• Wtorek, 14 kwietnia 2026

    imieniny: Justyny, Waleriana

Nie daliśmy pretekstu stronie rosyjskiej

Niedziela, 20 listopada 2022 (18:42)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak – Pana zdaniem – wyglądał przebieg i jak skomentowano eksplozję i tragedię, do jakich doszło we wtorek w Przewodowie? Czy Polski rząd zachował się odpowiednio – jeśli chodzi o komunikację – w pierwszych godzinach po tym zdarzeniu?

– Służby wyjaśniające dopiero zakończyły zbieranie materiałów i usuwanie szczątków rakiety, która spowodowała eksplozję w suszarni zbóż w Przewodowie i śmierć dwóch osób. Teraz przyjdzie czas na analizę. Nie uprzedzając wyników śledztwa, można powiedzieć jedno: że coś takiego – w najnowszej historii Polski – nigdy się nie wydarzyło. Na terytorium Polski spadł pocisk. Czy Polski rząd zachował się odpowiednio, czy informacja powinna zostać wcześniej przekazana do wiadomości publicznej, czy media zachowały się jak trzeba, czy może mieliśmy niepotrzebne podkręcanie emocji…? Pewne jest jedno: że od ponad dwustu dni za naszą wschodnią granicą toczy się regularna wojna, giną ludzie i sytuacje, kiedy rakieta spada na tereny mieszkalne – jak ta, która spadła na terenie przygranicznym w Polsce, na Ukrainie spadają codziennie, i to masowo. Eksplozja rakiety w Przewodowie chyba uświadomiła nam jedną ważną rzecz: że jesteśmy strefą wojny i powinniśmy się liczyć z taką ewentualnością. To, że przez ponad dwieście dni na terytorium Polski spadła tylko jedna rakieta, to jest cud. Każdy, kto zajmuje się problematyką obronności, wie, że takie przypadki zdarzają się podczas ćwiczeń na poligonach, a tym bardziej na wojnie.

Co nie oznacza, że mamy się przyzwyczajać i godzić na to, co się wydarzyło w Przewodowie?

– Oczywiście. Weźmy jednak pod uwagę okoliczności tego wydarzenia – mianowicie zmasowany ostrzał terytorium Ukrainy w tym dniu, kiedy rosyjski okupant wystrzelił ponad sto rakiet z zamiarem zniszczenia newralgicznych punktów, a zwłaszcza infrastruktury krytycznej – również na obszarze zachodniej Ukrainy. W tej sytuacji ryzyko takiej sytuacji, jakiej doświadczyli mieszkańcy Przewodowa, jest bardzo duże. Systemy rakietowe to bardzo skomplikowana sprawa i wielu z nas – niestety również dziennikarze, którzy opisywali to, co zaszło – nie ma świadomości, że to bardzo inteligentne urządzenia zdolne wykonywać przeróżne manewry, żeby nie dać się trafić i dotrzeć do celu. Wszystko wskazuje, że to wystrzelona prawdopodobnie przez ukraińską obronę przeciwlotniczą rakieta, która nie trafiła w cel, bądź jej część uderzyła w terytorium Polski.

W mediach rozgorzała dyskusja, dlaczego polski rząd tak długo milczał. No właśnie: czy nie za długo?       

– A co rząd miał powiedzieć, gdy na początku więcej było znaków zapytania i niewiadomych? Na forach NATO-
-wskich wśród naszych sojuszników trwały rozmowy i próby ustalenia, co tak naprawdę się stało. Zdjęcia, jakie obiegły świat, pokazujące rozmowy prezydenta Bidena z jego doradcami i innymi szefami państw przebywającymi na szczycie G20 na indonezyjskiej wyspie Bali, są bardzo wymowne. To pokazuje, że sprawa była poważna i jak bardzo w tym dniu ocieraliśmy się nawet o III wojnę światową. W tamtym dniu, gdyby pojawił się nieodpowiedzialny komunikat typu: Rosja zaatakowała Polskę, to zaraz w mediach pojawiłyby się tytuły: mamy wojnę NATO – Rosja.

Skoro były komunikaty, że zbiera się rząd, obraduje BBN, prezydent Duda dzwoni do Joe Bidena, minister Błaszczak rozmawia z Lloydem Austinem, to trzeba było poinformować, że taki incydent miał miejsce, że trwa ustalanie, co tak naprawdę się wydarzyło i że polskie służby panują nad sytuacją. Tymczasem ich brak sprawił, że pod wpływem przekazów zagranicznych agencji media i portale społecznościowe w Polsce zaczęły żyć własnym życiem, a napięcie rosło?

– Na tamtym etapie każdy oficjalny komunikat rządowy ponad to, co zostało podane, przyniósłby negatywne skutki. Milczenie oficjalnych czynników często bywa lepszym wyjściem niż jedno zdanie za dużo wypowiedziane w emocjach, naprędce, które staje się powodem do nadinterpretacji i zaczyna żyć własnym życiem. To, że się spotykają najważniejsze osoby w państwie, to jeszcze nie świadczy o tragedii, nie jest żadnym odkryciem – zwłaszcza że mamy wojnę za naszą wschodnią granicą. Zatem jest to oczywiste, bo takie spotkania się odbywają i będą się odbywać, gorące linie z szefami państw członków NATO, również ze stroną amerykańską, to też jest pewna norma. Oficjalny komunikat przesączony dużą ilością niewiadomych mógłby przynieść niepożądane skutki. Szczególnie że obie strony konfliktu – Rosja i Ukraina – po części dysponują tymi samymi rodzajami broni, ponadto Rosjanie, pospiesznie się wycofując z Ukrainy, porzucili sporo własnego sprzętu, co Ukraińcy w sposób oczywisty wykorzystują. Stąd każdy z wariantów – na tamtym etapie – był możliwy, dlatego sprawa wymagała zbadania i wyjaśnienia. W tej sytuacji każdy nieodpowiedzialny oficjalny komunikat, kiedy uruchomiona jest gorąca linia między Warszawą a NATO, miedzy prezydentami Polski i Stanów Zjednoczonych, i innymi głowami państw sojuszniczych, kiedy odbywają się nieformalne spotkania przywódców podczas trwającego wówczas szczytu G20, byłby przedwczesny.

Wojna wisiała na włosku?

– Na pewno sytuacja była poważna i biorąc pod uwagę napięte relacje na linii Rosja – NATO, tak naprawdę nie było wiadomo, czy nie mamy do czynienia – jak pan redaktor sugeruje – z początkiem wojny, czy był to jedynie nieszczęśliwy, choć tragiczny w skutkach, wypadek. Można więc stwierdzić, że gdyby rzeczywiście się potwierdziło, że była to rakieta rosyjska celowo, z premedytacją wystrzelona w kierunku Polski, to byłoby to jednoznaczne z wypowiedzeniem wojny. I warto do tego podchodzić w ten właśnie sposób. Nie możemy mieć pretensji do władz, że nam wielu rzeczy nie powiedziano, bo na wojnie – a z taką mamy do czynienia w pobliżu – nie ma demokracji, na wojnie rządzą nie dziennikarze, tylko wojskowi dowódcy. Proszę zwrócić uwagę, co na początku wojny robił prezydent Zełenski – wprowadził embargo informacyjne po to, żeby niekonieczne dla społeczeństwa informacje nie docierały do Rosjan. Natomiast Ukraińcy doskonale wykorzystali media społecznościowe rosyjskie, które naprowadzały ukraińskie rakiety na cele wojskowe rosyjskie. I tak to wygląda.

Można powiedzieć, że ten konflikt pokazuje, iż media są jednym z elementów toczącej się wojny?

