• Wtorek, 14 kwietnia 2026

    imieniny: Justyny, Waleriana

Relacje na linii USA – Chiny wciąż dalekie od ideału

Wtorek, 15 listopada 2022 (22:05)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL
i AKSiM

Głównymi tematami szczytu liderów państw G20 są: agresja Rosji na Ukrainę, kryzys żywnościowy, pogłębiająca się rywalizacja Stanów Zjednoczonych i Chin, walka z ociepleniem klimatu oraz zagrożenie nuklearne ze strony Korei Północnej. Biorąc pod uwagę istniejące podziały, jakie są szanse na wspólne stanowisko liderów najbogatszych państw świata w choćby jednej z tych kwestii?

– Pełnego, szerokiego konsensusu pewnie nie będzie. Porównując – nie jesteśmy na etapie XIX-wiecznego kongresu wiedeńskiego, który po wielkich wojnach starał się złapać równowagę sił w Europie i ją dookreślił w postaci tzw. koncertu mocarstw, natomiast jesteśmy na etapie wojen napoleońskich, w trakcie ich trwania, gdzie na różnych teatrach działań dokonują się rozmaite wydarzenia. Jednym z takich wydarzeń jest wojna na Ukrainie, zaś innym jest amerykańsko-chiński konflikt technologiczny, ponadto trzeba brać pod uwagę, że w Eurazji działy się  różne rzeczy dotyczące Afganistanu, Iranu itd. Zatem nie jest to jeszcze etap konsensusu, co nie zmienia faktu, że pewne rzeczy – ważne z naszego punktu widzenia – już się dokonały. Mam na myśli wspólne oświadczenie Amerykanów i Chińczyków mówiące bardzo jasno, że niedopuszczalne są groźby użycia broni jądrowej, co jednoznacznie odnosi się do Rosji i konfliktu ukraińsko-
-rosyjskiego i bez wątpienia jest ciosem dla samego Putina i dla pewnej retoryki, którą posługują się Rosjanie.

Potępienie groźby użycia przez Kreml broni jądrowej to chyba jedna z niewielu rzeczy, która łączy dziś Waszyngton i Pekin?     

– Trudno tu nawet mówić, że ta kwestia łączy, bo jest to raczej zbieżność stanowisk, niemniej jednak Amerykanie zdają sobie sprawę, że użycie taktycznej broni jądrowej mogłoby zmienić konfigurację toczącej się na Ukrainie wojny. Z kolei Chińczycy mają świadomość, że nie są w stanie nic wygrać, bo jeśli ktokolwiek złamałby tabu użycia broni nuklearnej – nawet w teatrze lokalnej wojny, to oznaczałoby, że w przyszłości wszystkiego można się spodziewać. Trzeba też dodać, że Chińczycy są zdecydowanie słabsi od Amerykanów i z ich punktu widzenia byłoby to absolutnie niekorzystne. Poza tym jeśli Chińczycy nadal myślą o Nowym Jedwabnym Szlaku, o inicjatywie Pasa i Szlaku, a jak wiadomo handlowe szlaki lądowe są dla nich kluczowe, to destabilizacja ich poprzez użycie broni jądrowej jest absolutnie niedopuszczalna. Dlatego poprzez wspólne ze Stanami Zjednoczonymi oświadczenie destabilizują Rosjan, którzy już nie używają argumentu atomowego i ta sprawa znika z ich propagandy, bo Kreml zdaje sobie sprawę, że bez Chin nie jest w stanie prowadzić żadnej wojny.

Czy jest szansa na zbliżenie stanowisk Chin i Stanów Zjednoczonych w innych kwestiach po tym, jak relacje obu mocarstw sięgnęły dna po wizycie na Tajwanie przewodniczącej Izby Reprezentantów amerykańskiego Kongresu Nancy Pelosi?

– Z czasem takie czy inne uzgodnienia będą się zapewne pojawiać. Pewne natomiast jest, że Chińczycy nie chcą się zgodzić na powrót do jednostronnej dominacji amerykańskiej w świecie. Pekin stoi na stanowisku, że zbudował swoją potęgę i jest już na tyle silny, że należy mu się inna, wyższa pozycja. Chińczycy nie chcą być traktowani li tylko jako wykonawcy produktów za drobne pieniądze, ale chcą być wysoko w drabinie technologicznej i zajmować jak najwyższe miejsce w rewolucji technologicznej świata, co pozwoli im czerpać z tego zyski, a nie tylko pracować na najsilniejsze potęgi. Tymczasem Stany Zjednoczone nie chcą zrezygnować ze swojego przywództwa – zwłaszcza że wciąż mają pewne przewagi na poziomie np. militarnym czy finansowym, mają również przewagi na poziomie technologicznym i stąd ta cała rywalizacja. Na razie mamy próbę zakwestionowania przywództwa amerykańskiego w świecie, przy czym to, co się dzieje na Ukrainie, pokazuje, że Stany Zjednoczone są wciąż silne, są potęgą. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że Amerykanie są silni bohaterstwem żołnierza ukraińskiego, co jest jak najbardziej prawdą, tym niemniej Ukraina jest w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i to głównie one dostarczają im broń niezbędną do wypchnięcia rosyjskiego najeźdźcy ze swojego terytorium. I w tym względzie jest to pewna manifestacja możliwości amerykańskich w bardzo ważnym punkcie.

