• Wtorek, 14 kwietnia 2026

    imieniny: Justyny, Waleriana

Rosja nie radzi sobie na Ukrainie

Czwartek, 8 grudnia 2022 (21:05)

Z dr. hab. nauk wojskowych, prof. Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Co dzieje się na ukraińskim froncie, czy Rosja próbuje – przynajmniej na jakiś czas – zamrozić konflikt, żeby odbudować swój potencjał militarny?

– Niewątpliwie zamrożenie trwającego konfliktu byłoby w interesie Moskwy. Rosja – delikatnie rzecz ujmując – nie może sobie poradzić z Ukrainą, która w założeniach miała paść łatwym łupem rosyjskiej armii i po kilku dniach Rosjanie mieli defilować jako zwycięzcy ulicami Kijowa. Nic takiego się jednak nie stało. Na niewiele zdała się też tzw. częściowa mobilizacja, bo Putinowi nie udało się zgromadzić większych sił ludzkich. Jest to twardy orzech do zgryzienia dla Putina – zwłaszcza że na froncie Rosjanie dostają od Ukraińców baty. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem byłoby zamrożenie tego konfliktu, a w mniej ofensywnym wariancie nawet jakiś rozejm, do czego, zdaje się, dążą siły na zachodzie Europy.   

Jednak Putin – kolejny zresztą raz – grozi użyciem broni jądrowej. Jak poważne to zagrożenie?

– Putin kolejny raz wraca do dawnej retoryki i mówi, że zagrożenie wojną nuklearną rośnie. Zachowuje się nieodpowiedzialnie, ale z drugiej strony, gdyby był racjonalny, to nigdy nie dopuściłby do tego konfliktu i takich zbrodni, jakich jesteśmy świadkami na Ukrainie. Tak czy inaczej w rosyjskiej strategii wojennej jest zapis mówiący o tym, że Rosja może użyć broni jądrowej, kiedy zagrożone są jej ważne obiekty strategiczne. Jest też tajna instrukcja użycia broni nuklearnej w warunkach konfliktu z państwem, które takiej broni nie posiada. Ponieważ są to dokumenty tajne, więc trudno powiedzieć, co może się tam znajdować. Natomiast uważam, że groźby użycia broni nuklearnej, choć jawne, mają głównie charakter propagandowy. Mamy zatem ze strony Rosji próbę zastraszenia opinii międzynarodowej, aby skłonić przeciwnika do ewentualnych ustępstw.

Jakie znaczenie ma uderzenie sił ukraińskich w rosyjską bazę lotniczą Diagilewo w obwodzie riazańskim oraz w Engelsie?

– Mieliśmy uderzenia dronów w jeden z elementów rosyjskiej tzw. triady, którą stanowią: baza strategicznych atomowych okrętów wojennych z głowicami jądrowymi, rakiety w wyrzutniach – silosach oraz baza bombowców strategicznych zdolnych do przenoszenia pocisków z głowicami jądrowymi. Uderzenie w bazy lotnicze i – jak słyszymy – przynajmniej uszkodzenie kilku bombowców: Tu-22M3 oraz Tu-95, to z punktu widzenia trwającej wojny obiecująca wiadomość. Okazuje się, że Ukraińcy uzyskali zdolności uderzania we wroga, i to nie tylko na terenie Ukrainy, ale trochę dalej od swojej granicy, na terytorium Rosji. Do tego mogą niszczyć miejsca, gdzie są skoncentrowane środki ofensywne, których Rosjanie używają, niszcząc infrastrukturę krytyczną oraz cywilną na terenie Ukrainy. Taki atak obiektów bezzałogowych jest ważnym osiągnięciem, wartym odnotowania.     

Zatem Rosja znalazła się w zasięgu ukraińskich ataków, ale co to mówi o ochronie tak istotnych dla Rosji obiektów strategicznych, skoro udaje się je – i to skutecznie – zaatakować?

