Szkoły wywiadu obcych służb
Sobota, 16 marca 2013 (02:04)Działalność ongiś sowieckiego, a dziś rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU otoczona jest najściślejszą tajemnicą. W czasach ZSRS skrót pochodzący od pierwszych liter słów Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlenije nie mówił nic nawet wysoko postawionym funkcjonariuszom państwowym, podczas gdy siedziby służby bezpieczeństwa KGB znajdowały się w każdym mieście opatrzone stosowną tabliczką.
W „AKWARIUM”
Podczas gdy KGB w wyniku przemian po 1990 roku uległa wielokrotnym transformacjom, z których wyłoniła się ściśle związana z prezydentem Rosji Władimirem Putinem Federalna Służba Bezpieczeństwa, wojskowy wywiad pozostał nietknięty. Nie zmieniono nawet, choćby dla pozoru, jego nazwy. Za prezydentury Władimira Putina, starającego się podtrzymać legendę wszechmocnego imperium, zaczęto natomiast chwalić się wywiadem wojskowym – podobnie jak jego „zbrojnym ramieniem”, szturmową formacją znaną jako specnaz.
W internecie można dzisiaj znaleźć filmiki pokazujące nadludzkie możliwości przeszkolonych w sztuce walki żołnierzy Specnazu, a nawet relacje z pokazów urządzanych dla komandosów amerykańskich. Otwarcie nowej kwatery GRU w Moskwie 8 listopada 2006 roku uświetnione zostało lądowaniem na dachu budynku helikoptera z samym Putinem, który wychwalał osiągnięcia GRU, przypominając, że „dokładna i podana na czas informacja nieraz stawała się podstawą najważniejszych decyzji państwowych”.
Stare „Akwarium” przy szosie Choroszewskiej, 9-piętrowy budynek ze szklanymi ścianami, przeszło do historii. Nowy ośrodek, złożony z kilku połączonych budowli, otoczono murem odpornym nawet na atak czołgowy. Pod i nad ziemią rozciągają się kolejne poziomy mózgu wywiadowczego, wzniesionego kosztem 9,5 miliarda dolarów – taką kwotę wymienił wówczas minister obrony Siergiej Iwanow. Okna wszystkich gabinetów wychodzą na wewnętrzny dziedziniec, każde piętro ma oddzielne zabezpieczenia, także przeciwpożarowe, co przywodzi na myśl system śluz na łodzi podwodnej.
Z fabularyzowanych wspomnień Wiktora Suworowa (Władimira Rezuna), agenta GRU zbiegłego z Genewy do Wielkiej Brytanii w 1978 roku, wyłania się obraz wieloletniego szkolenia agenta w specjalnych ośrodkach, m.in. w znanej szkole szpiegów funkcjonującej pod nazwą Wojskowa Akademia Dyplomatyczna Armii Sowieckiej. Przez ludzi z „firmy” określanej krótko jako „Konserwatorium”.
Opanowanie ogromnego materiału z różnych dziedzin wojskowości, wbijanie w pamięć wszystkich danych dotyczących baz i rodzajów wojsk „głównego przeciwnika”, czyli NATO, nocne pobudki połączone z przepytywaniem, ćwiczenia w terenie, symulowane zatrzymania przez obce służby połączone z brutalnymi przesłuchaniami – wszystko to pozwalało kierować do wojskowego wywiadu najwytrzymalszych oraz najinteligentniejszych ludzi, którzy przetrwali morderczy trening ciała i umysłu.
W czasach sowieckich zaciąg do szkoły szpiegów prowadzono wśród dzieci generałów lub wysokich rangą członków partii. Najchętniej jednak kandydatów na studentów pozyskiwano spośród oficerów po kilkuletnim sprawdzaniu.
Kształcenie szpiega sporo kosztuje. Były minister obrony Siergiej Iwanow ujawnił, że roczny koszt pobytu jednego studenta w akademii GRU wynosił w 2002 r. 30 tys. dolarów. Henryk Głębocki ustalił, że pod koniec istnienia Związku Sowieckiego akademia składała się z trzech wydziałów: strategicznego wywiadu agenturalnego, który przygotowywał pracowników rezydentur do pracy pod przykryciem cywilnych pracowników placówek dyplomatycznych, handlowych, Aerofłotu; wywiadu agenturalno-operacyjnego, szykującego pracowników ataszatów wojskowych; wywiadu operacyjno-taktycznego, przygotowującego oficerów kierowanych do sztabów okręgów wojskowych.
Kadry dla wywiadu wojskowego wykuwano także na innych akademiach, szczególnie na wydziałach i katedrach prowadzących kursy wywiadu, np. w Akademii Wojskowo-Morskiej, Akademii Sztabu Generalnego, w Akademii Wojskowej im. M.W. Frunzego, Wojskowej Akademii Łączności, w Wojskowym Instytucie Języków Obcych i oczywiście na fakultecie specnazu w Riazańskiej Wyższej Szkole Powietrzno-Desantowej.
A sama służba wywiadowcza? „Oficerowie zarządzający GRU – pisał Suworow w latach 90. i nie ma powodów przypuszczać, że od tamtej pory zaszły istotne zmiany – są przekonani, że silnym i niezależnym ludziom, których wyszukali, należy pozostawić prawo wyboru własnych sposobów realizacji zadań, jakie przed nimi postawiono. To dlatego instrukcje są tak zwięzłe. Sowieckie przepisy są generalnie dużo bardziej lakoniczne niż te, którymi kierują się armie zachodnie, a dowódca sowiecki posługuje się nimi dużo rzadziej niż jego ’kolega’ z Zachodu”.
Siła tak potężna jak GRU miała z pewnością wpływ na przygotowanie i przeprowadzenie transformacji systemu politycznego w Związku Sowieckim i krajach satelickich – wskazuje na to wiele śladów. Kwestia ta jednak, jak pisze historyk Henryk Głębocki, „wciąż czeka na wyjaśnienie”.
Tajniejsze od CIA
Skrót NSA, odczytywany przez Amerykanów „No Such Agency” (nie ma takiej agencji), oznacza Agencję Bezpieczeństwa Narodowego. W lipcu 1963 roku w Moskwie pojawił się niespodziewanie Victor Hamilton i na zorganizowanych przez władze konferencjach prasowych zaczął opowiadać o NSA – najtajniejszej z tajnych amerykańskich instytucji wywiadowczych. Oskarżył NSA, w której pracował do 1959 roku, o prowadzenie nasłuchu łączności ponad czterdziestu państw, nie tylko Sowietów, PRL czy innych państw komunistycznych, ale też sojuszników: Francji, Włoch, Turcji.
Od powstania w 1952 roku była tajna. Nawet samo rozporządzenie prezydenta Harry’ego Trumana powołujące NSA do życia zachowano w tajemnicy. Do dziś statut agencji nie został nigdzie opublikowany – poza ujawnionym w 1984 roku niewielkim fragmentem dotyczącym zwolnienia NSA z pewnych ograniczeń w korzystaniu z danych rozpoznania radiotechnicznego. Jeszcze w 1995 roku w oficjalnych informacjach o jej siedzibie, Fort Meade, wspominano jedynie, że „tamtejsza placówka obsługuje pięćdziesiąt jednostek organizacyjnych US Army, w tym Dowództwo Naczelne, 1 Armię USA i Agencję Bezpieczeństwa Narodowego”.
Agencja, której nie ma, szybko stała się największą instytucją wywiadowczą w wolnym świecie: za pomocą satelitów, samolotów i stacji naziemnych stworzyła globalną sieć kontroli źródeł emisji fal elektromagnetycznych. Jej dwa podstawowe zadania to: łamanie systemów kodowych i szyfrowych innych państw oraz ochrona bezpieczeństwa systemów łączności amerykańskiej, w tym łączności Białego Domu. Dysponuje rocznie kwotą wyższą niż budżet CIA i zatrudnia w samych Stanach około dwudziestu tysięcy, zaś na całym świecie – około stu tysięcy ludzi.
Fort Meade jest – z racji obszaru objętego działaniami agencji – również głównym ośrodkiem studiów kryptologicznych w USA, zaś komputerowe centrum badawcze uważane jest za największe skupisko matematyków na świecie.
Breżniew na podsłuchu
Zatrudnionym w Fort Meade zabroniono wymieniać nazwę NSA – obowiązuje wersja, że pracują „dla Departamentu Obrony”. Cywilni pracownicy agencji korzystają wyłącznie z pomocy dentystów sprawdzonych przez NSA, muszą także informować o poślubieniu przez krewnych cudzoziemca lub cudzoziemki.
Centrala zajmuje powierzchnię 260 hektarów w stanie Maryland. Parking samochodowy mieści 18 tys. aut, zaś do Fort Meade prowadzi jedna droga: zamknięty dla postronnych zjazd z głównej autostrady. Centrum jest drugim największym użytkownikiem elektryczności w całym stanie Maryland, z corocznego budżetu NSA 21 milionów dolarów jest przekazywanych na jej opłacenie.
Z biegiem lat ogromna inwestycja zaczęła przynosić korzyści – wiadomo o sukcesie, którym było nagranie rozmów Breżniewa przez telefon zainstalowany w jego limuzynie z najwyższymi sowieckimi oficjelami. Agencja, której nie ma, posiada gigantyczną stację nasłuchową w Wielkiej Brytanii, skąd kontroluje sygnały nadchodzące nie tylko ze Wschodu, ale także z Europy Zachodniej – poinformowało kilka lat temu pismo „New Stateman and Society Journal” – a także ze stacji naziemnych w zachodniej Wirginii, z terenów w stanie Waszyngton, na Alasce i za granicą – od Argentyny po Australię i Chiny.
Od 1969 do 1973 roku NSA prowadziła operację o najwyższym stopniu tajności pod kryptonimem „Minaret”: kontrolowała rozmowy telefoniczne i korespondencję obywateli oraz organizacji amerykańskich narażających na szwank bezpieczeństwo USA. Szczególnie podejrzani byli pacyfiści, zwłaszcza przeciwnicy wojny w Wietnamie, podjęto więc akcję sprawdzania między innymi Jane Fondy, Joan Baez, Martina Luthera Kinga oraz Benjamina Spocka, znanego pediatry i autora popularnych w Polsce książek o wychowaniu dzieci. Dziennik „New York Times” dotarł do szczegółowych informacji i ujawnił je 7 czerwca 1973 roku, wywołując trzęsienie ziemi. Operację „Minaret” przerwano, naturalnie, pod naciskiem opinii publicznej.
Finał w psychuszce
Co się zaś tyczy wspomnianego Hamiltona, to wkrótce po głośnych wywiadach w moskiewskiej telewizji wszelki słuch o nim zaginął. Dopiero w 1992 roku organizacja Akr Project, zajmująca się poszukiwaniem żołnierzy USA wziętych do niewoli lub zaginionych, odnalazła go w Troickoje pod Moskwą, w Szpitalu Specjalnym nr 5. Kierownictwo szpitala poinformowało tylko, że Hamilton cierpi na paranoję i inne zaburzenia psychiczne, ale jest świadom rozpadu ZSRS.
Także numerów telefonów NRO nie znajdzie nikt w żadnym spisie. Powołany do życia w sierpniu 1960 roku Narodowy Urząd Rozpoznania (NRO) ma swą centralę w Pentagonie i znany jest pod nic niemówiącą nazwą Urzędu Systemów Kosmicznych. Szacuje się, że w ostatnich dziesięciu latach NRO wydał ponad 50 miliardów dolarów. Do jego zadań należało umieszczanie w przestrzeni kosmicznej nad ZSRS oraz innymi krajami satelitów obserwacyjnych i rozpoznawczych. Realizację najważniejszego programu satelitarnego NRO „Rhyolite” rozpoczęto w tajemnicy 19 czerwca 1970 roku. Na orbicie okołoziemskiej zainstalowano satelitę szpiegowskiego, który prowadzić miał nieprzerwany nasłuch wszystkich sygnałów z terytorium ZSRR i Chin, łącznie z lokalnymi rozmowami telefonicznymi. W 1973 roku w ramach „Rhyolite” pracę rozpoczął drugi satelita, a trzeci został wystrzelony w kosmos w 1977 roku. Informacje odbierały stacje Menwith Hill w Wielkiej Brytanii i Pine Gap w Australii.
Wielkie sztaby ludzi tłumaczyły i analizowały nagrania, które – jak okazało się po latach – nie posiadały żadnej wartości. Szczegóły operacji zostały mianowicie w niejasnych okolicznościach przekazane Rosjanom, którzy przez kilka lat podsuwali Zachodowi fałszywki.
GRU okazało się lepsze, co nietrudno zrozumieć: w USA każdy dziennikarz śledczy uważał za swój obowiązek podzielenie się z opinią publiczną zdobytą przez siebie wiedzą o tajnej operacji, potem zazwyczaj powoływano jakieś komisje badające sprawę i wybuchał skandal. W Sowietach nie było ani dziennikarzy śledczych, ani wolnej prasy, a w dzisiejszej Rosji za ujawnienie strzępów prawdy o działaniach wywiadu dostaje się kulę lub promieniotwórczy polon w herbacie.
Anna Zechenter