Dymisja z myślą o nowych wyzwaniach
Wtorek, 21 czerwca 2022 (18:48)Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego
Jak skomentuje Pan odejście z rządu wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego?
– Uważam, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego, zwłaszcza że Jarosław Kaczyński już jakiś czas temu oficjalnie zapowiedział taką decyzję. Zresztą pierwszy raz mówił o swoim odejściu z rządu znacznie wcześniej, ale pojawiła się napięta sytuacja na polsko-białoruskiej granicy, a co za tym idzie – rozpoczęcie budowy ogrodzenia – zapory. Z kolei w lutym br. Rosja napadła na Ukrainę, więc nie był to też odpowiedni moment na tego typu ruchy, szczególnie że jako wicepremier i szef Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych odpowiadał za ten jakże ważny obszar. Jarosław Kaczyński sygnalizował, że będzie chciał odejść z rządu po to, aby się jeszcze bardziej poświęcić sprawom wewnątrzpartyjnym, a dzisiaj ta zapowiedź staje się faktem. Obowiązki wicepremiera Kaczyńskiego przejmie osoba, która ma duże możliwości i doświadczenie w kwestiach obronności – Mariusz Błaszczak.
To właściwy moment na decyzję o odejściu z rządu – choć zapowiadaną?
– Za pasem są wakacje i jeśli odjąć okres letni, to do wyborów parlamentarnych pozostaje równo rok. Widzimy, że Prawo i Sprawiedliwość bardzo mocno ruszyło z kampanią wyborczą, z objazdem po kraju pod hasłem „Polska w sercu”. Jednocześnie podczas konwencji 4 czerwca Jarosław Kaczyński zapowiedział, że nastąpią zmiany wewnątrz partii, które mają zmobilizować struktury PiS, będzie też praca nad elektoratem i razem z nim, powołani zostaną też pełnomocnicy w województwach, ale w rozbiciu na okręgi senackie. Jeśli zatem w przypadku wyborów do Senatu RP mamy sto okręgów, to zostanie powołanych dokładnie tyle samo pełnomocników, którzy zajmą się trudną, ciężką pracą: po pierwsze, nad wzmocnieniem struktur wewnątrzpartyjnych, a po drugie, skupią się na pracy z elektoratem na mniejszym terenie niż województwo. Sądzę, że prezes Kaczyński konsekwentnie realizuje te plany – wkrótce, jeśli nie w najbliższych godzinach, możemy się spodziewać powołania wspomnianych pełnomocników, co będzie kolejnym, ważnym sygnałem dla opinii publicznej, że to odejście z rządu miało konkretny cel, a działania zmierzają w odpowiednim kierunku.
Opozycja totalna – jak to ma w zwyczaju – zawsze krytykuje prezesa Kaczyńskiego. Tak było, kiedy wchodził do rządu, i podobnie jest dzisiaj, kiedy z niego wychodzi…
– Opozycja totalna ma problem z samą sobą, bo czego by nie zrobił rząd czy prezes Kaczyński, to zawsze będzie krytykowany, atakowany. Jeśli nie ma o czym mówić, jeśli się nie ma nic pozytywnego do przekazania Polakom, to krytykuje się: dlaczego prezes Kaczyński zdecydował się odejść 21, a nie – dajmy na to – 27 czerwca. Przekaz jest zatem taki, jaką mamy opozycję. Poziom tych elit z ambicjami rządzenia Polską najlepiej pokazuje wypowiedź jednej z liderek Platformy Izabeli Leszczyny, która w odpowiedzi na pytanie dziennikarza: kiedy jej formacja przedstawi program, odpowiedziała: po wyborach, jak będziemy rządzić. Tak czy inaczej, wygląda na to, że przed nami gorące lato – i tu chodzi nie tylko o temperaturę powietrza, lecz także o kryzys gospodarczy czy polityczny. Sytuacja – jak widać – jest dynamiczna i szczerze mówiąc, dawno nie było widać takiego ruchu na rok przed wyborami, co świadczy o tym, że stawka jest wysoka. Wszyscy – zwłaszcza w opozycji – to czują i z zapleczem ruszają w teren, zdając sobie sprawę, że trzecia kadencja rządów Zjednoczonej Prawicy jest w zasięgu ręki.
Może być też sytuacja, że PiS wygra wybory, ale nie będzie rządziło.
– Owszem, jest to możliwe. Wiemy, że nie będzie zmian w ordynacji wyborczej, że nie będzie żadnych nowych map wyborczych. Widać, że wszyscy, a szczególnie partia rządząca, doszli do wniosku, że trzeba zacząć pracę w terenie i skupić się na spotkaniach z wyborcami, co może zaowocować w przyszłym roku.
A co w tej sytuacji ma do zaproponowania Polakom opozycja?
– Poza złośliwościami charakterystycznymi dla totalnej opozycji to właściwie nie ma nic nowego w zanadrzu. Donald Tusk, który miał być przysłowiowym białym koniem, nie spełnił pokładanych w nim nadziei i opozycja jest w kropce. Owszem, mniejsze formacje, jak partia Razem, próbują pokazywać jakieś swoje pomysły, ale kompleksowego spojrzenia na Polskę – w różnych aspektach, a nie tylko wybiórczo, jak Polska 2050 Szymona Hołowni, która chce zawojować scenę polityczną hasłem „Zielona demokracja” – nie ma. Mam na myśli rzeczowe, realne programy, które ustawią daną formację i będą ją prowadziły do startu w wyborach. Za sprawą PiS rok wyborczy już się rozpoczął, co nie oznacza, że będą przyspieszone wybory, ale to pokazuje, jak wielka może być dynamika i jak ważny w ostatecznym rozrachunku może okazać się każdy głos. Powołanie pełnomocników we wspomnianych stu okręgach wyborczych pokazuje, że nie ma głosów nieważnych, nieistotnych, ale każdy głos się liczy i każdy może zdecydować o tym, że PiS realnie wygra przyszłoroczne wybory po to, żeby mogło realizować swój program w trzeciej z rzędu kadencji parlamentu.
PiS będzie jednak trudno zdobyć samodzielny mandat, ale co ciekawe – opozycja rozczłonkowana również może mieć kłopot ze zjednoczeniem.
– Na pewno nie ma co oczekiwać, że PiS przekona twardy elektorat Platformy czy – dajmy na to – Polski 2050. Jednak, co pokazują sondaże, 12-15 proc. stanowią niezdecydowani wyborcy, którzy nie wiedzą, czy i na kogo będą głosować. I ta grupa może zdecydować – wybrać koalicję, która będzie rządzić Polską. I o tę część elektoratu będzie się toczył bój. O ile Platforma walczy dzisiaj o to, żeby była jedna wspólna lista i Donald Tusk zastanawia się, jak skonsumować Hołownię, o tyle PiS i prezes Kaczyński walczą dzisiaj realnie o trzecią kadencję. Sądzę też, że elektoratem, o który PiS będzie szczególnie zabiegać, będą niezdecydowani wyborcy, rozczarowani i do nich trzeba dotrzeć z przekazem, a to oznacza, że trzeba być bardzo blisko tych ludzi. Zatem Polska powiatowa, Polska gminna powinna być głównym celem działań polityków PiS.
Pozostaje jeszcze elektorat Konfederacji.
– Konfederację zostawmy konfederatom. Natomiast elektorat Konfederacji jest też wieloczłonowy i pytanie, na ile z tej – nazwijmy to – różnorodności pozostanie wierny tej formacji do końca. Przypomnijmy, że bardzo długo Konfederacja płynęła na bardzo przyzwoitym poziomie, ale nieprzemyślane działania, jeśli chodzi o pandemię, czy postawa dotycząca wojny na Ukrainie – to wszystko spowodowało, że formacja traciła poparcie, i to na własne życzenie. Nie ma też co ukrywać, że procenty, które straciła Konfederacja, przydałyby się PiS.