– Owszem, media są elementem wojny, elementem działań militarnych i fake newsy, nieprawdziwe informacje wywołujące panikę – tego wszystkiego od lutego br. doświadczyliśmy już niejednokrotnie na obcym państwie. I załóżmy, że w pierwszych minutach czy godzinach po incydencie w Przewodowie pojawia się oficjalny komunikat rządowy – ogłoszony przed spotkaniami ważnych osób w państwie, że na teren Polski spadła czy spadły rosyjskie rakiety, czy nawet bez podawania, jaka to rakieta, to dziennikarze – zważając na okoliczności wojenne – dośpiewaliby resztę, że to rosyjska rakieta, że to atak na Polskę. Nadinterpretacja i wyścig między mediami, kto pierwszy przekaże newsa, kto powie coś więcej, kto wymyśli najbardziej chwytający tytuł – to byłoby szkodliwe działanie. Dlatego w momencie, kiedy nie jest wszystko jasne, kiedy dużo jest znaków zapytania, to lepiej po prostu zamilknąć i nic nie pisać niż powiedzieć o jedno słowo za dużo. Przykładem może być kontrowersyjny wpis na Twitterze Radosława Sikorskiego, który po wybuchach gazociągów Nord Stream zamiast zamilknąć dokonał wpisu, w którym dziękował Amerykanom, co wywołało burzę na całym świecie i co Rosjanie skrzętnie wykorzystali. I teraz po incydencie w Przewodowie, gdyby polski rząd – przed zbadaniem sprawy – wydał komunikat, to Rosjanie mieliby pożywkę do działań propagandowych, właśnie w oparciu o nasze komunikaty. I tylko dlatego, że polski rząd zachował się odpowiedzialnie, że nie było niepotrzebnych, przedwczesnych oficjalnych komunikatów i informacji, Rosjanie opierali się tylko na tym, co mówiły – zresztą bez potwierdzenia, agencje i media społecznościowe. I na tym polega różnica: że nie daliśmy argumentów, pretekstu stronie rosyjskiej. Jeszcze raz powtórzę: mamy wojnę. I taka powinna być strategia informacyjna. Nie mówimy o czasach pokoju, gdzie wszystko jest stałe, ale mówimy o czasie wojennym, gdzie jest i powinna być cenzura i dozowanie dostępu do informacji. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to znaczy, że nie dostrzega, co dzieje się wokół Polski, w jak poważnej sytuacji się znajdujemy.

Pytań, które się pojawiły, było więcej. Na przykład dlaczego polskie systemy nie zadziałały, dlaczego rakieta nie została zneutralizowana?

– Polski sprzęt, polskie systemy działają także na Ukrainie, o czym świadczy fakt, że tylko jedna rakieta od lutego br. doleciała do Polski, a nie więcej. Polska działa mądrze, mianowicie zgodnie ze starą doktryną broni swego państwa na cudzym terenie. Jesteśmy dzisiaj jednym z trzech państw najwięcej wspierających militarnie i w każdy inny możliwy sposób Ukrainę w jej walce z rosyjskim najeźdźcą. Podejmujemy wysiłek i ryzyko, wspierając Ukrainę, żeby do Polski rosyjskie rakiety nie docierały. Trzeba więc trochę wyobraźni i rozsądku, mówiąc o tych sprawach. Sytuacja z wojną na Ukrainie sprawia, że ciągle się uczymy. Wybuch wojny spowodował, że nasze zakupy zbrojeniowe zostały zintensyfikowane. Przy czym sprzęt obronny, zestawy Patriot, zestawy HIMARS, czołgi czy inne uzbrojenie nie są dostępne w sklepie na przysłowiowej półce; ich pozyskanie to jest proces. I dobrze, że po latach rozbrajania Polski i likwidacji jednostek wojskowych za rządów koalicji PO-
-PSL rząd Zjednoczonej Prawicy podjął się odbudowy i wzmocnienia naszego potencjału obronnego. Systemy pierwszej baterii Partiot już są w Polsce, a systematycznie będą kolejne z zamówionych ponad dwustu, do tego w przyszłym roku dotrą do nas pierwsze systemy HIMARS, czołgi amerykańskie i koreańskie, mamy też zamówione myśliwce itd. Polska armia za kilka lat będzie więc jedną z mocniejszych w NATO. Będziemy też dysponować tarczą antyrakietową zdolną nas obronić. Niemcy i inne państwa Europy po inwazji Rosji na Ukrainę zaczęły się dopiero budzić, a my jesteśmy parę kroków do przodu, co jeszcze bardziej będzie odstraszało potencjalnego przeciwnika przed atakiem na nasz kraj. Mamy też sprzęt własnej produkcji, który sprawdza się na Ukrainie – m.in. armatohaubice Krab, inteligentne zestawy rakietowe Piorun do rażenia powietrznych celów, bezzałogowe systemy rozpoznania i moździerze oraz amunicję. Ważne jest też liczebne zwiększanie polskiej armii, a służba wojskowa cieszy się coraz większym zainteresowaniem Polaków.

