• Środa, 15 kwietnia 2026

    imieniny: Anastazji, Wacławy

Polityka Londynu zasadniczo się nie zmieni

Piątek, 8 lipca 2022 (20:55)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Nie ustają komentarze po dymisji premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona. Pomijając kulisy i przyczyny tej decyzji, trzeba powiedzieć, że jest to jednak zamknięcie ważnego rozdziału, chyba nie tylko
w brytyjskiej polityce?

– W jakimś sensie oczywiście tak. Co by nie powiedzieć, Boris Johnson był postacią niezwykle barwną, był premierem prowadzącym Wielką Brytanię na arenie międzynarodowej w sposób zdecydowany, można powiedzieć, że nawet ofensywny. Zobaczymy teraz,
kto będzie jego następcą i to pytanie jest dzisiaj na ustach wszystkich. Jednak dymisja Borisa Johnsona wcale nie oznacza, że kierunek polityki szczególnie zagranicznej Wielkiej Brytanii ulegnie jakiejś diametralnej zmianie.
Tego raczej nie zakładam, zwłaszcza że następca Johnsona w fotelu premiera Wielkiej Brytanii będzie się wywodził
z tego samego ugrupowania. Tak czy inaczej wraz
z dymisją Johnsona domyka się pewien rozdział
w najnowszych pobrexitowych dziejach Wielkiej Brytanii.

Politycznie Johnson tonął już od jakiegoś czasu, są nawet tacy, którzy mówią,
że przegrał sam ze sobą?

– Swoją ekstrawagancją Boris Johnson zdobywał sympatię, ale z drugiej strony narobił sobie wielu wrogów, także jeśli chodzi o zachowanie w czasie pandemii, gdzie na jaw wyszły informacje, że podczas lockdownu i surowych restrykcji nałożonych na Brytyjczyków premier – jakby nigdy nic – bawił się ze swoim otoczeniem na Downing Street. Czarę goryczy dopełnił jednak skandal obyczajowy z udziałem jednego z jego ministrów. Natomiast Boris Johnson nie popełnił jakiegoś wielkiego błędu politycznego w sensie merytorycznym, a raczej błędy wizerunkowe, które go wykluczyły z funkcji szefa brytyjskiego rządu.

Jak będzie postrzegany premier Boris Johnson?

– W historii polityki świata anglosaskiego bywały momenty skandali, jak chociażby afera Watergate – najpoważniejszy kryzys konstytucyjny w historii Stanów Zjednoczonych, który doprowadził do ustąpienia urzędującego prezydenta Richarda Nixona i głębokich zmian w amerykańskiej administracji. Były też inne afery, np. z udziałem Billa Clintona, który jednak nie stracił stanowiska prezydenta. Widać więc, że nie każdego „bohatera” skandali jego moralnie naganne wyczyny politycznie zabijały.
W przypadku Borisa Johnsona bezpośrednią przyczyną wymuszenia dymisji był bunt zaplecza politycznego, które nie wytrzymało kolejnych skandali z jego udziałem. Myślę też, że szukano pretekstu, aby go obalić, ponieważ
w sondażach Partia Konserwatywna nie stoi najlepiej,
stąd trwają poszukiwania nowej twarzy, żeby znaleźć nowe odbicie sondażowe. Dlatego tak a nie inaczej skończyło się dla Borisa Johnsona – postaci niezwykle barwnej, ale z drugiej strony charakterologicznie mocnej osobowości.

Boris Johnson dokończył brexit, wyraźnie wspierał też Ukrainę…

– Proszę zwrócić uwagę, że Wielka Brytania realizuje
– w sferze międzynarodowej – tę samą politykę, co Stany Zjednoczone. I te dwie polityki się sklejają, mają tę samą wizję, spojrzenie. Natomiast Boris Johnson w swoich działaniach był bardzo jednoznaczny – niektórzy nawet mówią, że w ten sposób chciał uratować siebie, wizerunkowo się odbudować. Dlatego wspierał militarnie Ukrainę w wojnie z Rosją. Co więcej manifestował trójstronny format współpracy, nowy sojusz Londyn
– Warszawa – Kijów, co z punktu widzenia Warszawy
i Kijowa jest bardzo korzystne.     

Najbardziej z tej dymisji zadowolona jest Moskwa, a Dmitrij Miedwiediew nawet wyraził satysfakcję z ustąpienia Borisa Johnsona?

– Moskwa zawsze się cieszy, kiedy dochodzi do jakiegoś zawirowania politycznego u ich głównych przeciwników. Podobnie Kreml cieszyłby się, gdyby doszło do zmiany rządu w Warszawie, co w sposób oczywisty byłoby dla nich korzystne, bo taki ruch zawsze osłabia siłę polityczną,
siłę decyzyjną danego państwa. Stąd nie ulega wątpliwości, że na Kremlu, po dymisji Borisa Johnsona, może nie tyle mają powód do otwierania szampana,
ale z pewnością jest to powód, żeby wyrazić radość.

Niezbyt przychylnie o Borisie Johnsonie wypowiedział się także Donald Tusk, twierdząc, że bez żalu żegna się
z premierem skandalistą, który był postacią kontrowersyjną, a jego
jedynym dorobkiem – jak stwierdził Tusk – był udział w wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

– Donald Tusk zawsze wypowiada się adekwatnie do tego, co myśli Berlin. Nie jest to żaden poważny polityk, żeby brano pod uwagę jego opinię. Swoją drogą wiemy, jak
na wojnę na Ukrainie patrzy Berlin, że od początku wyraża stanowisko krytyczne, i władze w Niemczech wolałyby, gdyby ta wojna jak najszybciej się skończyła, i można było wrócić do dawnych interesów z Moskwą. Niemcy chcieliby tę wojnę domknąć i właściwie od samego początku liczyli, że Ukraina przegra, że wojna szybko się skończy i będą mieli święty spokój. Ponadto warto się zastanowić, kim jest wyrażający krytyczną opinię o Borisie Johnsonie Donald Tusk? Jest jedynie cichym echem tego, co myśli i robi Berlin. Tak było, kiedy był szefem polskiego rządu,
tak było, kiedy był przewodniczącym Rady Europejskiej
i protegowanym Angeli Merkel, i tak jest dzisiaj, kiedy wrócił do Polski i robi wszystko, żeby pozbawić Zjednoczoną Prawicę władzy i zaprowadzić rządy przychylne Berlinowi i Brukseli.   

Jakim premierem – z punktu widzenia Polski – był Boris Johnson i jak jego dymisja
i wybór następcy mogą wpłynąć na relacje
z Polską?

– Następca Borisa Johnsona będzie się wywodził z tej samej Partii Demokratycznej. Dlatego uważam, że nie powinno być jakiejś radykalnej zmiany polityki zagranicznej – polityki wobec Polski. Boris Johnson nie realizował własnej polityki, własnej wizji, ale realizował politykę swojego obozu politycznego, i oczywiście jasno zdefiniowane interesy brytyjskie. Brytyjczycy z założenia definiują jako zagrożenie układ Paryż – Berlin – Moskwa, więc dla nich jest to jasne. Możemy sięgnąć nawet
do wieku XVIII, a więc czasów napoleońskich, kiedy Brytyjczycy starali się tego typu rzeczy blokować.
Ta dzisiejsza polityka Londynu jest zatem pewną kontynuacją, zwłaszcza że wypchnięto ich z szeregów Unii Europejskiej. Było to działanie zamierzone i Brytyjczyków wypychano z tego układu, chcąc zbudować superpaństwo europejskie, na drodze którego stali m.in. Brytyjczycy. Dlatego nie wydaje mi się, żeby po dymisji Borisa Johnsona doszło do jakiejś rewolucji. Natomiast jest pytanie, czy znajdzie się następca – równie mocna charakterologicznie postać, i z jaką skutecznością będzie realizować polityczną linię. Jak zawsze w tego typu sytuacjach są znaki zapytania, kto to ostatecznie będzie.
W przestrzeni medialnej pojawiają się różne nazwiska posłów Partii Konserwatywnej, ale na razie trudno wskazać zdecydowanego faworyta. Czas pokaże.  

Wspomniał Pan Profesor o wypchnięciu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej,
do czego rękę przyłożył także Donald Tusk. Nic więc dziwnego, że dzisiaj krytykuje Borisa Johnsona?

– W mojej ocenie Donald Tusk nie był autorem niczego
w Unii Europejskiej. Natomiast był fasadą, wykonawcą prostych poleceń, głównie ówczesnej kanclerz Angeli Merkel. Za swoją postawę w okresie wychodzenia Wielkiej Brytanii i uzgadniania szczegółów umowy brexitowej był krytykowany i nielubiany przez Brytyjczyków. Jego gesty wobec Wielkiej Brytanii czynione na zamówienie Berlina wywoływały gniew, a czasami nawet pogardę ze strony Brytyjczyków, i to było głośne. Donald Tusk może mieć dzisiaj pretensję do Brytyjczyków, ale on patrzy
z partykularnego punktu widzenia, plus niemieckiego punktu widzenia. Natomiast interesy Polski są zgoła inne. W tej chwili interesy polskie i brytyjskie są zbieżne,
są sklejone, a Boris Johnson, prowadząc ostrą, zdecydowaną politykę wobec Rosji, szedł po tej linii,
po której szła Polska.

Czy sojusz na osi Londyn – Warszawa
– Kijów będzie trwać nadal, będzie się rozwijać?

– Ten sojusz między Londynem, Warszawą i Kijowem trwa, na razie w sensie wspólnej pomocy walczącym z rosyjskim okupantem wojskom ukraińskim. Nie sądzę, żeby w tej materii się coś zasadniczo zmieniło. Natomiast co będzie po, daj Boże, wygranej przez Ukrainę wojnie, jakie konstrukcje będą tworzone zagranicą, to wszystko to jest pieśń przyszłości. Przypomnę, że Londyn w Europie
– w dużej mierze – reprezentuje linię Stanów Zjednoczonych i jest pytanie: do jakiego stopnia Amerykanie zechcą zainwestować w projekt Trójmorza
nie tylko militarnie? Na tak postawione pytanie nie jestem w stanie dzisiaj odpowiedzieć. Natomiast na pewno taką wizję chciał – w jakiś sposób – realizować premier Boris Johnson, i to z naszego punktu widzenia było korzystne. Miejmy nadzieję, że będziemy mieli kontynuację tej linii.

             Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki