrainie zrozumiałam znaczenie słów św. Brata Alberta, że krzyż jest tajemnicą i wymaga wiary. I rzeczywiście teraz bardzo namacalnie tego doświadczam.

Czasem brakuje słów pocieszenia?

– Tak, bo co powiedzieć w sytuacji, gdy młoda pielęgniarka w drodze do pracy na skutek wybuchu straciła obie ręce i nogę, a inna pielęgniarka na skutek obstrzału utraciła wzrok. Cóż można powiedzieć wobec tak wielkiego bólu i tragedii. Jednak wówczas otwierają się jeszcze szerzej oczy wiary.

Biedni są ci, którzy nie wierzą w Pana Boga, doświadczają wtedy beznadziei, popadają w uzależnienia, nie widząc celu. My poprzez nasze świadectwo życia staramy się pokazywać sens, którym jest Jezus. Krzyż prowadzi do zmartwychwstania. Wcześniej wiele osób przychodzących do nas po pomoc nawet nie potrafiło pochwalić Pana Boga, dziś mówią: „Sława Isusu Chrystu”. Niezwykłym prezentem jest dla mnie ofiarowane przez siedmioletniego chłopca ręcznie wykonane serduszko. Zrobił je samodzielnie, żeby podziękować.

 

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym.

APW, MB, „Nasz Dziennik"