Szykuje się ciekawa batalia o Senat
Wtorek, 2 maja 2023 (19:57)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Przed nami wybory parlamentarne do Sejmu, ale też do Senatu. Co z paktem senackim zawiązanym przez opozycję przeciw Prawu i Sprawiedliwości?
– Wybory za około pół roku, ale wygląda, że możemy mieć powtórkę z roku 2019 – mam na myśli połowiczny sukces, jakim okazało się wejście pewnej grupy samorządowców do parlamentu. Obecnie mamy jednak formułę, która może być problematyczna dla wielu osób. Mówimy tu o wyborach do Senatu, w którym chcą zasiąść znani samorządowcy – politycy. Mam wrażenie, że ta grupa samorządowców – burmistrzów, prezydentów miast zapomina, że okręgi wyborcze nie będą obejmowały tylko obszary miast, ale szerzej powiatów i niekoniecznie musi być tak, że popularność burmistrza czy prezydenta przełoży się na mandat senatora. I to dla wielu może okazać się problemem. Jednak do tej sprawy podchodziłby jeszcze inaczej – mianowicie może się okazać, że w ramach paktu senackiego obecność na listach wielu samorządowców potraktuje jako prekampanię – rozgrzewkę przed wyborami samorządowymi, które odbędą się w przyszłym roku.
PiS chyba potraktuje wybory do Senatu z większą powagą niż ostatnio, gdzie licząc na pewne zwycięstwo, trochę zaniedbało kampanię, co z kolei odbiło się tym, że w Senacie rządzi dziś opozycja?
– Plusem całej sytuacji – choć może plus nie jest to odpowiednie słowo – jest to, że opozycja, zdobywając nieznaczną, ale jednak większość głosów w Senacie, na pewno uświadomiła rządzącej Zjednoczonej Prawicy, iż można mieć przewagę i rządzić w Sejmie, mając o wiele silniejszą opozycję zdolną zdobyć większość w Senacie. I to bardzo ważny element, który pokazuje, że w polskiej legislacji Senat odgrywa istotną rolę, że opozycja i marszałek Senatu mogą przetrzymać, przeciągać procedowanie ważnych ustaw, taktując Senat do rozgrywki politycznej. Rola Senatu w tym momencie znacząco rośnie i można się spodziewać, że już niebawem będziemy świadkami bardzo ciekawej bitwy właśnie o Senat.
Jednak opozycja ze swoimi planami powinna mieć świadomość, że wyborcy nie będą głosować na komitet pod nazwą „pakt senacki”, bo takiego formalnie nie ma, tylko na kandydata konkretnej partii, która w ramach porozumienia otrzyma miejsce w danym okręgu. To też może być problemem?
– Warto zatem uświadomić sobie, co rozumiemy przez „pakt senacki”, który w niczym nie przypomina paktu o nieagresji, ale jest przykładem pewnej zmowy, gdzie wszyscy jego członkowie są przeciwko PiS-owi. W uproszczeniu można powiedzieć, że nieważne na kogo głosujemy, byleby nie na PiS. Tylko czy ten pakt anty-PiS będzie coś wnosił, bo jeśli nie, to jedynym punktem programu wyborczego pozycji będzie wyłącznie anty-PiS i nic więcej.
W głosowaniu do Sejmu to wystarcza, więc tu mechanizm jest taki sam albo podobny?
– Tylko, że Senat – mam na myśli wybory – rządzi się swoimi prawami, bo są okręgi jednomandatowe i trzeba mieć znane, silne nazwiska liderów, którzy będą gotowi sprostać temu wyzwaniu. Historia pokazuje, że wielu, którym się wydawało to proste, jednak poległo. Zatem ani PiS-owi, ani opozycji nie będzie łatwo zdobyć władzy w wyższej izbie parlamentu. Zresztą Senat jest nie do końca przewidywalny i może się okazać, że kwestia jednego, dwóch głosów może zdecydować, w którą stronę szala władzy się przechyli. Znamy to z obecnej kadencji parlamentu, gdzie trzy głosy senatorów tzw. niezależnych zdecydowały o tym, kto ma większość i kto ma marszałka Senatu. To pokazuje, że również mandat senatorski ma znaczenie, a jeden głos w Senacie znaczy bardzo dużo.