Tak czy inaczej wydaje się, że daleko jeszcze do poprawy relacji dwustronnych Stany Zjednoczone – Chiny.

– Są nawet tacy, którzy uważają, że wojna handlowa między tymi mocarstwami może się przerodzić w wojnę kinetyczną, co byłoby oczywiście bardzo groźne dla całego świata. Dlatego jeśli toczą się rozmowy jak ta wczorajsza między prezydentem Joe Bidenem a przywódcą Chin Xi Jinpingiem, to one niejako oddalają niebezpieczeństwo i to zagrożenie, co ma niebagatelne znaczenie dla świata. Zawsze lepiej rozmawiać i się dogadywać niż ze sobą walczyć. Jeśli Waszyngton z Pekinem walczy, jest to na razie poziom handlowy, gospodarczy czy technologiczny oraz poziom tzw. wojen zastępczych. Jedną z takich wojen zastępczych jest wojna na Ukrainie. Niezależnie od tego kością niezgody wciąż pozostaje Tajwan. Xi Jinping chce pełnego włączenia Tajwanu do Chin, czemu z kolei sprzeciwia się Waszyngton.

Z ustaleń obu stron wynika, że niebawem
w Pekinie ma się pojawić amerykański sekretarz stanu Antony Blinken. Czy mimo wszystkich różnic jest szansa na ocieplenie relacji między Ameryką i Chinami, czy raczej powinniśmy się spodziewać nowej zimnej wojny?

– To, czy i na ile udało się zbliżyć stanowiska, zazwyczaj pokazuje czas. Ocieplenie relacji nie wynika z cech osobowościowych takich czy innych przywódców, ale z twardych interesów poszczególnych państw. Cały czas aktualne jest pytanie, czy i na ile da się jakoś pogodzić czy ułożyć interesy w świecie. To, iż rozmowy się toczą, to jest pozytywny sygnał, natomiast nie wydaje mi się, żeby to był koniec napiętych relacji między Pekinem a Waszyngtonem. Przypomnę tylko, że do eskalacji napięcia doszło za prezydentury Donalda Trumpa, który w 2018 roku ustalił nowe cła i inne bariery handlowe dla Chin, wszczynając tym samym tzw. wojnę handlową z Pekinem. Złamał więc dotychczasowy globalny układ Światowej Organizacji Handlu – liberalizujący międzynarodowy handel dobrami i usługami – notabene stworzony m.in. przez Stany Zjednoczone. Jednak te amerykańskie hamulce nie na wiele się zdają, bo Chińczycy bardzo dużo produkują, natomiast ostatnie sankcje związane z półprzewodnikami to jest wojna technologiczna. Wydaje się, że ona wciąż się nie zakończyła. Oczywiście jeśli zapoczątkowane wczoraj rozmowy strony amerykańskiej z chińską będą się toczyły nadal, jeśli będą dookreślane stanowiska tych państw, to należy patrzeć na to wszystko z optymizmem. Z całą pewnością spotkanie przywódców Chin i Stanów Zjednoczonych oraz zapowiedź kolejnych rozmów, jak chociażby wizyta Antonego Blinkena w Pekinie, to nie jest dobry sygnał dla Rosji, bo jeśli Amerykanie rozmawiają z Chińczykami, to oznacza, że Pekin nie chce się za bardzo angażować w wojnę na Ukrainie po stronie rosyjskiej. Chińczycy widzą, że konflikt rosyjsko-ukraiński nie przynosi owoców, a wręcz przeciwnie – straty.

Jak odczytać słowa przewodniczącego Rady Europejskiej Charlesa Michela, który na Bali powiedział, że Europa, mimo różnic, będzie współpracowała z Chinami, ale musi unikać zbytniego uzależnienia od tego kraju w zakresie nowych technologii i powtarzania błędów, jak to było z Rosją?

– To jest ciekawa opinia idąca w poprzek tego, co robi Olaf Scholz. Kanclerz Niemiec nie patrzy w ten sposób na rzeczywistość, a jego niedawna wizyta wraz z delegacją liderów niemieckiego biznesu w Chinach i rozmowy z Xi Jinpingiem pokazują, że Niemcy chcą utrzymać silną relację z Pekinem, w tym wymianę handlową. Natomiast wypowiedź przewodniczącego Rady Europejskiej Charlesa Michela, idąca w przeciwnym kierunku, może świadczyć, że w Unii Europejskiej napięcia się potęgują. Wiemy, że kanclerz Scholz odmówił prezydentowi Francji Emmanuelowi Macronowi wspólnej wizyty w Pekinie, co pokazuje nie najlepsze relacje i rosnące napięcie na linii Niemcy – Francja. Wiemy też, jakie są stanowiska odnośnie do energii atomowej i różnice w tym zakresie. To wszystko, a także wypowiedź szefa Rady Europejskiej Charlesa Michela może oznaczać, że Niemcy nie mogą być pewni swego, że jest opór wobec ich polityki wewnątrz Europy.

           Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki