Musimy być odważni
Wtorek, 14 marca 2023 (09:08)Rozmowa ze Stanisławem Fudakowskim, sekretarzem Stowarzyszenia „Godność”, psychologiem, uczestnikiem strajku w sierpniu 1980 r., członkiem Prezydium I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”
Jak odbiera Pan ataki na osobę św. Jana Pawła II uszyte na podstawie materiałów, które nawet dla komunistów nie miały żadnych wartości?
– W latach 1968-1973 studiowałem na KUL i kard. Karola Wojtyłę, Papieża Jana Pawła II, znałem osobiście,
bowiem chodziłem do niego na wykłady fakultatywne
z etyki i filozofii. Można więc powiedzieć, że miałem najlepsze wzorce, bo wspomniany kard. Wojtyła, ale też
o. Mieczysław Krąpiec, to był dla mnie zawsze wzorzec kapłana, biskupa, a przede wszystkim człowieka. Kiedy został Papieżem, uradowaliśmy się więc podwójnie,
w przeciwieństwie do władz komunistycznych. Rok 1980
i zryw Narodu Polskiego był wynikiem tego pontyfikatu – Papieża i człowieka, który miał w sobie polski gen. Wszyscy, którzy do momentu wyboru kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową byliśmy niczym sieroty, nagle poczuliśmy, że mamy ojca, przewodnika, oparcie i dlatego wystąpiliśmy przeciw komunie.
Zatem to był Papież naszej polskiej wolności…
– Gdyby nie Boża Opatrzność, gdyby nie nasz Ojciec Święty, nie mielibyśmy odwagi, aby po latach zniewolenia postawić się komunie. Komuniści, którzy zostali zmuszeni podpisać umowy w Gdańsku, Szczecinie czy w Ustrzykach Dolnych, zdawali sobie sprawę, że idzie ku demokracji.
I mieli jeden cel – miękko wylądować, a jednocześnie wygasić restytucję II Rzeczypospolitej, która była dla nich niczym płachta na byka. Dlatego wprowadzili stan wojenny. Niestety, cześć z ludzi, którzy tworzyli „Solidarność”, brali udział w I Zjeździe NSZZ „Solidarność” przeszła na ich stronę bądź już wcześniej była po ich stronie. Ci, którzy
w stanie wojennym, m.in. moje koleżanki, koledzy, także ja, trafili do więzień, można powiedzieć, że uratowali honor Polaków. Zapłaciliśmy wysoką cenę, choć – biorąc pod uwagę skalę – nie taką jak Żołnierze Wyklęci, którzy oddali na ołtarzu Ojczyzny swoje życie. Po wyjściu na wolność zostaliśmy de facto „skazani i rozstrzelani” przez media
i dziennikarzy, którzy chcieli się urządzić w nowej rzeczywistości. Tymczasem Ojciec Święty podczas swojej pierwszej pielgrzymki do wolnej Polski w 1991 r. przypominał nam Dekalog, czego komuniści nie mogli znieść. Papież mówił też o dobrze pojętej wolności i jej zagospodarowaniu. I nie bez przyczyny, bo dawny reżim
w nowych szatach podsuwał nam źle pojętą wolność, twierdząc, że wolność wyboru to jest wolność. Tymczasem wolność wyboru nie jest wolnością, tylko wybór wolności jest wolnością, przy czym jeśli sami nie potrafimy stanąć
w prawdzie, to nie będziemy wolni.
Jakie błędy popełniliśmy na początku naszej wolności?
– Trzy rzeczy kładą się u podstaw, mianowicie: nie przeprowadziliśmy lustracji, dekomunizacji i reprywatyzacji majątku narodowego. I to się za nami do dziś wlecze. Niektórzy nie mieli odwagi stanąć w prawdzie. Tymczasem Jan Paweł II mówił wyraźnie, że nie ma demokracji bez odniesienia do suwerenności, do podmiotu, jakim jest Naród, do podmiotu, jakim jest każdy człowiek. I dzisiaj elity brukselskie, i nie tylko, próbują obejść suwerenność.
I czynią to rzekomo zgodnie z prawem, i nazywają to praworządnością, naginają prawo do własnych interesów. Wyskakują z rozmaitymi pomysłami de facto ograniczającymi wolność. Tu nie liczy się człowiek, który przestaje być podmiotem decyzyjnym, tylko staje się bytem na uwięzi paragrafów prawnych tak skonstruowanych, aby pilnowały interesów korporacji, która się nazywa Unia Europejska. Nie ma to nic wspólnego z Unią ojców założycieli: Roberta Schumana, Konrada Adenauera czy Alcidego De Gasperiego, którym chodziło o stworzenie Europy ojczyzn, a nie niwelację podmiotów suwerennych narodów, jak ma to miejsce dzisiaj.
Czym jest pomysł atakowania św. Jana Pawła II teraz, przed wyborami, jaki wniosek płynie dla nas, Polaków?
– Po pierwsze, musimy sobie uświadomić, że kończą się żarty. Po drugie, jesienne wybory parlamentarne to nie będzie wizyta u cioci na imieninach, ale to będzie walka
o być albo nie być dla naszego Narodu. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy duża część opozycji to nie jest żadna opozycja, tylko zorganizowana dywersja na Polskę
i Polaków zasilana finansowo przez siły zewnętrzne, którym absolutnie nie jest po drodze z silnymi Polakami. Polacy nie mają być silni – jak wzywał nas do tego Jan Paweł II – ale Polacy mają być słabi militarnie, finansowo uzależnieni
od obcych decydentów, a najlepiej, żebyśmy się stali montownią i siłą roboczą dla państw, którym się wydaje, że są lepsze od innych, jak Niemcy, Francja czy Holandia,
a także Rosja. I my musimy z tego bardzo szybko wyciągać wnioski, bo czas nie stoi w miejscu, a młode pokolenie daje się łatwo uwodzić przez wojnę informacyjną, która zmierza do tego, żeby rozbić spoistość pracy mózgu człowieka. Chodzi im o to, aby wyłączyć te obszary w mózgu,
które w oparciu o mechanizm różnicowania uczą zdolności rozumowania, rozróżniania i analizowania realnej rzeczywistości, i sprowadzić mózg do poziomu emocji, które, jak mówi Donald Tusk, są najważniejsze w polityce. Stąd opozycja, grając na ludzkich emocjach, chce dorwać się do władzy. Można więc powiedzieć, że siły te dokonują operacji na tym, o co zabiegał św. Jan Paweł II, jeszcze nie będąc Papieżem, w swoich pracach, książkach: „Miłość
i odpowiedzialność” czy „Osoba i czyn” oraz wielu swoich wystąpieniach, czyli aby był mocny, spoisty, logiczny fundament wyjaśniający, co to znaczy być osobą ludzką
i co z tego wynika. I to jest kompletnie nie po drodze systemom liberalno-lewackim, które próbują zideologizować, co tylko się da: naukę, życie społeczne, relacje międzyludzkie i co ciekawe – czynią to bez żadnych argumentów, które nie są ważne, bo tam liczyć ma się tylko mój pogląd, np. że jest 59 płci, i nie muszę się tłumaczyć dlaczego, bo wystarczy, że tak uważam.
I po co to?
– Żeby wpuścić, zwłaszcza młode pokolenie, na kruchy lód, żeby młodzież w sposób bezrefleksyjny kierowała się wyłącznie tym, co podają media czy internet. I to się
w wielu wypadkach udaje – i to w skali nie tylko Polski, lecz także świata. Z tym że z Polską jest pewien problem, dlatego że u nas, na szczęście, jest jeszcze mocny Kościół katolicki, który chroni nasz Naród już ponad tysiąc lat, kiedy to Dobrawa i Mieszko podjęli decyzję, aby młode państwo oprzeć na mocnych fundamentach aksjologiczno-
-moralnych. I rzeczywiście ten mur oporowy w postaci Kościoła katolickiego na ponadtysiącletnim dystansie się sprawdził i sprawdza się dzisiaj, choć bywa, iż popełniamy błędy i aktualne są słowa Jana Kochanowskiego: „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Problem polega na tym, że my musimy zacząć dbać o mądrość polityczną, która płynie m.in.
z naszych historycznych doświadczeń. I o tym mówił do nas wielokrotnie nasz wielki rodak św. Jan Paweł II m.in. na gdańskiej Zaspie, że jeśli człowiek chce być wolny, musi budować swoją wolność na fundamencie obiektywnej prawdy, wcześniej musi być jednak wewnętrznie wolny, czyli musi umieć postawić się, kiedy ktoś groźbą, szantażem usiłuje nas zniewolić.
Co się z nami stało od śmierci św. Jana Pawła II, że na tak krótkim dystansie,
18 lat, tak łatwo ulegamy presji medialnej, kłamstwom i dajemy się tak łatwo manipulować?
– Słyszeliśmy św. Jana Pawła II, biliśmy mu brawo,
ale nie zawsze go słuchaliśmy i tego, co miał nam do powiedzenia, dlatego kiedy po odzyskaniu wolności przybył do nas w 1991 r., prosił stanowczo, żebyśmy mu nie klaskali, ale abyśmy słuchali, co do nas mówi i jego słowa wcielali w swoje życie. W Kielcach wygłosił homilię dotyczącą rodziny, obrony życia i wartości, jaką jest Ojczyzna, i dojrzałej wolności, bo tylko na takiej może się – jak mówił – opierać społeczeństwo i Naród, natomiast przestrzegał przed stwarzaniem fikcji wolności, która rzekomo wyzwala człowieka, a tak naprawdę go zniewala
i znieprawia. Apelował też, aby zrobić z tego rachunek sumienia u progu III RP. Papież poruszył kwestię naszych wewnętrznych decyzji, od których próbujemy uciekać
w kłamstwo, w rozmaite usprawiedliwienia, które de facto są pułapką, co sprytnie także teraz rozmaici gensekowie komunistyczni i demoliberalni podrzucają ludziom, wmawiając, że najważniejsze to jest wzmacniać egocentryzm, a nie otwierać się na rzeczywistość sensu, na rzeczywistość konsekwencji własnych decyzji, a gotowce oni nam dostarczą. Człowiek ma być zatem spłycony do roli bezkrytycznego odbiorcy ideologicznych wymysłów
w rodzaju lgbt czy „Fit for 55”, które w imię tzw. tolerancji mamy przyjmować niczym prawdę objawioną. Naród ma im jeść z ręki i być bezrefleksyjny.
Gdzie został popełniony błąd?
– Na wielu odcinkach wciąż są popełniane błędy. Niestety, o tych zagrożeniach nikt nie mówił i nie mówi w szkołach ani w telewizji czy na antenach radiowych za wyjątkiem naszych katolickich rozgłośni i mediów, jak Radio Maryja, Telewizja Trwam czy „Nasz Dziennik”. Najbardziej na działania ideologów są narażeni młodzi ludzie, których nikt nie uczy, jak bieżące informacje, których w mediach
i internecie jest zatrzęsienie, przetwarzać w wiedzę. Tego nikt dziś nie uczy i ta informacja porywa młodych niczym wiatr czy fala i niesie na rozmaite brzegi, gdzie nie ma ładu ani składu. Mało jest ludzi – także występujących
w mediach, redaktorów czy polityków – którzy mówią
z sensem, analizując bieżące informacje. I to również jest pole zniewalania ludzi, którzy żyją w świecie wirtualnym,
a nie realnym.
Czy jest nas wystarczająco dużo, żeby obronić dobre imię św. Jana Pawła II?
– Oczywiście, że musimy bronić dobrego imienia św. Jana Pawła II, ale w pierwszym rzędzie musimy obronić siebie. Papieżowi zależało na tym, by ludzi obudzić z letargu.
I dzisiaj największą boleścią św. Jana Pawła II byłoby, gdyby zobaczył, że Naród, który tak umiłował, sam dobrowolnie na nowo poszedł w niewolę. W związku z tym musimy walczyć. Pod Termopilami było trzystu Greków, dlatego nie musimy dywagować, czy jest nas mało, czy dużo, tylko wszyscy, którzy tylko mogą, którzy mają dar od Boga – umiejętność przekazywania wiedzy – mają być na pierwszej linii frontu. Nie można do redakcji telewizyjnych, radiowych, na łamy gazet zapraszać tylko gadające głowy, ale muszą to być ludzie mądrzy, którzy potrafią przekazać swoim rodakom, a zwłaszcza młodzieży, informacje rzeczowo, mądrze, poparte wiarygodnością. Jeszcze dotykamy naszej historii najnowszej niejako na żywo,
ale za jakiś czas odejdą ci, którzy pamiętają komunę, stan wojenny czy Jana Pawła II, dlatego wykorzystajmy czas
i tych ludzi, bo przykłady świadków historii przemawiają najbardziej. Musimy więc nadrobić czas, i to szybko, bo jesteśmy w tzw. niedoczasie politycznym. Jak mówił gen. Ryszard Kukliński, kiedy po latach przyjechał już do wolnej Polski, bez odwagi cywilnej nie rozwiążemy żadnego polskiego problemu. Musimy być zatem odważni i nie możemy wisieć u klamki czy czekać, jak coś nam spadnie
z wielkopańskiego, europejskiego stołu, ale twardo stawiać nasze polskie sprawy i wyraźnie artykułować, że nie zgodzimy się na zniszczenie naszej suwerenności,
za którą ginęli nasi bracia i siostry.
Potrzebna jest praca u podstaw?
– Dokładnie, o takiej pracy mówię. Jestem przekonany, że Jan Paweł II, czując, że kres jego wędrówki doczesnej się zbliża, miał świadomość spraw, o których w tej chwili rozmawiamy. I na pewno był smutny z tego powodu, że roztrwaniamy naszą wolność. Pokładał jednak nadzieję w wierze, że miłosierny Bóg znajdzie sposób, by pomóc nam poukładać nasze sprawy. Jest tylko kwestia czasu i ceny, jaką za to zapłacimy. Nie możemy więc być uparci, bezrozumni, ale musimy słuchać współczesnych proroków
i wyciągać wnioski, bo jeśli nie, to stanie przed nami najlepszy nauczyciel, który już nieraz do nas przychodził
w godzinach błędów, a nazywa się ból. Wtedy, nie daj Boże, możemy zapłacić taką cenę, jaką płacą dzisiaj Ukraińcy. Musimy więc antycypować skutki naszych działań. Na szczęście otrzeźwienie jakieś jest – przyspieszyliśmy np. rozbudowę armii, wyposażenia wojska, ale potrzeba jeszcze większej świadomości ludzi.
O czym będą zbliżające się wybory?
– O tym, jaka będzie Polska. Musi być zatem pełny galop. Musimy zrobić wszystko, żeby – jak wspomniałem – odbudować świadomość naszych rodaków, a zwłaszcza młodzieży. I robić to w sposób spokojny, inteligentny,
z sercem, bez demagogii, bez ideologii, ale z akcentem,
że Polska to jest nasze dziedzictwo, dziedzictwo naszych ojców, i że potrzebujemy, aby demokracja była demokracją połączoną z suwerennością, bo tych rzeczy nie można rozłączać. Dlatego potrzebujemy nie tyle partii politycznych – z czym swego czasu walczył marszałek Józef Piłsudski,
ile potrzebujemy dzisiaj na stanowiska ludzi z genem polskiego gospodarza. Tymczasem bywa, że wybieramy złodziei, oszustów, kłamców, tchórzy, kolaborantów
i uważamy, że ważne jest tylko to, aby pójść do urn
i wybrać, czasem komuś na przekór. Może więc warto,
by zadać sobie trud i sprawdzić, na kogo oddajemy głos,
w czyje ręce chcemy oddać Polskę, bo to jest nasza Ojczyzna, dziedzictwo, a nie żerowisko, gdzie można robić interesy, nakraść, a tych, którzy coś chcą zrobić i robią dla Polski, opozycja – z Tuskiem na czele – nazywa oszustami. Dlatego nie możemy wybierać tych, którzy utracili wiarygodność. Musimy trwać, nie możemy zmęczyć się Polską i nie możemy marnować czasu, ale zagospodarować go z sensem, w poczuciu odpowiedzialności i z miłością do tego skrawka ziemi, na której przyszło nam żyć, a której na imię Polska, aby to nasze dziedzictwo – także dziedzictwo św. Jana Pawła II – przekazać młodemu pokoleniu.