Czy planów totalnej opozycji i jej kompanów nie pokrzyżuje Konfederacja, która zamierza wystawić w każdym okręgu jednomandatowym swoich kandydatów?
– W wyborach do Senatu po stronie opozycji wystartują Bezpartyjni Samorządowcy, którzy wystawią listy do Sejmu, ale też do Senatu, ponadto wspomniana przez pana redaktora Konfederacja, co sprawia, że polska scena polityczna jest bardzo spłaszczona. Senatorem może zostać wybrany każdy, kto założy komitet, zbierze odpowiednią liczbę podpisów wyborców i startując w wyborach zdobędzie największą liczbę głosów. Przykładem jest senator Lidia Staroń, która wystartowała pod szyldem własnego komitetu wyborczego i zdobyła mandat. To pokazuje, że Senat jest naprawdę nieobliczalny i jeśli ktoś myśli, że w blokach startowych znajdą się tylko strona rządząca i opozycja, to jest w błędzie, bo kandydatów może być więcej, a ostateczny wynik – i układ, jaki stworzy się w Senacie po wyborach, może być naprawdę nieprzewidywalny. O ile Parlament można szybko policzyć, z uwagi na to, że metoda liczenia głosów d’Hondta już w wieczór wyborczy pozwala określić, kto, jakie zdobył poparcie i mniej więcej, jaką liczbę mandatów, to w przypadku Senatu do końca nie będzie wiadomo, kto będzie miał większość i władzę w Senacie.
Jakiej kampanii senackiej możemy się spodziewać?
– Z całą pewnością jesienne wybory parlamentarne i poprzedzająca je kampania będą bardzo brutalne. Co więcej, wielu samorządowców z ambicjami politycznymi musi postawić na szali swoją dotychczasową drogę, bo start do Sejmu czy Senatu będzie oznaczał przerwanie kadencji w fotelu burmistrza czy prezydenta miasta. To nic innego jak zerwanie kontraktu z wyborcami. Jednak wielu samorządowców uważa, że się dusi w dotychczasowej roli i chce pójść do tzw. wielkiej polityki. Przykładem jest Rafał Trzaskowski, który zresztą tego specjalnie nie ukrywa, że na stanowisku prezydenta Warszawy się nie odnajduje, że się dusi, że samorząd go mierzi, bo znacznie lepiej czuł się na salonach brukselskich jako europarlamentarzysta, także w polskim parlamencie czy jako wiceszef w resorcie spraw zagranicznych, ale nie w warszawskim magistracie. I takie przejścia z samorządu do ubiegania się o miejsce w parlamencie też trzeba będzie wytłumaczyć wyborcom, co może być różnie odebrane.
Wybory jesienią. Czy zatem można się spodziewać jeszcze jakichś przetasowań, jeśli chodzi o kandydatów do Senatu?
– Przede wszystkim kandydatem musi być ktoś znany. Dlatego z reguły wystawia się osoby najmocniejsze, popularne, których nazwiska dobrze się kojarzą w danym regionie. Dużą rolę w dobieraniu kandydatów będą też odgrywać badania sondażowe, co pozwoli dobrać najlepszych – tzw. rokujących kandydatów. Te przedbiegi już trwają, bo mamy majówkę, a wszystkie partie są w drodze, w biegu wyborczym, a zatem już się zaczęło. Mamy spotkania z wyborcami, zapowiedzi programowe i właściwie w tej rywalizacji między ugrupowaniami wszystkie argumenty są używane.
Czy marsz „Przeciwko drożyźnie, złodziejstwu i kłamstwu”, który 4 czerwca chce zorganizować Donald Tusk, może mieć jakieś przełożenie na wynik wyborczy?
– Ten marsz szumnie zapowiadany, reklamowany może okazać się takim frekwencyjnym „sukcesem” jak dzisiejszy pierwszomajowy marsz i spotkanie Lewicy oraz Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych pod Pałacem Kultury i Nauki – notabene kiedyś im. Józefa Stalina. To spotkanie wcale nie było tak liczne, dlatego biorąc pod uwagę, że formacje opozycyjne mają różne podejście do pomysłu Donalda Tuska, który zachowuje się jak wódz, który lubi rozdawać karty i najlepiej ustawiać innych po kątach, to spotkanie 4 czerwca może okazać się klapą. Może być tak, że zgromadzą się politycy Platformy i jeszcze trochę sympatyków – zagorzałych przeciwników PiS-u, ale niekoniecznie muszą to być tłumy. Nie wydaje mi się, żeby był jakiś szał – zwłaszcza, że dla młodego pokolenia to, co robi Tusk, jest mało czytelne. Co więcej, będzie to końcówka matur, przednówek wakacji i młodzi ludzie będą myśleć raczej o wypoczynku, a nie o polityce.
Czy już samo wyznaczenie daty marszu na 4 czerwca nie było błędem?
– 4 czerwca to dwie daty z naszej najnowszej historii. Po pierwsze, 4 czerwca br. to 34. rocznica pierwszych częściowo wolnych wyborów do Sejmu i Senatu. To była data dopinająca ustalenia okrągłego stołu, kiedy ówczesna strona opozycyjna wyciągnęła rękę do strony rządowej – do komunistów. Tymczasem można było poczekać jeszcze parę miesięcy i ten system sam by się rozsypał. Natomiast strona opozycyjna dała się wciągnąć w układ z komunistami, w rozgrywkę z PZPR z Jaruzelskim i Kiszczakiem, którzy udawali jeszcze potęgę, a tak naprawdę się sypali. Zatem 4 czerwca to nie jest żadne świętowanie zwycięstwa, bo strona rządowa – komuniści – zamiast startować w wyborach, powinni trafić do więzień. Zamiast tego pozwolono im suchą nogą przejść do nowego systemu. Po drugie, 4 czerwca 1992 roku to dzień, a właściwie noc obalenia rządu premiera Jana Olszewskiego, do czego, jak wiemy, rękę przyłożył także Donald Tusk. Jego słynne zdanie wypowiedziane wówczas podczas spotkania prezydenta Wałęsy z liderami ugrupowań postsolidarnościowych odnośnie do odwołania rządu premiera Olszewskiego: „Panowie, policzmy głosy”, uwiecznione w filmie „Nocna zmiana”, przeszło do historii, bynajmniej nie chlubnej dla Tuska. Nie sądzę więc, że wyznaczanie tej daty było dobrym pomysłem.
Skąd zatem ta data?
– Powiedzmy sobie uczciwie, że nie ma tu przypadku, że jest to działanie z rozmysłem, celowe, bo środowiska, które na dzisiaj stanowią trzon wyborców obecnej Koalicji Obywatelskiej, to właśnie byli towarzysze z czasów słusznie minionych. Widać to chociażby po spotkaniach wyborczych. Wystarczy też wspomnieć nazwiska, jakie reprezentują Koalicję Obywatelską w Parlamencie Europejskim: Miller, Cimoszewicz, Belka – prominentni działacze PZPR. Wiele osób z układu pookrągłostołowego przetrwało, uchowało się i – jak wspomniani – zostali reanimowani właściwie z politycznego niebytu i decyzją kierownictwa Platformy reprezentują dziś Polskę w europarlamencie i mają się dobrze – w odróżnieniu od wielu tych, którzy walczyli o wolną Polskę. Obawiam się zatem, że będziemy mieli kolejną próbę pisania historii na nowo. Donald Tusk próbuje zafałszowywać historię, bo jeśli ktoś mówi, że stan wojenny i rządy PiS-u, to jest to samo, to świadczy, że ktoś robi to celowo, okłamuje młode pokolenie, które nie ma pojęcia, co działo się w latach dziewięćdziesiątych, i de facto próbuje dzielić Polaków.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki