Trzeba nam więcej pokory
Sobota, 11 czerwca 2022 (17:20)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Dramat inflacyjny, który dotyka cały świat zatacza coraz szersze kręgi. Skąd się wzięła ta galopująca inflacja?
– Patrząc z perspektywy, trzeba powiedzieć, że w Polsce bardzo długo mówiliśmy nie o inflacji, ale o deflacji, czyli procesie spadku cen dóbr i usług w gospodarce, a oprocentowania depozytów bankowych były wręcz ujemne.
Ale to było przed covidem…
– Tak, ale wtedy również zadawano pytania, dlaczego w Polsce mamy taką sytuację. Na gruncie prawa banki to byty, które rządzą się swoimi prawami, i tak naprawdę nikt – ani premier, ani prezes NBP, nie ma na nie wpływu, a jedynym symbolicznym ich działaniem może być, co najwyżej prośba, apel czy nakłanianie. Przyszedł najpierw nieszczęsny rok 2020 i koronawirus – pandemia, która objęła cały świat. To był czas dramatyczny, kiedy świat stanął i trzeba o tym przypominać, bo pamięć ludzka jest krótka. Lockdowny sprawiły, że pracowaliśmy zdalnie, dzieci uczyły się zdalnie i robiliśmy wszystko, żeby przeżyć i nie doprowadzić do likwidacji miejsc pracy. I tu dochodzimy do tego, co to jest inflacja, że jest to pusty pieniądz, który nie ma wartości. Podczas pandemii produkcja była mocno ograniczona, ale dostawaliśmy pieniądze na chleb, żeby przeżyć i przetrwać ten trudny czas. Dla firm rząd przygotował tarcze antykryzysowe, firmy otrzymały zwolnienia podatkowe, ulgi, odroczenia płatności, bezzwrotne pożyczki itd. Tej pomocy nazbierało się na niebagatelną kwotę ponad 200 mld zł. Nasza mobilność spadła niemal do zera, nie było lotów zagranicznych, bo wszystko było ograniczone rygorem covidowym, turystyka, transport także międzynarodowy – te dziedziny zamarły; zostały też przerwane łańcuchy dostaw. I żeby podtrzymać gospodarkę, trzeba było uruchomić kroplówkę finansową – wspomniane tarcze antykryzysowe.
Tarcze antycovidowe to główny czynnik inflacyjny?
– Może nie były głównymi ani jedynymi, ale to jeden z czynników naszej inflacji. Kiedy skończył się covid, kiedy firmy wróciły na dawne tory, to jakoś nikt nie kwapi się do zwrotu pożyczek, pomocy publicznej – jakoś tego nie widać. Zatem pieniądze te są wciąż na rynku. Co więcej, ludzie wrócili do życia sprzed covidu i pieniądze, które do tej pory mieli w domach czy na kontach bankowych, których w czasie lockdownów nie mieli gdzie wydawać, poza najpilniejszymi potrzebami, zaczęli wydawać. Z kont bankowych w czasie covidu Polacy wybrali ok. 80-90 mld zł, które gdzieś trzeba było upłynnić. Symptomy tego zjawiska widać było po rosnących cenach nieruchomości, bo oto nagle się okazało, że wszyscy zaczęli kupować mieszkania, a co za tym idzie zapotrzebowanie na budowę domów, materiałów budowlanych także wzrosło. Nic dziwnego, bo skoro oprocentowanie depozytów bankowych było niemal zerowe, to nie ma się co dziwić, że ludzie zaczęli inwestować swoje oszczędności na rynku nieruchomości.
Jesienią 2021 roku zaczęły się pojawiać symptomy kryzysu energetycznego. To też był szok.
– Proszę pamiętać, że kryzysy nie biorą się znikąd i nie powstają jednego dnia, ale zawsze mają swoje przyczyny, swoich ojców. Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej stała się napięta, mieliśmy falę imigrantów ekonomicznych z Afryki i Bliskiego Wschodu, których Putin i Łukaszenka próbował siłą przemycić do Polski i Unii Europejskiej, chcąc zdestabilizować sytuację. Do tego doszły manewry wojsk rosyjsko-białoruskich tuż za naszą granicą. To wszystko miało jeden wspólny mianownik: był to element wojny hybrydowej. To, z czym mieliśmy do czynienia przy granicy polsko-białoruskiej, i szarpnięcie na rynku gazowym, co było powiązane z projektem Nord Stream 2, który na szczęście nie zafunkcjonował, to był plan, który miał uderzyć w nas, w Europę. Putin doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w co gra, a projekt rosyjsko-niemieckiego narzucenia uzależnienia energetycznego (gazowego) Europie był bardzo bliski, niemal na wyciągnięcie ręki. Mówiąc o tym, chcę pokazać całą złożoność sytuacji, związków przyczynowo-skutkowych i uświadomić, że inflacja nie powstaje jednego dnia, bez przyczyny. Oczywiście zawsze lepiej mieć niską inflację, wysoki produkt krajowy brutto i niskie bezrobocie, ale to jest ideał trudny do osiągnięcia.
Jeśli się przyjrzeć danym to w Europie mamy sytuację, że albo jest wysoka inflacja i w miarę niskie bezrobocie, albo wysokie bezrobocie z niską inflacją, a PKB na poziomie zerowym. Polska pod tym względem jest w dość dobrej sytuacji?
– Polska w Europie jest jednym z nielicznych państw, które jeśli chodzi o PKB –można rzec – odbiło się od dna gospodarczego i wróciliśmy do poziomu sprzed covidu. Nam spośród wszystkich państw, które na własną rękę próbowały ten problem rozwikłać, się w miarę udało. Swoją drogą nie było mądrych państw, które od początku wiedziały, jak podejść do covidu i kryzysu. Do dzisiaj wiele krajów i gospodarek nie może się podnieść po covidzie, a ich PKB jest albo na poziomie zerowym, albo wręcz minusowym. Spróbujmy sobie też odpowiedzieć, co byłoby, gdyby bezrobocie w Polsce nie było na poziomie 5 proc., a dajmy na to na poziomie 25 proc., PKB na poziomie zerowym, mimo że inflacja byłaby niska na poziomie 5 proc. Wtedy dyskusja byłaby nie o tym, że mamy wysoką inflację, ale że jest wysokie bezrobocie, że się nie rozwijamy, bo PKB jest zerowy. Czegokolwiek rząd nie zrobiłby w tym okresie, to zawsze byłyby konsekwencje.
Opozycja totalna patrzy inaczej i mówi, że żyjemy tu i teraz, a teraz jest inflacja na poziomie 14 proc. i jest to wina rządzących.
– Owszem takie są dzisiaj fakty, ale właśnie dlatego wspomniałem o przyczynach i o tym, że nie można tej sytuacji rozważać tylko na bazie dnia dzisiejszego, ale trzeba spojrzeć wstecz do roku 2020 i 2021. Nie da się wygumkować kryzysu energetycznego i jego przyczyn oraz sytuacji związanej z napaścią rosyjską i wojną na Ukrainie. To są wszystko rzeczy, które mają realny wpływ nie tylko na Polskę, ale też na każde państwo, a te zjawiska dotyczą całego świata. W Niemczech czy Stanach Zjednoczonych takiej inflacji nie widziano od 40 lat. Jest to zatem zjawisko światowe wywołanie przez covid, a także przez Putina. Totalna opozycja zatem nie ma racji.
Czy i jaki wpływ na inflację miał – o czym się nie pamięta – fakt, że w krótkim czasie Polska przyjęła blisko 4 mln uchodźców wojennych z Ukrainy?
– To oczywiście ogólna liczba uchodźców, którzy przekroczyli polską granicę od początku wojny, z których ogromna rzesza znalazła schronienie w naszym kraju. Polska, a nie Unia Europejska – co trzeba podkreślić – udzieliła i wciąż udziela materialnej pomocy Ukraińcom m.in. na gruncie medycznym, edukacyjnym i bytowym. Przy czym w 2021 roku, kiedy uchwalany był budżet naszego państwa na rok 2022, nie brano pod uwagę, że wybuchnie wojna, że miliony Ukraińców będą potrzebowały realnie – tu i teraz – pomocy na terenie Polski. Nikt – resort oświaty, samorządy – też nie zakładał, że ogrom ukraińskich dzieci trzeba będzie włączyć do polskiego systemu edukacyjnego. Nikt też nie zakładał, że będą potrzebne działania humanitarne, militarne, co wiąże się z ogromnymi kosztami. Zatem w konsekwencji tej wojny Polska musiała, nie mając do dzisiaj żadnej pomocy ze strony Unii Europejskiej, bazować na własnym budżecie zaplanowanym na rok 2022. Pracując nad budżetem na bieżący rok, owszem planowaliśmy założenia inflacji i innych działań, ale nie zakładaliśmy wojny i tego wszystkiego, o czym powiedziałem. Żaden geniusz ekonomii, żaden polityk na świecie nie był w stanie tego wszystkiego przewidzieć i nie przewidział. Jeśli zatem spojrzeć na ten problem jako na całość, to nie dziwmy się, że mamy dzisiaj inflację, że mamy kryzys energetyczny, bo jednego dnia nie da się tego załatwić.
Podobnie jak jednego dnia nikt nie jest w stanie uzupełnić braków związanych z zamknięciem importu węgla?
– Dokładnie. Przypomnę tylko, że przez 30 lat do Polski z Rosji sprowadzaliśmy średnio ok. 60 proc. krajowego zapotrzebowania. Oczywiście braki, jakie dzisiaj powstały, nadrobimy, ale to musi potrwać. Proszę zwrócić uwagę, że Polska jest dzisiaj jednym wielkim skrzyżowaniem – hubem, skąd przerzucane są towary, skąd płynie cała pomoc humanitarna i militarna dla Ukrainy, migracja ludzi, do tego przez Polskę drogą kolejową ma być przerzucane do głodujących krajów Afryki ukraińskie zboże. Może się zatem zdarzyć sytuacja, że kiedy do Polski drogą morską nadejdą transporty węgla, to możemy mieć problem, żeby ten węgiel rozwieźć po kraju. To wszystko pokazuje sytuację, z jaką możemy mieć do czynienia jesienią i zimą, ale nie dlatego, że ktoś z rządzących miał małą wyobraźnię, ale dlatego, że sytuacja na świecie także w obszarze węgla jest dynamiczna. Podobnie dynamiczna była sytuacja na początku pandemii koronawirusa, gdzie gorączkowo wszyscy szukali, gdzie kupić maseczki, środki dezynfekcyjne itd. Dziś na światowych rynkach trwa wyścig za węglem, gazem i ropą, ale jest to pewna suma zdarzeń i przerzuca się na to, czym jest inflacja. I dopiero jeśli spojrzymy na to całościowo, to możemy odpowiedzialnie powiedzieć, jak wygląda sytuacja.
Dlaczego tego typu rozmów, debat nie ma na gruncie polskiego parlamentu?
– Dobre pytanie. Polacy, którzy przy niedzielnym stole poruszają te tematy i mówią, że jest kryzys, mają oczywiście rację, bo inflacja jest faktem. Natomiast politycy opozycji, którzy wychodzą na sejmową mównicę i zarzucają rządowi, że doprowadził do kryzysu, do inflacji itd., są nieodpowiedzialni, a ich zachowanie można przyrównać do dzieci w przedszkolu, bo niczym nie przypominają tych, którzy mają dbać o interes państwa polskiego. Sytuacja jest bardziej poważna, niż nam się zdaje, sytuacja jest do tego dynamiczna i nikt odpowiedzialny z polityków, ekonomistów, ekspertów nie jest w stanie powiedzieć, co jeszcze może się wydarzyć. Ostatnie lata pokazały, że wszyscy, czy to na gruncie unijnym, czy w Polsce – wszyscy mieliśmy dobre samopoczucie, żyliśmy w swoistym tryumfalizmie z niekończącym się pasmem sukcesów. Tymczasem życie pokazuje, że potrzeba nam więcej pokory, bo wystarczyło kilka sytuacji, których do końca nikt nie był w stanie przewidzieć, i cały świat runął gospodarczo, politycznie oraz finansowo. Co więcej, ta lawina zdarzeń i konsekwencji dalej się toczy. W strefie euro są takie państwa, jak Litwa, Łotwa czy Estonia, które mają dzisiaj inflację na poziomie 20 proc. Obywatele tych państw mieli problemy bytowe, kiedy inflacja była niska, dlatego płakali, że euro ich dobija. Dzisiaj kiedy inflacja jest dużo wyższa, to Litwini, Łotysze, Estończycy mają dużo pustego pieniądza bez wartości, a jednocześnie mają kłopot z przetrwaniem, zwłaszcza że są to kraje mocno uzależnione energetycznie od Rosji. Zatem odpowiedzialność polityka powinna pokazywać szerszy kontekst i różne rozwiązania. Politycy powinni się wykazać większą odpowiedzialnością, a my, obywatele, większym zrozumieniem sytuacji i świadomością tego, że działania nie są zerojedynkowe.
Dzisiaj w Polsce mamy falę obniżek podatków, a mimo to inflacja wciąż rośnie?
– Proszę sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby nie było tarcz antyinflacyjnych, gdyby nie ustabilizowano cen paliw na stacjach benzynowych, to dzisiaj cena paliw przekroczyłaby barierę 10 zł. Zatem trochę więcej zrozumienia dla tej trudnej sytuacji i więcej świadomości.