• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Nie tylko Katyń

Wtorek, 5 marca 2013 (02:04)

Po wywiezieniu polskich oficerów z Kozielska na śmierć w Katyniu w obozie pozostał jeden człowiek. Przeoczony.

Gdy enkawudowska machina śmierci pracująca w przerażającym tempie nad katyńskimi dołami od 3 kwietnia do 11 maja 1940 r. unicestwiła ponad 4,5 tys. Polaków i wreszcie się zatrzymała, okazało się, że plutonowy Ignacy Żurowski wpisany został omyłkowo na listę wywozową innego obozu dla polskich jeńców w Ostaszkowie.

Cóż było z nim robić? Kaci mieli swoich zwierzchników, ci zaś wyższych przełożonych. A w papierach wszystko musiało się zgadzać. Dla tego jedynego człowieka sporządzono więc – rzecz niewyobrażalna – osobną listę wywozową, chociaż można go było zamordować na miejscu i pochować na pobliskim cmentarzu, gdzie spoczywali zmarli w obozie oficerowie.

Tak właśnie działała sowiecka biurokracja. Dlatego trudno dziś dać wiarę rosyjskim pokrętnym tłumaczeniom, że tzw. lista białoruska zaginęła, że nie ma teczek osobowych rozstrzelanych Polaków, że nie wiadomo, gdzie zakopano szczątki tysięcy wymordowanych więźniów.

Wciąż pokutuje mit Rosji – krainy bezkresnej, Mickiewiczowskiej „pustej, otwartej i dzikiej równiny”, gdzie człowiekowi łatwo przepaść. Bolszewizm ziemie te poddał surowej pierestrojce: przywiązał każdego paszportem do miejsca zameldowania. Trudno było z tej sieci wymknąć się komukolwiek, a co dopiero więźniowi, za którym z jednego miejsca w następne, aż do egzekucji, szły jego papiery.

Jak Stalin dzielił Polaków

Przez prawie pół wieku od ujawnienia przez Niemców w 1943 r. dołów śmierci w Katyniu wiedza o losie Polaków wziętych do niewoli, aresztowanych i zamordowanych ograniczała się do informacji o egzekucjach polskich oficerów z Kozielska w Katyniu – dlatego właśnie kaźń polskich oficerów i cywilów historycy określają mianem „zbrodni katyńskiej”.

Termin ten rozszerza swoje znaczenie wraz z napływem nowych informacji i przyrostem wiedzy na temat rzeczywistych rozmiarów tragedii Polaków, którzy dostali się w sowieckie ręce po 17 września 1939 roku. I tak w 1992 r., po rozwiązaniu Związku Sowieckiego, rozpoczynający karierę prezydenta Rosji Borys Jelcyn przekazał Polsce kopię pisma szefa NKWD Ławrientija Berii z 5 marca 1940 r. z propozycją rozstrzelania polskich jeńców i więźniów oraz kopię postanowienia Biura Politycznego WKP(b) z tego samego dnia o wymordowaniu prawie 22 tys. Polaków, zaliczonych do dwóch kategorii: po pierwsze, jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, rozstrzelanych wiosną 1940 r. w Katyniu, Charkowie i Kalininie (dziś Twer), a po wtóre, więźniów – cywilów i wojskowych – przetrzymywanych w różnych miejscach przedwojennych Kresów Wschodnich, które wcielone zostały do sowieckich republik ukraińskiej i białoruskiej. Więźniowie ci ginęli wiosną i latem 1940 roku.

Zatem dopiero po 1992 r. poznaliśmy losy jeńców ze Starobielska i Ostaszkowa, a także około 7,5 tys. więźniów. Ich drogi wiodły różnymi etapami do miejsc straceń, tak samo jak drogi oficerów z Kozielska.

Pokonując niezliczone trudności, piętrzone przez postsowieckie służby, polskie misje badawcze – pozbawione wsparcia i ochrony swojego państwa – przeprowadziły w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku badania na znanym już z niemieckiej ekshumacji 1943 r. cmentarzysku w Katyniu, a także w ukraińskim Charkowie-Piatichatkach i w Miednoje na obszarze dzisiejszej Rosji.

Niejeden raz specjaliści musieli gołymi rękoma wyciągać szczątki z jam wypełnionych brunatną, cuchnącą cieczą. Potwierdzono, że enkawudziści grzebali w podmiejskim lesie Piatichatkach ciała zastrzelonych w Charkowie oficerów ze Starobielska, a w Miednoje – wymordowanych w Kalininie jeńców Ostaszkowa.

Z więzień kresowych na śmierć

Sprawdzono także Bykownię, miejsce domniemanego wówczas pochówku polskich więźniów, ujętych w marcowym postanowieniu jako druga kategoria skazanych. Przekazana Warszawie w 1994 r. przez służbę bezpieczeństwa wschodniego sąsiada tzw. ukraińska lista katyńska zawiera nazwiska prawie 3,5 tys. osób przetrzymywanych od jesieni 1939 r. w więzieniach na wcielonych do Ukraińskiej SRS południowych Kresach Wschodnich: we Lwowie, w Równem, Łucku, Tarnopolu, Stanisławowie, Drohobyczu…

Ludzi tych: urzędników, nauczycieli, prokuratorów, oficerów, działaczy społecznych i politycznych, wieziono do Kijowa, Charkowa oraz Chersonia, a potem mordowano. Gdzie? W Kijowie, Chersoniu, Charkowie, Odessie, Dniepropietrowsku, Nieżynie i pewnie w kilku innych, nieznanych jeszcze miejscach.

NKWD zakopywało zwłoki m.in. w Bykowni, gdzie spoczywa 100-120 tys. ofiar terroru bolszewickiego, w większości Ukraińców. Niepodobna było przekopać tamtejszy las, udało się jednak oszacować liczbę pochowanych tam Polaków na około 1700. Gdzie jeszcze leżą szczątki obywateli II Rzeczypospolitej z listy ukraińskiej? Odpowiedź spoczywa najprawdopodobniej w archiwach rosyjskich.

Polacy uwięzieni na obszarze Polski przyłączonym do sowieckiej Białorusi siedzieli za kratami w Wilejce, Pińsku, Brześciu, Baranowiczach na Kresach, a także w Mińsku. Od lat przypuszczano, że ich zwłoki enkawudziści wrzucali do dołów w Kuropatach – ogromnym cmentarzysku kryjącym 100-200 tys. ofiar terroru bolszewickiego – ponieważ w trzech zbiorowych mogiłach odkryto przedmioty pochodzące z Polski.

Grzebień z wydrapanym napisem: „Ciężkie chwile więźnia. Mińsk 25 IV 1940. Myśl o was doprowadza mnie do szaleństwa. 26 IV Rozpłakałem się. Ciężki dzień”, dowodzi, że pogrzebani tam Polacy przebywali w mińskim więzieniu, i to w czasie, gdy dokonywała się zbrodnia katyńska.

Ślady wiodły zawsze do grobów

Dokądkolwiek więc wiodły badaczy tropy zaginionych Polaków, zawsze na końcu stawali oni nad dołami śmierci i stosami przestrzelonych czaszek. I zawsze prowadziły ich tam szczegółowe dokumenty sowieckie.

Na ich dokładność zwracał uwagę sam gen. Władysław Anders, dowódca sformowanego w Sowietach polskiego wojska. To on jako pierwszy upomniał się u Stalina o blisko 15 tys. oficerów, których zabrakło w tworzonej przezeń od 1941 r. armii, i on jako pierwszy usłyszał, że oficerowie „uciekli do Mandżurii” lub przepadli w sowieckich bezkresach.

Na początku lat 50. zeszłego wieku, gdy supremacja militarna ZSRS nad USA stworzyła klimat korzystniejszy dla zbadania zbrodni katyńskiej, gen. Anders złożył swoją relację z poszukiwań przed powołaną w 1951 roku Komisją Izby Reprezentantów Kongresu USA pod kierunkiem kongresmana R.J. Maddena (tzw. Komisją Maddena).

Podkreślił, że niepokoiły go kłamstwa sowieckie, wiedział bowiem, „że bolszewicy sporządzali bardzo dokładne i długie listy wszystkich swoich więźniów”. To bardzo ważne zdanie.

Skoro więc ci Polacy, którzy zostali przez Sowietów aresztowani i których dalsze losy są znane, kończyli życie od strzału enkawudzistów w tył głowy, nieuniknione jest pytanie o dziesiątki tysięcy obywateli II Rzeczypospolitej, aresztowanych jeszcze przed końcem 1939 roku.

Pozostały świadectwa: relacje, listy, wspomnienia dowodzące, że przetrzymywano ich nie tylko na sowieckiej Ukrainie i Białorusi, ale też w Rosji. Znany historyk prof. Krzysztof Jasiewicz, który przeprowadził badania setek sowieckich oraz polskich dokumentów, przypomina, że decyzja z 5 marca 1940 r. dotyczyła tylko więźniów NKWD z przedwojennych Kresów Wschodnich.

Brakuje 100 tysięcy

Profesor Krzysztof Jasiewicz zwraca uwagę, że według polskich relacji, z największych kresowych więzień wyruszały co dwa, trzy tygodnie transporty po 1-2 tys. osób do więzień na sowieckiej Ukrainie oraz Białorusi, skąd Polaków przewożono dalej, i że aresztowanych z terenów nadgranicznych, podobnie jak ujętych podczas nielegalnego przekraczania granicy w kierunku Węgier lub Rumunii, często od razu kierowano grupami w głąb ZSRS.

Zestawiając tę wiedzę z faktem, że „więźniowie przetrzymywani i w więzieniach kresowych, i rozrzuconych po całym ZSRS, byli oskarżeni o identyczne kategorie ’przestępstw’” oraz że „i tu, i tam znajdowali się oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego, polscy policjanci, żandarmi, urzędnicy państwowi i samorządowi, działacze polityczni, sędziowie i prokuratorzy”, formułuje wniosek stawiający zbrodnię katyńską w szeregu wysoce prawdopodobnych kolejnych zbrodni tej samej kategorii: „Powyższe podobieństwa świadczą, że los wszystkich więźniów musiał zostać rozstrzygnięty według tego samego trybu i tych samych kryteriów” – twierdzi prof. Krzysztof Jasiewicz.

A kryteria te znane są doskonale z publikowanego w Polsce powszechnie wniosku szefa NKWD Ławrentija Berii skierowanego do Stalina 5 marca 1940 r.: „Biorąc pod uwagę, że wszyscy oni [więźniowie i jeńcy] są zatwardziałymi i nierokującymi poprawy wrogami władzy sowieckiej NKWD (…) uważa za niezbędne (…) rozpatrzyć [ich sprawy] w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania”.

Historyk zakłada wstępnie, że władze ZSRS, „rozwiązując problem polskich jeńców wojennych i więźniów z Kresów na mocy decyzji politbiura z 5 marca 1940 roku, musiały postąpić analogicznie z pozostałymi więźniami polskimi w głębi ZSRS”. Jasiewicz przypuszcza, że albo istnieje nieznana do tej pory decyzja kierownictwa WKP(b), identyczna jak ta z 5 marca 1940 r., lecz odnosząca się do wskazanych przez niego grup Polaków, albo zbrodnię na nich popełniono na mocy „rozszerzonej interpretacji decyzji z 5 marca”.

Ze szczegółowych wyliczeń prof. Jasiewicza wynika, że na obszarze sowieckim zaginęło na zawsze około 100 tys. obywateli II RP. A to oznacza, że w Rosji jest jeszcze kilkanaście Katyniów.

Tymczasem Moskwa gra z Warszawą w sprawie śledztwa katyńskiego znaczonymi kartami. Wciąż zdaje się powtarzać: „My wiemy, że po 17 września 1939 r. przepadły dziesiątki tysięcy Polaków; wy wiecie, że my to wiemy. Ale dowody są u nas. I czasem coś Warszawie damy – kiedy jest nam to na rękę”.

Elementy potrzebne do poskładania w całość katyńskiej tragedii mają Rosjanie. Tylko oni wiedzą, czy całość dokumentacji – poza jedną teczką z najważniejszymi aktami – została istotnie zniszczona, jak przekonują Rosjanie, powołując się na notatkę Szelepina z 1939 r., przekazaną Polsce w 1992 r. razem z decyzją katyńską. Wielu historyków obeznanych z rosyjskimi archiwami nie ma wątpliwości: zachowało się wiele, jeżeli nie wszystko.

Nie po to przecież sporządzano kilometry szczegółowych spisów, list przewozowych czy raportów, by później papiery te spalić. Dane o wrogach bolszewizmu miały przez dziesiątki lat i do dziś zachowują wielką wartość dla służb zainteresowanych Polską – niszczenie zgromadzonych informacji nie leżało nigdy w zwyczajach NKWD/KGB.

Powszechnie wiadomo zresztą, że archiwalia z okresu II wojny światowej w Europie przechowują wszyscy, przede wszystkim Amerykanie i Brytyjczycy, znaczną część z nich wciąż utajniając. Dlaczego Rosjanie mieliby się ich jako jedyni pozbywać?

Nie szukamy zatem igły w stogu siana, chociaż Moskwa usiłuje stworzyć takie wrażenie. Wszystko zostało spisane rzetelnie – po sowiecku.

Anna Zechenter, IPN Kraków