– Cały świat, a zwłaszcza eksperci liczą, że Rosja ujawni swoją kolejną słabość. Dotychczas nie podejrzewano, że tych słabości po stronie rosyjskiej jest aż tak dużo. Trochę to przypomina sytuację z 1941 roku, kiedy siły niemieckie – które wcale nie przeważały nad tym, czym dysponował Stalin – spuściły manto Rosjanom w pierwszym okresie wojny. I dzisiaj też jest zdziwienie, ale nie dla mnie, bo choć nie twierdzę, że wiedziałem o słabościach Rosjan, ale ciągle pamiętałem regułę, którą wygłosił Hitler – mianowicie, że kiedy Rosja twierdzi, że jest silna, to w rzeczywistości wcale tak silna nie jest. Z drugiej zaś strony, kiedy jest w stanie upadku, to nie oznacza, że kryzys jest tak głęboki, jak można by przypuszczać. Zresztą po różnego rodzaju kryzysach, jakie przeżywała Rosja, a takich wewnętrznych, politycznych kryzysów było bez liku, widać, że udaje się jej podnieść. Ten, który szczególnie pamiętamy, to tzw. rewolucja czy przewrót bolszewicki
w 1917 roku. Ale także wcześniej w czasach carskiej Rosji były rozmaite kryzysy, a w wyniku jednego z nich my – Polacy – znaleźliśmy się na Kremlu. I okazuje się, że ta Rosja – będąc nawet w stanie upadku – potrafi się w miarę szybko podnieść i na nowo przejawiać kolejne imperialne zagrożenia dla cywilizowanego świata. To jest niebezpieczeństwo, które – jeśli chodzi o relacje z Rosją – dostrzegam i uważam, że jest realne. W związku z tym nawet obecne załamanie się Rosji na froncie ukraińskim – na co, zdaje się, coraz bardziej się zanosi – nie oznacza,
że Rosja się nie pozbiera i na nowo nie będzie zagrożeniem. Po 1918 roku pojawiały się tezy, że Rosja pod bolszewikiem straci na dziesięciolecia zdolności imperialne, w związku z czym nie będzie stanowić zagrożenia, tymczasem okazało się coś zupełnie odwrotnego. Tak czy inaczej to jest problem, który w stosunkach z Rosją występuje od dawna, i warto mieć to na uwadze.

Obecnie trwają przygotowania do nałożenia na Rosję 9. już pakietu sankcji. Słyszymy jednak, że są kraje, które chcą wykreślić z listy część nazwisk czy podmiotów…

– Na zachodzie Europy zawsze były państwa, które chętnie układały się z Rosją, widząc w niej potencjał. Stosunkowo tani gaz, ropa czy węgiel często wygrywały z logiką, co pozwalało Rosji zarabiać, zbroić się i demonstrować swoje prawdziwe oblicze. Natomiast kwestia obecnych sankcji, jakie Unia Europejska planuje nałożyć na Rosję, to są szczegóły, jeśli chodzi o problem rosyjski. Jest też pytanie, czy i na ile te nowe restrykcje są w stanie doprowadzić Federację Rosyjską do wewnętrznej zapaści, która będzie miała jakieś poważne skutki – również polityczne czy społeczne, jeśli chodzi o zachowanie Rosjan i ich stosunek do reżimu kremlowskiego. Tymczasem zdaje się, że najprostszą drogą do pokonania Rosji jest dostarczenie Ukrainie niezbędnego i w odpowiedniej ilości uzbrojenia,
o które prosi, i tym sposobem przepędzenie Rosjan z terytorium państwa ukraińskiego. Myślę, że takie solidarne podejście i wsparcie Ukraińców przyniosłoby lepsze efekty
i bardziej pobudziłoby wyobraźnię rządzących na Kremlu niż naciągane sankcje, z którymi Rosja i tak jakoś sobie radzi czy które omija. To być może zmusiłoby otoczenie Putina do decyzji o jego wymianie.

Są też głosy, żeby utrzymać dostawy węglowodorów z Rosji, ale w zamian niczego nie sprzedawać reżimowi Putina,
a tym samym go zadusić.

– To są techniczne sposoby podnoszenia rosyjskiego niedźwiedzia, który jest coraz słabszy. Czas pokaże, czy
i na ile to się powiedzie. Dla mnie rozstrzygające byłoby to, o czym już wspomniałem, a więc wypędzenie okupanta rosyjskiego z terytorium Ukrainy, co oczywiście jest zadaniem, jakie spada na barki armii ukraińskiej. Ukraińcy to zrobią, bo ich morale jest bardzo wysokie w przeciwieństwie do Rosjan, którzy są w rozsypce. Jednak żeby tak się stało, to wojskom ukraińskim należy dostarczyć odpowiednie ilości sprzętu, odpowiednie uzbrojenie. Różnica technologiczna, jeśli chodzi o broń, jaką posiada Rosja, i broń, jaką dzięki wsparciu Zachodu mają do dyspozycji Ukraińcy, jest ogromna, w związku z tym dostarczenie odpowiedniej ilości tego sprzętu stronie ukraińskiej powinno załatwić sprawę.

Jak długo może potrwać ta wojna? Czy Rosja może się zdecydować na długi, kroczący konflikt, licząc, że uda się jej zniechęcić Ukraińców do walki oraz Zachód do wspierania Kijowa?

– Oby jak najkrócej. Rosja na pewno będzie robić wszystko, żeby ten konflikt zamrozić i żeby cały czas wywierać presję na Ukrainę i Zachód. Nie jestem w centrum wydarzeń, więc nie mam jakichś większych argumentów dla poparcia czy głębszego uzasadnienia swojej tezy, niemniej uważam, że na wiosnę przyszłego roku ta wojna się zakończy. Obym się tylko nie mylił.

             Dziękuję za rozmowę.  

 

 

Mariusz Kamieniecki