To wszystko wymaga dużych nakładów finansowych, a budżet nie jest przecież bez dna?

– Zgadza się, dlatego cały system finansowy i gospodarczy Polski musi być szybko przestawiony i jest przestawiany na inne tory, bo Rosja się coraz bardziej rozpycha. Robimy to już, a cały świat przyznaje nam racje, że nie tylko dostrzegliśmy zapędy Putina, ale przestrzegaliśmy innych, czym grozi bezrefleksyjna polityka i robienie interesów z Moskwą. Oby wnioski z popełnionych błędów zostały wyciągnięte, żeby świat – po zakończeniu wojny – nie powrócił do robienia interesów z Moskwą, bo to może się źle skończyć dla wszystkich.  

Przed nami zima, Putin niszczy systematycznie infrastrukturę krytyczną na Ukrainie. Grozi nam kolejna fala uchodźców wojennych z Ukrainy?

– Putin robi wszystko, żeby doprowadzić do drugiej fali migracyjnej. Ponad 40 proc. sieci energetycznych na Ukrainie została już zniszczona, a ataki cały czas trwają. Ale Rosja odcina też Mołdawię od dostaw prądu z Ukrainy, również Rumunia, aby zabezpieczyć własne potrzeby, ogranicza dostawy prądu do Mołdawii, która staje się energetycznie sparaliżowana. To świadome działania Moskwy wprowadzające niepokój, ale będzie ich znacznie więcej. Polska też miała mieć prąd z Ukrainy, tymczasem to my będziemy musieli ją wspomagać, bo dzisiaj około
10 mln Ukraińców pozostaje bez prądu, a zima dopiero przed nami. Ci ludzie nie będą w stanie przetrwać zimy na Ukrainie i będą musieli przemieszczać się do Europy. Możemy się więc spodziewać powtórki z wiosny i tego, że kolejne nawet 2 mln Ukraińców może znów trafić do nas – ludzi, którymi trzeba będzie się zająć. Takie są realia. Do tego jest kryzys ekonomiczny, inflacja w skali całego świata. Putin ma tego świadomość i będzie robił wszystko, żeby pogłębić ten kryzys.

Jak w tym kontekście powinna zachować się Unia Europejska, która zamiast docenić Polskę, nasze wsparcie dla Ukraińców i nam pomóc, przykręca nam śrubę?

– Polska, będąc w takiej, a nie innej sytuacji, nie powinna być okładana kolejnymi sankcjami, ale już dawno powinna być finansowo wsparta, powinniśmy też otrzymać należne nam środki z „Krajowego planu odbudowy”. Myślę, że bez presji Amerykanów Komisja Europejska będzie robić wszystko, żeby wstrzymywać dalej wypłatę należnych nam środków, tym samym wspierając opozycję totalną i próbując przepchnąć Tuska do władzy. Tymczasem Polacy nie powinni ulegać presji Brukseli i destrukcyjnym działaniom opozycji wspieranej przez sprzyjające jej media, ale wierzyć rządowi, wierzyć własnemu państwu polskiemu, które w najtrudniejszych momentach stanęło i staje na wysokości zadania. Natomiast opozycja ma tylko jeden cel: chce przejąć władzę i działa – jak zresztą zawsze – na zasadzie: im gorzej, tym lepiej. I to jest nie do zaakceptowania.   

               Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki