• Wtorek, 14 kwietnia 2026

    imieniny: Justyny, Waleriana

Dziś w „Naszym Dzienniku”

Góralskie serce dla Ojczyzny

Niedziela, 25 grudnia 2022 (15:11)

Wyjątkowi sportowcy zasłużeni w walce o naszą niepodległość

Hart ducha, sprawność fizyczna i serce bijące dla Polski – te cechy górali przyczyniły się do ogromnych osiągnięć w służbie Ojczyźnie w okresie II wojny światowej. Wielu z nich z narażeniem życia angażowało się w działalność konspiracyjną w niezwykle trudnych, górskich warunkach. Dziś pamięć o ich dokonaniach kultywują przodkowie.

Po wybuchu II wojny światowej na Węgrzech schroniło się 140 tys. naszych rodaków. W Budapeszcie działali przedstawiciele polskiego rządu na uchodźstwie. Kurierzy przekraczający Karpaty pomagali im utrzymać łączność z krajem – przekazywali meldunki, ale też pomagali wielu osobom wydostać się spod okupacji wroga na teren Węgier. Były to często brawurowe akcje. W najbardziej ekstremalnych warunkach sprawdzali się jedynie najlepsi. A tylko za posiadanie nart groziła wówczas Polakom kara śmierci.

Król nart

Skoki narciarskie stały się już polskim sportem narodowym. Zawody przyciągają kibiców m.in. do Zakopanego pod Wielką Krokiew, która od 1989 roku nosi imię Stanisława Marusarza. To wybitny polski skoczek, wicemistrz świata z Lahti z 1938 roku, rekordzista skoczni w Planicy, a także dwuboista i alpejczyk, czterokrotny olimpijczyk, siedmiokrotny uczestnik narciarskich mistrzostw świata. W czasie II wojny światowej zaangażował się w działalność konspiracyjną jako kurier tatrzański.

– Dziadka znałam do 8. roku życia. Miał pasiekę, w której pokazywał mi, jak powstaje miód. Pod jego okiem stawiałam też pierwsze kroki na nartach w naszym ogrodzie i na stoku Wierszyki. Miał anielską cierpliwość, to najlepszy nauczyciel, który nigdy nie krzyczał. Był niesamowitym dziadkiem – dzieli się Magdalena Gądek, wnuczka Stanisława Marusarza, która choć sama już nie trenuje narciarstwa, to jako grafik często sięga po sportowe motywy w swojej twórczości.

Wspomina, że dziadek był wyjątkowym człowiekiem. Tłumaczył jej, że marzenia są siłą napędową w życiu, że trzeba w nie wierzyć i je realizować. Sam po wojnie dzięki miłości do nart i sportu miał w sobie siłę do życia i działania, którą starał się przekazywać dalej. – Ostatni skok na Wielkiej Krokwi oddał, mając 63 lata – dzieli się wnuczka. Oprócz pasji narciarskich miał pasję do rękodzieła, samodzielnie robił noże, oraz do rajdów motocyklowych, w których też brał udział.

Był dobry, pomagał wszystkim w potrzebie, nie tylko ludziom, ale i zwierzętom. Pewnej zimowej nocy do ogrodu przyszedł jeleń. Okazało się, że jest chory, i pan Stanisław postanowił mu pomóc. Po pewnym czasie jeleń przyprowadził kolegę. Miały imiona: Kuba i Wojtek, przychodziły z lasu na wołanie. Tak się przyzwyczaiły, że spały pod drzwiami dziadka pani Magdaleny. Swoje poroża zostawiły na pamiątkę w ogrodzie koło żłoba.

W rodzinie kultywuje się pamięć także o innych członkach rodziny Marusarzów

Stanisław Marusarz miał pięcioro rodzeństwa, które angażowało się w działalność konspiracyjną podczas II wojny światowej. Spośród 32 kurierów tatrzańskich, wybranych ze 100 osób związanych z górami, aż 3 było z domu Marusarzów: Stanisław, Helena i Jan. Ten ostatni podczas lądowania w Normandii trafił ranny do szpitala w Szkocji, gdzie sanitariuszką była jego siostra Bronisława. Uratowała mu nogę przed amputacją. Jan Marusarz podczas pobytu w szpitalu zrobił z patyków dom góralski, który bardzo spodobał się odwiedzającej szpital brytyjskiej królowej. Otrzymała go w prezencie.

Helena Marusarzówna, która przed wojną odnosiła ogromne sportowe sukcesy, w latach 30. była najlepszą polską narciarką alpejską. Po klęsce kampanii wrześniowej w 1939 roku została kurierem tatrzańskim. Niestety, w marcu 1940 roku trafiła w ręce Niemców do siedziby Gestapo w Zakopanem, mieszczącej się w przedwojennym Hotelu Palace, zwanym później „katownią Podhala”. Pomimo tortur nie wydała nikogo. Rozstrzelano ją 12 września 1941 roku, niespełna pół roku przed jej 24. urodzinami. Do końca miała nadzieję, że zostanie ocalona.

Do dziś każdego roku w Zakopanem odbywa się Memoriał Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. Bronisław Czech także był kurierem tatrzańskim, a przed wojną wybitnym skoczkiem i sportowcem, zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.

Teraz coraz więcej mówi się o Helenie Marusarzównie. Wiersz-modlitwę, napisany w celi śmierci wraz ze współwięźniarką, córka Stanisława Marusarza znalazła 10 lat po śmierci ojca w jego portfelu. Został on udostępniony i czytany jest przy różnych patriotycznych okazjach. Słowa wiersza chwytają za serce:

„Gdzieś tak bardzo daleko, za murem więziennym tętni życie, świat woła nas do siebie, My od świata odcięci z pacierzem codziennym wołamy: O Ty, który jesteś w niebie, przyjdź królestwo Twoje – wołamy do Ciebie. Tyś jedyna nadzieja jest moja, poprzez chwile buntu, poprzez samych siebie mówimy w pokorze: dziej się wola Twoja”.

– Dziadek mówił, że ciocia Helena była niezwykle ciepłą osobą, która myślała o innych. W więzieniu dzieliła się ze współwięźniarkami swoim chlebem. W domu mamy zdjęcia dziadka i cioci, opowiadamy o nich, czytamy poświęcone im książki. Wartości, którymi kierowali się w życiu, były i są przekazywane z pokolenia na pokolenie – dodaje Magdalena Gądek.

W wolnych chwilach lubi ilustrować książeczki dla dzieci, także ze swoją córeczką. Podczas naszej rozmowy zrodził się pomysł, by stworzyć książeczkę o dziadku lub cioci, by już najmłodsi mogli poznawać historię odważnych górali, gotowych oddać życie w obronie Ojczyzny.

O grobach Stanisława Marusarza i Heleny Marusarzówny na cmentarzu Zasłużonych Na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem pamięta nie tylko rodzina, ale też uczniowie z zakopiańskich szkół, ci z Państwowego Liceum Sztuk Pięknych im. Antoniego Kenara robią kwiaty z drewna.

Na czele tatrzańskich kurierów

Józef Krzeptowski ze względu na swoje poczucie humoru nazywany był „Sabałą XX wieku”. Tak też podpisywał się na kartkach wysyłanych do przyjaciół. Uważał, że „Smutek to jest taka chorość, co cłeka wartko złupi”.

– O humorze „Ujka” [tak nazywali go bliscy i koledzy – przyp. red.] niech świadczy opowieść o mgle. Kiedyś taternicy chwalili się swoimi sukcesami. Rozmawiali na różne tematy, między innymi o niebezpieczeństwach w górach. „Ujek” siedział z boku i kurzył „sporta”. Wreszcie jeden z taterników stwierdził: „Koledzy, z mojego doświadczenia górskiego wynika jasno, że najgorsza w Tatrach jest mgła. Kiedyś wracałem ze wspinaczki i nagle zrobiła się taka mgła, że jak wyciągnąłem przed siebie rękę, to palców nie było widać!”. „Ujek” na to: „Panie, to jesce nic. Jo jednego razu prowadził turyste bez Cyrwone Wierchy i kie przysła mgła, to mój Pon zamiast bułki zjod renkawicke” – wspomina dr Tomasz Szatkowski, krewny Józefa Krzeptowskiego i jednocześnie historyk w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem, a także przewodnik.

Józef Krzeptowski urodził się w 1904 roku u podnóża Tatr na Krzeptówkach, wówczas był to tzw. przysiółek Zakopanego. Gdy miał zaledwie 12 lat, stracił ojca. Już od najmłodszych lat pasjonował się wyprawami w Tatry. Przewodnikiem tatrzańskim II stopnia został w wieku 19 lat. Doskonale znał Tatry, zarówno po polskiej, jak i słowackiej stronie. Poznawał je w dwudziestoleciu międzywojennym o każdej porze roku, często z turystami.

Świetnie też tańczył, uczestniczył nawet w pierwszym wyjeździe do Paryża góralskiej kapeli Bartłomieja „Bartusia” Obrochty, który był nie tylko muzykiem, ale też przewodnikiem górskim. Górale występowali w 1925 roku na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa, podczas której nasi rodacy zdobyli aż 200 nagród, a art déco awansował do roli stylu państwowego II Rzeczypospolitej.

Józef Krzeptowski ćwiczył też wspinaczkę, uprawiał wysokogórskie narciarstwo. W 1934 roku został członkiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Doskonała znajomość topografii terenu, a także języka słowackiego okazała się bezcenna podczas II wojny światowej. Już w październiku 1939 roku wstąpił do Wydziału Łączności Zagranicznej Komendy Głównej ZWZ-AK, otrzymując pseudonim Józek. Miał ogromne zdolności konspiracyjne, porównywany był do wilka, który porusza się niezauważony. Przemierzał górskie szlaki, by jako kurier dotrzeć do stolicy Węgier. Do 1944 roku, kiedy to wojska niemieckie wkroczyły do Budapesztu, tę drogę pokonał aż 58 razy, co stanowiło rekord, i zasłużył na miano króla tatrzańskich kurierów. Przeprowadzał żołnierzy i dyplomatów, a także przenosił informacje, paczki, listy, broń i pieniądze. Wójt Kościeliska wykreślił Józefa Krzeptowskiego z listy mieszkańców Kościeliska, co na długo pozwoliło mu unikać dekonspiracji przez Gestapo, które oferowało za głowę górala 50 tys. zł.

Kiedy po wojennej tułaczce wrócił do Kościeliska, został aresztowany przez NKWD i wywieziony na Syberię, do Bajdejówki pod granicą z Chinami, oddalonej o 7 tys. km od Zakopanego.

– Jak wynika ze wspomnień rodzinnych, był tam 3 lata, przeżył dzięki temu, że wynosił z kuchni obierki od ziemniaków, które z kolegą, też góralem, piekli na ognisku. Do Zakopanego powrócił w 1948 roku – wspomina dr Tomasz Szatkowski. Sam „Ujka” pamięta jak przez mgłę. Podczas rodzinnych spotkań do dziś mówi się, że był wspaniałym człowiekiem.

Kiedy został nagrodzony Krzyżem Walecznych, stwierdził, że odznaczenia nie potrzebuje, ponieważ ma już dwa krzyże – jeden na Giewoncie, a drugi będzie miał na cmentarzu. Zmarł nagle na atak serca, wcześniej wyspowiadał się i był na Eucharystii. Jego pogrzeb był ogromną manifestacją patriotyczną, zgromadził ok. 12 tys. osób. Górale na rękach nieśli trumnę z domu do kościoła w Zakopanem. Pośmiertnie, 16 maja 1978 roku, przyznano mu Krzyż Armii Krajowej, ustanowiony 1 sierpnia 1966 roku w Londynie przez dowódcę Armii Krajowej, generała Tadeusza Bora-Komorowskiego.

Tradycje sportowe w rodzinie Krzeptowskich są do dziś bardzo silne. Jedną z krewnych Józefa Krzeptowskiego jest Maryna Gąsienica-Daniel, narciarka alpejska. To jedyna regularnie punktująca Polka w Pucharze Świata. Ma na swym koncie już trzy olimpiady: w Soczi 2014, Pjongczangu 2018 i Pekinie 2022.

Do tej pory w rodzinie Krzeptowskich było siedmiu olimpijczyków, a także wielu przewodników górskich. Do dziś rodzina prowadzi kilka schronisk w Tatrach – w Dolinie Chochołowskiej, na Ornaku i w Dolinie Pięciu Stawów. Józef Krzeptowski – prowadzący schronisko w Dolinie Chochołowskiej – jest też ratownikiem TOPR.

Karolina Goździewska