Zachodni świat nie jest w dobrej kondycji
Poniedziałek, 7 listopada 2022 (20:20)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Przed USA wybory połówkowe do Kongresu Stanów Zjednoczonych. Jak ważne są te wybory?
– Amerykanie wybiorą m.in. 435 członków Izby Reprezentantów, 35 senatorów – w liczącym 100 miejsc Senacie, oraz gubernatorów. Te wybory mają oczywiście swoją wagę – zwłaszcza że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż prezydent Joe Biden i demokraci stracą większość w Kongresie, bowiem sondaże przewidują wygraną republikanów. Tak jednak już bywało w historii Stanów Zjednoczonych wielokrotnie, że prezydent był z jednej opcji, a większość w Kongresie mieli jego polityczni oponenci. W tym sensie, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, nie jest to nic nowego, natomiast ciekawe, czy potwierdzą się spekulacje dotyczące zapowiedzi, że republikanie – jeśli wygrają – będą przeciwni kontynuacji dużej pomocy dla Ukrainy i czy rzeczywiście ziszczą się te zapowiedzi o redukcji wsparcia, czy jest to tylko gra przedwyborcza. Trudno to na tym etapie rozstrzygać na 100 proc., więc trzeba poczekać na rezultaty jutrzejszych wyborów.
O stawce tych wyborów świadczy chociażby fakt zaangażowania się w kampanię czołowych polityków – byłych prezydentów, i to po obu stronach sceny politycznej. Także sondaże pokazują duże zainteresowanie społeczeństwa, bo udział w wyborach deklaruje prawie 70 proc. uprawnionych Amerykanów…
– Stany Zjednoczone są w pewnym napięciu czysto politycznym – związanym z ekonomią czy życiem gospodarczym, ale także ideologicznym. Wiemy, co działo się w styczniu 2021 r. przed Kapitolem po ostatnich przegranych przez Donalda Trumpa wyborach prezydenckich. I ta atmosfera przenosi się na kolejne wybory, ale Ameryka nie jest jedynym krajem na świecie, gdzie atmosfera jest mocno napięta.
O czym świadczy fakt, że Joe Biden za jeden z tematów bieżącej kampanii uczynił liberalizację prawa aborcyjnego?
– To jest temat wiodący dla środowiska, które reprezentuje Joe Biden, i próba przejęcia lewicowej części Ameryki. Z tym że ta kwestia – podobnie jak wszystkie tematy ideologiczne – rozgrzewa atmosferę, samych polityków, a także wyborców. Wiele się zmienia w świecie zachodnim. Zwróćmy uwagę, co działo się w związku z wyborami we Włoszech, ale też we Francji czy w samych Stanach Zjednoczonych przy okazji wyborów prezydenckich. To zapowiedź, że każde następne wybory będą miały jeszcze większą temperaturę – również w odniesieniu do tak kluczowych kwestii życia społecznego, jak ochrona życia ludzkiego.
Komentatorzy uważają, że te bieżące wybory będą decydowały bardziej o sprawach wewnętrznych, ale czy i na ile ich wynik może wpłynąć na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, bo ważne jest, czy Joe Bidenowi uda się utrzymać solidarność Zachodu dla wsparcia Ukrainy?
– Inflacja, rosnące ceny, daje się we znaki nie tylko Europejczykom, ale także Amerykanom, których dwie trzecie uważa, że sytuacja zmierza w złą stronę. Joe Bidenowi nie udało się opanować inflacji, która osiągnęła obecnie poziom 8,5 proc. – najwyższy od czasów prezydenta Reagana. To wszystko sprawia, że atmosfera wewnętrzna nie jest najlepsza. Jeśli zaś chodzi o kontynuację wsparcia dla Ukrainy, to głosy przeciwne są w zdecydowanej mniejszości i retoryka, jaką słyszymy z ust polityków, jest bardziej na potrzeby kampanii wyborczej i nie musi się zrealizować w praktyce. Proszę sobie przypomnieć, co zapowiadał Joe Biden w kampanii i co nawet próbował realizować na początku swojej prezydentury – mam na myśli opcję proniemiecką oraz złagodzenie polityki w odniesieniu do Rosji, co tylko rozzuchwaliło Putina. Szybko to jednak zbankrutowało i konieczny był reset tej bezrefleksyjnej polityki nowej amerykańskiej administracji i obranie nowego kursu na politykę antyrosyjską. Dlaczego…? Otóż rzeczywistość wymusiła te zmiany. Natomiast patrząc na bieżące sprawy – z punktu widzenia, ile Amerykanie już zainwestowali w tę wojnę jako państwo, to nawet biorąc pod uwagę wewnętrzne spory, trudno się spodziewać, że w momencie kiedy – z ich punktu widzenia – są o krok od zwycięstwa, żeby nagle się wycofali, poddali ten temat. Tak więc trzeba być ostrożnym, jeśli chodzi o branie za wyrok retoryki przedwyborczej i zapowiedzi polityków, bo często po wyborach wygląda to zupełnie inaczej.
Tyle że część radykalnych republikanów uważa, że 60 mld dol. wsparcia, jakiego Stany Zjednoczone udzieliły dotychczas Ukrainie, to stanowczo za dużo. Czy wygrana republikanów może wpłynąć na ograniczenie wsparcia administracji Bidena dla Ukrainy, na co zapewne liczy Putin?
