Pokrętna logika totalnej opozycji
Czwartek, 11 maja 2023 (21:51)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego
W jakim kierunku zmierzają Niemcy, którzy stają się coraz bardziej zachłanni, co więcej – coraz wyraźniej dążą i chcą narzucać swoją dominację pozostałym państwom w Unii Europejskiej?
– To nie jest nic nowego: Niemcy zawsze chcieli dominować nad innymi. Swoją drogą w umowie koalicyjnej formującej obecny niemiecki rząd pojawiło się wskazanie dotyczące koncepcji Europy oraz jaka jest i jaka ma być rola Niemiec w Unii Europejskiej. Stąd każdy, kto obserwuje scenę polityczną, nie powinien być zaskoczony stanowiskiem Niemiec wyrażonym przez kanclerza Olafa Scholza podczas debaty w Parlamencie Europejskim. Wielu to bulwersuje, ale wielu też milczy wobec tego niemieckiego dyktatu i udaje, że nie dostrzega problemu. Dotyczy to także totalnej opozycji w Polsce, która zachowuje się w sposób naganny. Tymczasem fakty są takie, że Polska wstępowała do Unii Europejskiej jako Unii wolnych, suwerennych narodów, natomiast kanclerz Olaf Scholz przedstawia dzisiaj koncepcję Unii Europejskiej dwóch liderów oraz satelitów – pozostałych państw, które mają krążyć na orbicie niemiecko-francuskich interesów i realizować plany Belina oraz Paryża. Z pozoru może nie wygląda to groźnie, ale tak naprawdę dochodzimy do punktu, gdzie polityka Niemiec zaczyna od środka wysadzać Unię Europejską – tą, która była w zamysłach ojców założycieli. I to jest bardzo niebezpieczne.
Europosłowie Europejskiej Partii Ludowej, a więc także z Platformy, niekoniecznie byli zadowoleni z tez postawionych przez kanclerza Scholza w europarlamencie?
– Co więcej, nawet sami niemieccy eurodeputowani nie pozostawili na wystąpieniu kanclerza Scholza suchej nitki, a europoseł Jörg Meuthen zarzucił mu, że próbuje kreować się na wizjonera europejskich spraw, podczas gdy nie potrafi zadbać o swój kraj. Jak widać, część polityków – ci, którzy milczą – przyjmuje słowa kanclerza Niemiec jako fakt dokonany i twierdzi, że skoro tak ma być, to niech już tak będzie. Są również środowiska lewicowe – socjaliści, którzy widzą w Niemcach lidera, któremu cała reszta ma podlegać, ale są i tacy, którzy zdają sobie sprawę – czym grozi niemiecki dyktat, i nie chcą powtórki z historii. Ciekawe, jak się z tego podejścia wybronią ci, którzy mają aspirację do rządzenia Polską, którzy po jesiennych wyborach chcą przejąć władzę w Polsce, a milczą w sytuacji, kiedy Niemcy kreślą plan dominacji w Europie – plan naruszający interesy państwa polskiego.
A Pan jak sądzi?
– Trudno mi powiedzieć, co tak naprawdę się dzieje w głowach polityków opozycyjnych, natomiast wiem jedno: opozycja totalna nie ma programu, bo ten program leży w innym państwie. Oni wcale nie muszą pokazywać programu, bo – jeśli doszliby do władzy, to będą wyciągać z szuflad i szaf brukselskich wszystko, co się tam znajduje, i przekładać to na grunt Polski. I to jest ich program, który jest na dzisiaj świadomie przemilczany, w ogóle nieporuszany, żeby nie zrazić wyborców. Wypisz wymaluj przypomina to sytuację z marszów europejskich, gdzie szef Klubu Parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej Rafał Grupiński w 2019 roku – podczas marszu „Polska w Europie” poprzedzającego wybory – zapytany o związki partnerskie, chyba nie wiedząc, że jest nagrywany, ujawnił, że kampania nie jest odpowiednim momentem na eksponowanie tego tematu. Stwierdził też, że w obawie, jak zareagują wyborcy „prowincji” – poparcie dla związków partnerskich jego formacja przekaże i będzie działać progresywnie na tym polu, ale po wyborach. I tu mamy dokładnie tę samą pokrętną logikę – logikę milczenia, a po wyborach wróci się do tego tematu i wprost poparcia niemieckiej polityki. Można to streścić w taki oto sposób: wiemy, w jakim kierunku chcemy iść, tylko na razie nie chcemy podnosić temperatury i straszyć wyborców w Polsce. Natomiast cały czas jest realizowany pierwszy – stały punkt tego programu, czyli anty-PiS, i to jest sprzedawane na lewo i prawo, a reszta będzie jawna po wyborach – oczywiście, jeśli opozycji udałoby się przejąć władzę.
Premier Mateusz Morawiecki podczas oddania do użytku ostatniego fragmentu autostrady A1, a więc z północy na południe – mówiąc o gospodarczym znaczeniu tej trasy – powiedział, że dziwnym trafem rząd koalicji PO-PSL budował właściwie tylko drogi na kierunku wschód-zachód jak autostrada A2 dla tranzytu niemieckich towarów na wschód, dla tranzytu ze wschodu na zachód…
– To prawda, że z pozycji Niemiec bardziej racjonalna i korzystna była autostrada A2, a więc wschód–zachód, i to jest pewne. Natomiast w tamtym okresie, kiedy nie mieliśmy dróg, w naszym interesie każda nowa nitka była wartością. Na palcach jednej ręki można było policzyć drogi szybkiego ruchu, w zasadzie to byliśmy drogową pustynią. Jako priorytet wybrano drogę czy drogi na kierunku wschód-zachód, co w jakimś stopniu można tłumaczyć też organizacją przez Polskę i Ukrainę Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej Euro 2012. Natomiast nie zmienia to faktu, że ten kierunek był na rękę przede wszystkim Niemcom i nie tylko. Dla naszych transportowców też nie była to inwestycja bez znaczenia, bo dzięki temu mogli przewozić gros towarów z wymiany handlowej na kierunku wschodnim i zachodnim. Również Bruksela, która daje pieniądze i akceptuje tego typu projekty, miała interes w tym, żeby realizować drogę wschód–zachód, co pozwoliło zwłaszcza Niemcom robić interesy z Rosją, Białorusią czy Ukrainą. Tak to w tamtym czasie było. Oczywiście nie chcę budować jakiejś wrogiej narracji, bo mamy kampanię wyborczą i gorączkę informacyjną z tym związaną, ale premier Mateusz Morawiecki też to wykorzystuje. Nie zmienia to jednak faktu, że w tamtym czasie rzeczywiście zaniedbano projekt Via Carpathia, do czego ręce przyłożył rząd PO-PSL oraz eurodeputowani Platformy, którzy – jak widać – mieli inne priorytety. Całe szczęście projekt Via Carpathia – przebiegający przez Litwę, wschodnią część Polski, Słowację, Rumunię, Bułgarię i Grecję, który łączy rejony mórz: Bałtyckiego, Śródziemnego i Czarnego, rozpoczyna się w litewskiej Kłajpedzie i kończy w greckich Salonikach – dzięki aktywności obecnie rządzących jest realizowany.
Powróćmy może do zasadniczego wątku naszej rozmowy i postulatu Niemiec odnośnie do odejścia od jednomyślności w Radzie Europejskiej i podejmowania decyzji większością kwalifikowaną. Co oznaczałaby zgoda na takie zmiany?
– To jest marzenie Niemców od lat powtarzane, bo to umożliwiłoby im wprowadzanie w życie ich planów i eliminowanie głosów przeciwnych, w tym stanowiska m.in. Polski. W tym momencie warto przypomnieć Niemcom, że taka sama zasada istnieje w Sojuszu Północnoatlantyckim i nie kto inny, jak właśnie Niemcy byli przeciwnikami jej zniesienia. Proszę zwrócić uwagę, że głos decydujący w NATO mają nie Niemcy, ale Stany Zjednoczone – jako najsilniejszy kraj sojuszu. Wychodzi, że w NATO ta formuła – zwalniająca Berlin z odpowiedzialności – jest fajna, natomiast w Unii Europejskiej, gdzie Niemcom chodzi o dominację, żeby robić wszystko po swojemu, jest już zła. I to jest cały paradoks.
Widać, że chodzi tu o grę interesów. Są kalkulacje i w tym gąszczu trzeba pilnować swoich interesów?
– Dokładnie. Dlatego z naszej perspektywy nie ma się co oburzać, ale ze spokojem trzeba realizować własną politykę i stworzyć koalicję państw podobnie myślących. Powinniśmy też jasno artykułować brak zgody na niemiecką dominację i budowę europejskiego państwa federacyjnego i budować koalicję państw, które się na to nie zgodzą. Myślę, że po wydarzeniach na Ukrainie, również po tym, co dzieje się w gospodarce – mam na myśli kryzys także inflacyjny spowodowany przez działania Rosji – sytuacja dojrzała na tyle, że coraz więcej państw członkowskich Unii Europejskiej będzie miała odwagę powiedzieć „nie” planom Berlina. Swoją drogą, powoli to już się dzieje, i teraz powinniśmy tylko przypilnować, żeby ta koalicja proeuropejska była coraz liczniejsza i aby w Unii Europejskiej nie było dyktatu jednego czy dwóch państw dominujących, żeby nie było polityki Olafa Scholza, ale żeby była realizowana racjonalna polityka, na której zyskają wszyscy członkowie Unii. Oczywiście w pojedynkę nie damy rady; co więcej, będziemy na świeczniku i Berlin rękami Brukseli będzie nas karał kolejnymi karami finansowymi. Ale jeśli będzie nas więcej, to wtedy Berlin – widząc, że sprzeciw jest większy, głośniejszy – będzie musiał ustąpić.
Pod warunkiem że w Polsce nie dojdzie do głosu spolegliwa wobec Berlina i Brukseli opozycja totalna?
– Sądzę, że premier Mateusz Morawiecki, także prezydent Andrzej Duda powinni postawić opozycję pod ścianą i zadać im pytanie: czy zgadzacie się na to, co proponuje kanclerz Olaf Scholz? Niech politycy opozycji z Donaldem Tuskiem na czele powiedzą Polakom, że są za tym, żeby to Niemcy były państwem wiodącym, siłą narzucającym swoją wolę jedynym liderem Unii Europejskiej, który będzie decydował o wszystkim i za wszystkich. I w tym momencie opozycja postawiona przed takim pytaniem musiałaby się określić, w której – polskiej czy niemieckiej gra drużynie. Proszę zwrócić uwagę, że dziwnym trafem Donald Tusk w tej sprawie milczy, Platforma też. Natomiast muszą się określić. Polacy mają prawo wiedzieć, co komu w głowie siedzi. Pewne jest jedno: nie można pozwolić Niemcom, by narzucały innym swoją wolę, realizowały swoje plany i szantażowały pozostałe państwa członkowskie. I my musimy jasno artykułować, że nie do takiej Europy wchodziliśmy i takiej Europy, jaką chcą zgotować Niemcy, nie chcemy. Nie można pozwolić, aby ktoś próbował zmienić konstytucję Unii Europejskiej, zapisy traktatowe.