Wspomniał Pan wcześniej, że Jarosława Kaczyńskiego w rządzie zastąpi na stanowisku wicepremiera i szefa Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych Mariusz Błaszczak, a to oznacza, że rola tego polityka znacząco wzrośnie.
– Dokładnie. To pokazuje, że powoli rośnie lider, który – w mojej ocenie – może być realnym kandydatem PiS na najwyższy urząd w państwie w przyszłych wyborach. Tak to odczytuję, ale jest to moja skromna ocena rzeczywistości, która przed nami. Mariusz Błaszczak przeszedł ogromną ewolucję w parlamencie i w rządzie, począwszy od szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w latach 2005-2007, dalej ministra-członka Rady Ministrów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego w roku 2007, przez urząd ministra spraw wewnętrznych i administracji w rządzie premier Beaty Szydło po ministra obrony obecnie. Ta dzisiejsza nominacja, ten awans pokazuje, że zrobił on duży skok w politycznym rozwoju. Co więcej – nawet opozycja w swej totalności czy zapalczywości nie ma za bardzo argumentów, żeby mu coś zarzucić.
Wojsko może być pewną trampoliną, zważywszy że sytuacja geopolityczna jest bardzo niebezpieczna i trzeba dużo wysiłku, żeby to wszystko pospinać i zapewnić Polsce bezpieczeństwo.
– Minister Mariusz Błaszczak bardzo sprawnie porusza się również po gruncie NATO-wskim podczas kolejnych szczytów Sojuszu Północnoatlantyckiego. Do tego – jak widać – dobrze układa się jego współpraca z prezydentem – zwierzchnikiem sił zbrojnych. A zatem całkiem dobrze to wygląda. Objęcie stanowiska wicepremiera jest mozolnym, ale bardzo konsekwentnym budowaniem jego pozycji.
Przed nami szczyt NATO w Madrycie, czego możemy się po nim spodziewać? Czy rzeczywiście wróg u bram NATO, czyli Rosja zostanie właściwie nazwana, czy może zwycięży poprawność polityczna i będziemy mieli dalej owijanie w bawełnę?
– Niestety, problem z określeniem, kim jest Rosja w tym konflikcie, z nazwaniem rzeczy po imieniu, ma kilku członków NATO, a zarazem członków Unii Europejskiej. Mam na myśli Niemcy czy Francję. I o ile prezydent Joe Biden potrafił nazwać rzeczy po imieniu i określił Władimira Putina zbrodniarzem, podobnie problemu ze zdiagnozowaniem sytuacji nie mają władze Kanady, Polski, Wielkiej Brytanii, o tyle Niemcy i Francuzi, niestety, do tego wciąż nie dojrzeli. Może się to zatem skończyć tym, że ciągle będziemy mieli próbę uciekania od nazwania rzeczy po imieniu, bo w tle wciąż są interesy z Moskwą, do których Berlin, czy też Paryż chętnie by jak najprędzej powrócił. Dyskusja cały czas trwa na gruncie unijnym, ale cel tego jest jeden: zamknąć ten konflikt oraz dyskusję o jakiejkolwiek obecności Ukrainy w NATO, a wszystko po to, żeby nie drażnić Putina.
Czy jest możliwość zwiększenia obecności wojsk sojuszniczych, a szczególnie wojsk amerykańskich, na wschodniej flance NATO, w tym w Polsce?
– Wydaje się, że temat ten jest wciąż otwarty. Natomiast na najbliższym szczycie w Madrycie na pewno czeka nas dyskusja na temat członkostwa i przyjęcia w szeregi NATO Szwecji i Finlandii. Można zatem powiedzieć, że szczyt w Madrycie będzie szczytem kandydackim, gdzie najprawdopodobniej będzie formalne zaproszenie, a co za tym idzie – decyzja o powiększeniu Sojuszu o te dwa skandynawskie państwa może być rekordowo szybka. Zwłaszcza że Szwecja i Finlandia cały czas współpracowały blisko z NATO.