– Może, ale wcale nie musi. Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby po jutrzejszych wyborach ten front sprzeciwu ucichł, a wsparcie zarówno militarne, jak i humanitarne ze strony Stanów Zjednoczonych dla Ukrainy było kontynuowane. Zwłaszcza że zainwestowane środki – w założeniu – mają przynieść jakiś konkretny zysk geopolityczny, a wycofanie się Amerykanów z zaangażowania w pomoc Ukrainie spowodowałoby, że wyłożone pieniądze byłyby najzwyczajniej w świecie zmarnowane. To jest inwestycja Stanów Zjednoczonych w przyszłość – w długiej perspektywie, dlatego należy oddzielić grę wyborczą od tego, co się zwie realną polityką i praktycznym działaniem.
Czy i ewentualnie jak te wybory połówkowe mogą wpłynąć na to, kto będzie następnym gospodarzem Białego Domu?
– Myślę, że jest za wcześnie, żeby o tym mówić, a tym bardziej żeby wyrokować, kto będzie następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych po Joe Bidenie. W życiu także politycznym są rzeczy nieprzewidywalne, jak epidemia koronawirusa, która sprawiła, że Donald Trump nie wygrał wyborów prezydenckich i musiał się wyprowadzić z Białego Domu. Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych są w 2024 roku, jest więc jeszcze dużo czasu i wiele może się jeszcze wydarzyć. Ponadto w Stanach Zjednoczonych jest ciągła rotacja – nieustannie jakieś wybory – choćby te cząstkowe, i choć nieraz zmieniają one kształt sceny politycznej i większość w Kongresie, ale to nie oznacza, że przełoży się to na wynik wyborów prezydenckich. Ponadto jest faktem, że Joe Biden jest już człowiekiem bardzo leciwym i to jest problem, że Partia Demokratyczna nie ma silnego przywództwa, które rokowałoby nadzieje na nowe zwycięstwo. I to jest – moim zdaniem – większy problem niż wynik połówkowych wyborów do Kongresu.
Kiedy Joe Biden został prezydentem, to mówiło się, że nawet w połowie kadencji może go zastąpić Kamala Harris, a już na pewno pani wiceprezydent wystartuje w kolejnych wyborach. Z tym że blask Kamali Harris wyraźnie przygasł i dzisiaj jest w cieniu…
– I nic dziwnego, bo jest po prostu słabym politykiem, tyle że mocno zideologizowanym. I nawet demokraci mają świadomość, że jej kandydatura na głowę państwa niosłaby za sobą ogromne ryzyko i klęskę niemalże taką samą jak w czasach kiedy Donald Tusk, wybierając się do Brukseli na fotel szefa Rady Europejskiej, namaścił na swojego następcę na stanowisku premiera bardzo słabą Ewę Kopacz. Wszyscy pamiętamy, czym to się skończyło. Myślę, że demokraci nie popełnią błędu i nie wystawią do boju o najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych Kamali Harris.
A co z Donaldem Trumpem, który mocno zaangażował się w trwającą kampanię? Co więcej, mówi, że jest bardzo prawdopodobne, że ponownie będzie się ubiegał o prezydenturę…
– Oczywiście, to bardzo prawdopodobne, przy czym Donald Trump też nie należy do młodzieniaszków. Na pewno będzie próbował, bo jest to polityk bardzo ambitny, ale czy to się ziści – zobaczymy. Zachęcony postawą Joe Bidena, który w oczach Amerykanów stracił dużo – chociażby w związku z chaotycznym wycofaniem wojsk amerykańskich z Afganistanu, a także z uwagi na bieżącą sytuację inflacyjną wynikającą z kryzysu – Donald Trump na pewno łatwo nie złoży broni.
Tak czy inaczej czy Amerykanie nie mają problemów z przywództwem? Mam na myśli to, co Pan Profesor powiedział: że brakuje im młodych, charyzmatycznych, wyrazistych liderów?
– Z całą pewnością tak jest i jest to duży problem. Jednak nie dotyczy to tylko Stanów Zjednoczonych. Proszę zwrócić uwagę na Europę: czy Olaf Scholz jest przywódcą na miarę wyzwań? Albo czy charyzmatycznym przywódcą jest Emmanuel Macron…? Proszę spojrzeć, co dzieje się w Wielkiej Brytanii – jak często zmieniają się premierzy w tym kraju. W takim momencie historii jesteśmy, co pokazuje, że świat zachodni nie jest w dobrej kondycji, jeśli mówimy o liderach politycznych.
Z czego to wynika?
– To jest także wyraz kryzysu kulturowego, gdzie przyszłe elity są kształcone w mętliku ideowym – bez jakiegoś nadrzędnego celu. Tymczasem żeby wychować męża stanu, trzeba kształtować młodzież – przynajmniej jej elitarną część – w oparciu o pewne zasady, jasne kryteria ideowe, gdzie są jasno określone cele, wyznaczone wielkie idee, które się realizują. Muszą być też jasno określone cele państwa jako wspólnoty. Tymczasem jeśli celem są rewolucja kulturowa i postawienie wszystkiego na głowie, w dodatku kiedy zamiast dobra państwa ważne są partykularne gierki i osiąganie własnych celów niemających nic wspólnego z racją stanu, to takie, a nie inne są efekty.
Powrót do korzeni jest zatem nieunikniony…
– Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – zwłaszcza w sytuacji wojennej, kiedy nie znamy skali, jaką agresja rosyjska może przybrać. Na razie ta agresja wcale nie musi się zredukować do Ukrainy.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki