• Środa, 15 kwietnia 2026

    imieniny: Anastazji, Wacławy

O co chodzi Niemcom?

Poniedziałek, 25 lipca 2022 (16:13)

Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem Instytutu Sobieskiego

Niemcy nie wywiązują się ze swoich obowiązków przekazania Polsce czołgów
w ramach dozbrojenia Ukrainy, które prowadzą kraje NATO. Ukraina otrzymała ponad 200 czołgów będących dotychczas na stanie polskiej armii, a Berlin w zamian za to proponuje nam 20 maszyn bardzo słabej jakości...

– To już nie pierwszy przypadek, gdy Niemcy utrudniają budowę systemu bezpieczeństwa Europy. Trybik, który tworzą, nie działa. Skandalem jest również to, w jaki sposób prowadzą politykę. Otóż nie do pomyślenia jest to, aby na oficjalnych spotkaniach składali jasne deklaracje, powtarzali je podczas dwustronnych rozmów, a potem
w zespołach roboczych już się z nich wycofywali. Śmieszny jest poziom ich zaangażowania w sprawę Ukrainy. Sama propozycja przekazania 5 tys. hełmów przeszła do historii
i będzie częścią wielu anegdot powtarzanych przez kolejne lata. A teraz pojawia się sprawa czołgów. Polska bardzo szybko potrafiła je przekazać. Inne kraje – Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone – poważnie podchodzą do swojego obowiązku zrekompensowania nam poniesionych strat. Berlin ma problem z przekazaniem nawet niewielkiej ilości czołgów. To nam odsłania także zupełnie ignorowaną dotychczas rzeczywistość.

Słabą kondycję niemieckiej armii?

– Myślę, że to świetnie pokazuje, co dzieje się u naszego sąsiada zza Odry. Wojna na Ukrainie pokazała, że król jest nagi. Pamiętajmy, że nic w przyrodzie nie ginie. Ktoś będzie musiał zająć to miejsce i stać się krajem, który będzie nadawał ton w polityce bezpieczeństwa Unii Europejskiej i którego armia stanie się trzonem całego systemu obrony. To otwiera wielką szansę przed polską armią. Taki też może być cel realizowanych przez wicepremiera Mariusza Błaszczaka programów modernizacyjnych polskiego wojska.

Berlin tę zwłokę tłumaczy brakiem wystarczającej ilości sprzętu. Może
to tylko wymówka?

– Nie sądzę. Eksperci od uzbrojenia i wojskowości od dawna alarmują, że armia niemiecka nie ma zdolności bojowych. To jest efekt m.in. tego, na co podczas swojej prezydentury zwracał uwagę Donald Trump – Niemcy nie wywiązywali się ze swojego obowiązku wynikającego
z członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim przeznaczania 2 proc. PKB na obronność. Drugim powodem były decyzje czysto wizerunkowe. Berlin chciał zerwać z opinią, która przylgnęła do nich po wywołaniu dwóch wojen światowych, i na stanowiska ministrów obrony narodowej desygnował kobiety. To miał być sygnał, że ich armia traci swój ofensywny charakter. Bazowanie na stereotypach: kobieta, jako osoba unikającej agresji, miało wywołać przekonanie, że Niemcy już nikomu nie zagrożą militarnie, bo budują armię czysto obronną. Panie podeszły do swojego zadania z pełną determinacją i odegrały znaczącą rolę w rozbrojeniu niemieckiej armii. Przypomnijmy, że w latach 2013-2019 ministrem obrony Niemiec była Ursula von der Layen – dzisiejsza szefowa Komisji Europejskiej. Zła wola z pewnością też się pojawia, ale Niemcom brakuje odwagi do jednego: przyznania na arenie międzynarodowej, że są bezbronni.

Niemcy od 24 lutego nie chcą uczestniczyć we wsparciu militarnym Ukrainy. Może
i niewywiązywanie się z umów z Polską
jest po to, aby zadowolić Putina?

– To fakt, że Niemcy sabotują proces przekazania broni. To właśnie dzięki ich kontrolowanemu przeciekowi na panewce spaliła sprawa wsparcia ukraińskich sił powietrznych byłymi sowieckimi maszynami. W takich czasach, jak wojna, politycy muszą szczególnie uważać, bo ich nieodpowiedzialne wypowiedzi mogą być bardzo niebezpieczne. Ukraina miała dostać samoloty po cichu,
a Niemcy nagłośniły tę sprawę. I to Berlin spalił ten projekt. Nie mam wątpliwości, że oni chcą wszelkimi możliwymi sposobami zachować dobre relacje z Rosją.
Ale równocześnie nie mam wątpliwości, że przez lata byli naiwni gospodarczo, a także rozbrajali się militarnie.  

Ale Polska ma na stanie niemieckie Leopardy.

– I wiele wskazuje na to, że rozpoczął się etap, gdy zaprzestajemy korzystania z tych maszyn. Kupujemy amerykańskie Abramsy, koreańskie czołgi K2, chcemy budować swój własny czołg. Kupujemy czołgi już zupełnie gdzie indziej. Źródło niemieckie stało się dla nas niewiarygodne. Sprawa żałosnych 20 czołgów pokazuje przezorność szefostwa Ministerstwa Obrony Narodowej. Korea Południowa staje się dla nas o wiele bardziej wiarygodna. Wolimy kupować od Amerykanów niż od najbliższych sąsiadów. To, co robi rząd Olafa Scholza,
to jest działanie przeciwko swojej własnej gospodarce. Kanclerzowi powinno zależeć na tym, żeby uzależnić nas od swoich czołgów. Oni powinni zaproponować nam
20 najnowocześniejszych czołgów pochodzących
z niemieckiej produkcji, żebyśmy chcieli kupować u nich następne. Pozyskanie tak dużego partnera, jak Wojsko Polskie, jest dużym sukcesem biznesowym. To wszystko przekonuje mnie do jednej tezy: niemiecki przemysł wojskowy umiera. Wydaje się więc, że siłą niemieckiej armii i zbrojeniówki jest PR. Problemem dla naszego bezpieczeństwa będzie to, gdy okaże się, że poziom kreowania wizerunku osiągnie poziom znany z Rosji.
Bo gdyby ich przemysł wojskowy był rozwinięty, to zrobiliby wszystko, aby trzonem naszej armii były najnowocześniejsze Leopardy. A tak polskie siły obronne wybierają Amerykanów i Koreańczyków.  

Wojsko Polskie może mieć do dyspozycji najsilniejsze siły lądowe w europejskiej części NATO?

– Nie trzeba mnie co do tego przekonywać. Obiektywne oceny możliwości obronnych państw europejskich wskazują, że nasza armia ma olbrzymi potencjał
i przy wytężonej pracy może uzyskać pozycję lidera na kontynencie. Dzisiaj jesteśmy trzecim państwem, które wspiera Ukrainę, i to daje nam pewnego rodzaju szansę. Możemy przetestować posiadany sprzęt w boju. I co więcej, sprzęt, który pochodzi z polskich zakładów zbrojeniowych przechodzi chrzest bojowy i zyskuje opinię niezawodnego. Wojna na Ukrainie sprawia, że do naszych inżynierów wracają ważne informacje technologiczne. Możemy się dalej rozwijać. Prowadzimy też mądrą politykę zakupową. Robimy kolejny krok rozwojowy. W dodatku potrafimy bardzo dobrze ocenić przydatność i możliwości danego sprzętu. Przypomnijmy sobie, co się działo, gdy prezydent Andrzej Duda i szef MON Mariusz Błaszczak zamknęli umowę na zakup dronów bojowych od Turków. Media nieustannie z tego kpiły. Po kilku miesiącach okazało się, że tureckie drony świetnie się sprawdzają
w warunkach bojowych. Znacznie wzmacniają one możliwości Ukraińców. To ucięło szyderstwa o polskich zakupach dronów. Ale nikt też nie przeprosił Andrzeja Dudy i Mariusza Błaszczaka za te wielomiesięczne oskarżenia
i szyderstwa. Warto przypomnieć, że środowiska lewicowe
i opozycyjne zainicjowały zbiórkę pieniędzy w internecie
na tureckiego drona dla Ukrainy. To pokazuje, jak polskie władze patrzą daleko w przyszłość. Jest to też dowód
na to, że trzeba naprawdę sporo wycierpieć, żeby finalnie okazało się, kto miał rację. Nie można bać się podejmować trudnych decyzji, także wbrew temu, co mówią opozycyjni eksperci.   

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk