W Polsce uruchamiana jest opcja niemiecka
Poniedziałek, 31 października 2022 (19:57)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Amerykański koncern Westinghouse będzie partnerem budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Jak tę informację należy traktować, zwłaszcza w sytuacji kryzysu energetycznego, z jakim mierzy się nie tylko Polska, ale też Europa i świat?
– Energetyka jądrowa jest dla nas konieczna, zwłaszcza przy wszystkich unijnych wymaganiach klimatycznych dotyczących ograniczenia emisji CO2. Nie mamy więc innego wyjścia, bo szukanie mocy i bezpieczeństwa energetycznego w wiatrakach – szczególnie przy polskim klimacie – jest działaniem absolutnie nieskutecznym.
Chyba nie bez znaczenia jest też kierunek,
z jakiego Polska będzie czerpać technologie dotyczące energetyki jądrowej?
– Kierunek jest jak najbardziej ważny i nieprzypadkowy. Otóż Polacy chcą i – jak się okazuje – będą czerpać technologie związane z energetyką jądrową z tego samego źródła, czy źródeł, z którego kupują uzbrojenie. Jeśli chodzi o zakup broni, to mamy kierunek amerykański
i koreański, i taki sam kierunek będziemy mieć, jeśli chodzi o energetykę jądrową. Politycznie i geopolitycznie to bardzo dużo znaczy: otóż nie Francja, tylko Stany Zjednoczone i Korea Południowa. Dlaczego? Bo Francuzi wespół z Niemcami duszą nas za pośrednictwem Brukseli na innych frontach. Po za tym widać wyraźnie – i każdy już o tym mówi – że w perspektywie centralnej Europy kształtuje się pewien nowy układ bezpieczeństwa, który będzie obejmował również Ukrainę, kraje nadbałtyckie, Skandynawię i Rumunię. Układ ten ma powstrzymywać Rosję. Przy czym dzisiaj bezpieczeństwo rozumiane jest nie tylko militarnie, lecz także wielorako, a fundamentem jest bezpieczeństwo energetyczne. I to wszystko się spina
w jedną logiczną całość – czyli wprowadzanie Ameryki na grunt europejski, podczas gdy Niemcy chciały wprowadzić w to miejsce Rosję. Ten układ niemiecko-rosyjski jest nie do zaakceptowania, dlatego nasze wybory militarne, energetyczne, a nawet polityczne są takie, a nie inne.
Jednak nie wszystkim się podoba wybór amerykańskiej firmy jako partnera budowy elektrowni jądrowej w Polsce, bo zarówno Waldemar Pawlak, jak i Bronisław Komorowski zaczynają wylewać pomyje na działania rządu w tym zakresie, a Leszek Miller nawet straszy, że Komisja Europejska będzie blokować tego typu działania.
– To tylko pokazuje, że w tej sytuacji w Polsce uruchamiana jest opcja niemiecka, która będzie miała takie, a nie inne zdanie na temat wyboru polskiego rządu. Jest to sprawa oczywista, przy czym wybór Amerykanów wydaje mi się również wyborem na zblokowanie działań Komisji Europejskiej i szantaży z tym związanych. Otóż nie sądzę, żeby Bruksela była w stanie, a może też na tyle odważna, a jeśli nawet spróbuje, to żeby miała na tyle siły, aby się przeciwstawić inwestycjom amerykańskim
w Europie Środkowej. Niemcy ani Francuzi nie mają wystarczająco siły, żeby Amerykanów wypychać z Europy – czyli okładać sankcjami Polskę, bo im się Stany Zjednoczone nie podobają. To byłoby za grubo, nawet jeśli chodzi o Berlin czy Paryż. Dodatkowo takie działania są utrudnione, zwłaszcza w dobie trwającej wojny na Ukrainie. Może gdyby to była jakaś inwestycja, dajmy na to, chińska czy jakaś inna, to taka blokada czy szantaż Brukseli mogłyby być skuteczne, ale w tej kwestii – nie sądzę.
Czy jeśli chodzi o wybór partnera do budowy elektrowni jądrowej, to nie jest to również przemyślana gra polskich władz?
– Z pewnością. Otóż wiadomo, że na takie inwestycje można szukać środków unijnych. Jeśli będą blokowane, będzie to oznaczało blokadę inwestycji polsko-
-amerykańskiej, a co za tym idzie – byłaby to strata także dla Waszyngtonu. Szukamy więc pewnych dźwigni, pewnych lewarów, dzięki którym można by odblokowywać ewentualne sankcje Brukseli na Warszawę.
Słyszymy, że kanclerz Olaf Scholz przeforsował sprzedaż Chińczykom części udziałów w porcie w Hamburgu. Czyżby
to była niemiecka próba otwarcia drogi Pekinowi do dominacji w Europie kosztem Amerykanów?
– Rywalizacja amerykańsko-chińska wcale się jeszcze nie rozstrzygnęła. Ta konfrontacja będzie trwała jeszcze lata
i trudno dzisiaj przewidzieć, jak się rozstrzygnie. Natomiast pewne jest, że niemiecka gospodarka potrzebuje albo tanich surowców, albo tanich komponentów do produkcji swoich wyrobów, a najlepiej jednego i drugiego. Dotychczas tanie surowce zapewniała im Rosja,
a komponenty dostarczały Chiny. Berlin, niby będąc
w sojuszu z Waszyngtonem, tak naprawdę grał na układ kontynentalny, czyli eurazjatycki, w istocie przeciwko Ameryce. Widać dobitnie, o co tu chodzi, na przykładzie wojny na Ukrainie. Polska, chcąc się wydostać z układu niemiecko-rosyjskiego, nie ma innej drogi i teraz nadarza się okazja, żeby na tym wspólnie coś ugrać, czyli być tym dla Stanów Zjednoczonych, czym była RFN w czasie zimnej wojny. Mniej więcej tak rysuje się plan Warszawy: być właśnie takim czynnikiem dla Ameryki w Europie, jakim
we wspomnianym okresie zimnej wojny były Niemcy Zachodnie, kiedy Stany Zjednoczone inwestowały tam dużo, bo uznawały, że jest to ich przyczółek najbardziej wysunięty na wschód, dzięki któremu mogli mieć wpływ na sytuację w tej części świata. I tak to mniej więcej wygląda.
Sytuacja jest trudna i karkołomna dla Niemiec…
– Nie ma wątpliwości, że niemiecka polityka przeżywa największy kryzys – i to od wielu, wielu lat. Co więcej –
w Berlinie nie bardzo wiedzą, jak się w tej sytuacji zachować, bo z jednej strony grali na Rosję – co im nie wyszło, grają też na Chiny, ale Stany Zjednoczone to obserwują. W związku z tym nie ma wyjścia, jak przeformować całą gospodarkę, a to wszystko nastręcza całą masę problemów. Berlin szantażuje Polskę, bo chce zmienić rząd w Warszawie na przychylny sobie, ale to mu się wymyka spod kontroli. To brutalne działanie i chyba karkołomne, zwłaszcza że nie ma wszystkich atutów po swojej stronie. Nic więc dziwnego, że Polacy tak jednoznacznie zagrali pod Amerykanów, żeby pokazać,
iż Waszyngton jest naszym twardym sojusznikiem i że nie ma co stawiać na prorosyjskie i prochińskie Niemcy, ale na współpracę proamerykańską, proatlantycką. Tak to jest
w geopolityce: nie mamy wyboru, więc nie siedzimy okrakiem na niczym w przeciwieństwie do Berlina.
Swoją drogą działania Polski w obszarze energetyki jądrowej to także korzyść dla Amerykanów, którzy otrzymują nowy bodziec i okazję do tego, żeby odgrywać kluczową rolę w Europie.
– Na początku prezydentury Joe Bidena Amerykanie uważali, że to w oparciu o Niemcy będą utrzymywać swoją pozycję w Europie. Jednak się przeliczyli, bo – jak widać – Niemcy grają swoją grę, w której dla Amerykanów niekoniecznie jest miejsce. Widać to szczególnie namacalnie w sytuacji wojny toczącej się na Ukrainie. Waszyngton musi więc szukać nowego podmiotu dla siebie, a ponieważ ten podmiot jest skuteczny – o czym mówiliśmy wcześniej – mianowicie, że układ ukraińsko-
-polski jest dla Waszyngtonu przede wszystkim korzystny, bo można skutecznie wspierać Ukrainę w walce o wolność
i niepodległość, to jest znak dla Amerykanów, że warto
w ten nowy układ wchodzić i go rozwijać. Natomiast jeśli tu wejdą, także energetycznie, to siłą rzeczy będą chcieli tego bronić, bo tego typu inwestycje nie tylko nam, ale też Stanom Zjednoczonym będą przynosić zyski.
O ile można zrozumieć postawę Niemiec nieprzychylnych zwiększaniu znaczenia Polski, o tyle trudno zrozumieć polską opozycję, która wszystko krytykuje, także plany rozwoju energetyki jądrowej.
– Trudno byłoby to zrozumieć, gdyby nie było wiadomo,
że mamy do czynienia z opcją niemiecką w Polsce. Natomiast jeśli taką siłę stanowi opozycja, to nie ma nic dziwnego w tym, że wyraża poglądy Berlina i skrzętnie tę politykę realizuje. Oczywiście, w to wszystko wkomponowuje także swój własny interes – uważa,
że przyszłość Polski jest we współpracy z Niemcami
i Brukselą, a stawianie się Niemcom nie ma sensu, bo to nas doprowadzi do zguby. W związku z tym przedstawia te i inne argumenty. Tymczasem rzeczywistość, a zwłaszcza wojna za naszą wschodnią granicą, pokazała coś innego
i w tej sytuacji Platforma Obywatelska i inne wspierające ją formacje opozycyjne nie bardzo wiedzą, jak się z tego wywinąć – czy to intelektualnie, czy to moralnie. Stąd tkwią w martwym punkcie i mówią to, co myślą na ten temat Niemcy.
Swoją drogą, co Komisji Europejskiej – czytaj Berlinowi – do elektrowni jądrowej
w Polsce?
– Powody zawsze się znajdą, co pokazuje Leszek Miller, twierdząc, że przy wyborze Amerykanów nie było przetargu, tylko wybór inwestora jest bezprzetargowy,
że to łamie prawo europejskie, pojawiają się też inne takie tam pseudoargumenty. To tylko pokazuje, że jak nie ekologią, to prawem unijnym próbuje się nas smagać,
co więcej – robią to polscy politycy. Tylko że zaatakować inwestycję amerykańską komukolwiek – także Komisji Europejskiej – będzie bardzo trudno. To grubsza sprawa
i z pewnością nie będzie to takie proste, jak się komuś mogłoby wydawać.
Czy to jednak nie pokazuje, w czyich łaskach – delikatnie rzecz ujmując – są politycy, np. Leszek Miller, którzy reprezentują Polskę
w Parlamencie Europejskim?
– Dokładnie tak jest. Widać, że niezależność, samostanowienie i bezpieczeństwo energetyczne Polski mogą kogoś razić. Dlatego w kampanii przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi – co zresztą zapowiada prezes Jarosław Kaczyński, spotykając się z Polakami podczas objazdu kraju – Prawo i Sprawiedliwość będzie chciało pokazać, z kim tak naprawdę mamy do czynienia, że mamy do czynienia z opcją niemiecką w Polsce. Ten atak, jaki obserwujemy ze strony opozycji totalnej na inwestycję budowy przez amerykański koncern pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce, tylko to potwierdza.