Unia Europejska wciąż brnie w ideologiczne odmęty
Środa, 4 maja 2022 (15:58)Z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Dziś dobiega końca czterodniowa sesja Parlamentu Europejskiego poświęcona głównie trwającej wojnie na Ukrainie. Zanim jednak zapytam Pana o nowy, szósty pakiet sankcji, to chciałbym porozmawiać o debacie o Polsce, która odbyła się w dniu naszego narodowego święta – w 231. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. Dlaczego wybrano akuratnie tę datę?
– To przedziwny zbieg wydarzeń, bo przecież taka debata – jeśli już – mogła się odbyć w każdym innym terminie, a nie w rocznicę jakże ważnego wydarzenia w historii Polski. Widać jednak, że Pan Bóg czasem pozbawia ludzi rozumu. Uważam, że to był dopust Boży, i żeby się wygłupić, przeciwnicy Polski znaleźli okazję właśnie w narodowe święto Konstytucji 3 Maja. Frekwencja na sali plenarnej była niska, co więcej, nikt z biorących udział w debacie opozycyjnych europosłów z Polski nie zabierał głosu. Do dyskusji wysunięto europosłów z innych państw, natomiast polscy europosłowie nisko trzymali głowy i nie bardzo wiedzieli, co zrobić z oczami. Najprawdopodobniej nadszedł już ten moment, kiedy nawet oni są zawstydzeni i zażenowani tym ciągłym grillowaniem Polski. Ta debata miała – w porównaniu z poprzednimi – dość spokojny przebieg i wydaje się, że dzisiaj mamy już inny poziom agresji, niż miało to miejsce wcześniej, co nie zmienia faktu, że ta agresja wciąż występuje. Tak czy inaczej kolejna ideologiczna debata przeciwko Polsce i Węgrom się odbyła i wygląda, że dzisiaj większym przeciwnikiem Unii Europejskiej, jaki wyłania się z tej dyskusji, nie jest putinowska Rosja, ale są nim Polska i Węgry.
Co ciekawe, ta debata przeciwko Polsce odbywała się w momencie, kiedy to Polska spośród wszystkich państw Unii jest najbardziej zaangażowana w pomoc Ukrainie – w jakimś sensie wyręczając Unię. Skąd zatem te ataki?
– Eurokraci stoją na stanowisku, że tych dwóch rzeczy, a więc tzw. praworządności i naszego zaangażowania w pomoc Ukrainie, szlachetnej postawy Polski i Polaków nie należy łączyć. Oczywiście jest to kłamstwo, bo taki czy inny system prawny, jaki występuje w danym kraju, to jest suwerenna sprawa każdego z państw członkowskich. Dlatego trzeba dzisiaj mówić głośno, że to Europejska Partia Ludowa – największa formacja w Parlamencie Europejskim, i jej przewodniczący Donald Tusk oraz liderzy polskiej opozycji w europarlamencie – można rzec – szantażują Komisję Europejską odwołaniem Ursuli von der Leyen ze stanowiska, jeśli nie zostaną nałożone sankcje na Polskę i Węgry. Tymczasem urzędnicy unijni mówią wyraźnie, że mimo wszczętej już wobec Węgier procedury w ramach mechanizmu warunkowości bardzo ciężko będzie ukarać Budapeszt, który w tej chwili składa wyjaśnienia. Natomiast w przypadku Polski, choć takiej procedury jeszcze nie wszczęto, to wciąż zatrzymane są należne nam pieniądze z „Krajowego planu odbudowy”, które moglibyśmy wykorzystywać na wzmocnienie potencjału naszego państwa, a co za tym idzie – jako kraj – stalibyśmy się silniejsi wobec agresji Putina i mogli jeszcze w większym zakresie wspierać uchodźców wojennych z Ukrainy. Na razie – mimo braku unijnych środków, a przypomnę, że Polska nie otrzymała też ani jednego euro na wsparcie kryzysu uchodźczego – radzimy sobie sami, ale rachunki z całą pewnością wystawimy.
Z czego wynika brak wsparcia dla Polski ze strony Unii Europejskiej?
– To, że Unia nie przysyła Polsce pieniędzy, to jest problem polityczny, dyktowany potrzebami totalnej opozycji, która znalazła się w ślepym zaułku. Gdyby nie ta sprawa, to opozycja nie miałaby żadnego paliwa, bo rząd Zjednoczonej Prawicy prowadzi mądrą, skuteczną politykę gospodarczą. Jako państwo mamy poparcie całego świata za to, co robimy na rzecz Ukrainy. Przypomnę tylko, że przewodnicząca Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych Nancy Pelosi, goszcząc ostatnio w Polsce, podziękowała naszemu rządowi za efektywne działanie na rzecz państwa ukraińskiego. Zwróciłbym też uwagę na słowa byłej ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce Georgette Mosbacher, która mówiła niedawno, że atak na Polskę był przygotowany przez Moskwę, przez ludzi Putina, w Parlamencie Europejskim, i to się wszystko potwierdza. Myślę też, że można oczekiwać dalszego ciągu tej sprawy – informacji, jak ten atak był przygotowywany w Brukseli przez ludzi Putina. Być może Amerykanie mają w tej sprawie dokumenty, bo wypowiedzi zarówno Georgette Mosbacher oraz Nancy Pelosi bardzo jednoznacznie wskazują, że Polska stała się obiektem ataków ze strony Moskwy, więc dowody na tego typu stwierdzania też muszą być przekonujące. Tak czy inaczej lewica i liberałowie europejscy wykorzystują ten atak na Polskę jako temat zastępczy, aby odwrócić uwagę od krytycznego momentu, w jakim znalazła się Unia Europejska. Mam na myśli kryzys ekonomiczny, kryzys strefy euro, kryzys energetyczny, co pokazuje, że Unia jest w dużej mierze uzależniona od Rosji. W tej sytuacji trzeba było znaleźć temat zastępczy, który sprawi, że na pierwszym miejscu debaty w Parlamencie Europejskim będzie Polska, a nie kwestia słabości funkcjonowania Unii Europejskiej.
Debatuje się o Polsce, wstrzymuje się nam wypłatę unijnych środków, a przemilcza się np. fakt blokady przez Niemcy i Francję dostaw broni Ukrainie, co więcej, dostarczania Rosji broni przez te państwa pomimo embarga?
– To tylko pokazuje, jak działa, jak funkcjonuje Unia Europejska. Przypomnę tylko, że byłemu premierowi Bułgarii Bojko Borisowowi postawiono zarzuty korupcyjne, a mimo to kilka dni później Komisja Europejska zaakceptowała bułgarski plan odbudowy. Jak widać, dla swoich pieniądze są, ale dla przeciwników politycznych – jak Polska – środków nie ma. Podobnie rzecz ma się w przypadku Emmanuela Macrona i Francji, która sprzedając broń, de facto kolaboruje z Rosją, ale wtedy nic złego się nie dzieje. Również jeśli Niemcy wstrzymują pomoc dla walczącej Ukrainy, to jest to przemilczane i zamiatane pod dywan. Natomiast Polska jest atakowana za rzekomy brak praworządności – z powodu rzekomej krzywdy trzech sędziów, którzy „zasłynęli” tym, że albo wydawali wyroki na telefon, albo swoimi wyrokami doprowadzali do upadłości firm. To pokazuje obłudę i blamaż Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej. Komisja Europejska się coraz bardziej kompromituje, ale najbardziej kompromituje się europarlament, który niemal na każdym posiedzeniu domaga się jak najszybszych sankcji dla Polski i dla Węgier, ale nie dla Rosji Putina.
Jak skomentowałby Pan słowa publicystów niemieckich, którzy mówią wprost, żeby nie nazywać Putina ludobójcą, ponieważ niedługo i tak trzeba będzie powrócić do współpracy z Rosją?
– To jest nic innego, jak przygotowanie do nowego dealu gospodarczego z Rosją. Niemcy mają świadomość, że Putin zniszczy Ukrainę – ogrom zniszczeń widać już dzisiaj – i niemieckie firmy będą chciały uczestniczyć w procesie odbudowy tego kraju. Obawiam się, że może dojść do sojuszu ukraińsko-niemieckiego na poziomie gospodarczym, co byłoby bardzo niedobre, stąd powinniśmy na to także zwracać uwagę. Czyli nasza bezgraniczna pomoc Ukrainie też powinna być obwarowana pewnymi umowami dotyczącymi działań, jakie podejmie Ukraina, gdzie w tej grze, w tym procesie odbudowy Ukrainy – po daj Boże szybko zakończonej wojnie – uwzględniona zostanie także rola Polski. Myślę, że słowa prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, że jest nas – Polaków i Ukraińców – razem ponad 80 milionów i że będziemy razem współpracować, nie będą tylko słowami pustymi, ale za nimi pójdzie realna współpraca między Polską a Ukrainą, co – myślę – byłoby bardzo korzystne dla obu stron.
Co z solidarnością europejską, skoro – jak słyszymy – Niemcy, mimo zbrodniczych działań reżimu Putina, chcą – w jakiejś perspektywie – nadal współpracować z Moskwą?
– Trudno dzisiaj wyrokować, ale o ile społeczeństwo niemieckie przymusza kanclerza Olafa Scholza do zmiany polityki, do jednoznacznych działań wobec Rosji i traktowania Putina jako agresora, bandyty, mordercy, to establishment niemiecki chce widzieć dalszą perspektywę współpracy z Rosją. Fakty są takie, że Niemcy z każdym próbują się dogadać, najpierw wywołują wojny, a potem na tym korzystają ekonomicznie. Unia Europejska, wciąż podzielona, na to patrzy, a brak solidarności krajów europejskich świadczy tylko o słabości całej tej struktury i o tym, że nie ma złudzeń co do tego, że jako jedno wielkie państwo będzie solidarne wobec wszystkich. Nie ma się co łudzić – dalej będą się liczyły interesy silniejszych państw, które będą podporządkowywały sobie inne – słabsze. Tym bardziej nie ma potrzeby budowania jednego superpaństwa europejskiego, bo i tak dominującą rolę w tej strukturze odgrywaliby Niemcy, Francuzi czy Włosi wespół z hiszpańską lewicą. Jedynym ratunkiem dla nas jest budowanie sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi, z Wielką Brytanią, także z krajami skandynawskimi. Trzeba też rozbudowywać koncepcję Trójmorza, w którym to projekcie – przynajmniej na razie – nie uczestniczą Niemcy.
Są także próby przeforsowania nowej ordynacji wyborczej do europarlamentu. Jakie szanse ma ten projekt, którego twarzą jest znany z niechęci do Polski Guy Verhofstadt?
– Przegłosowane wczoraj sprawozdanie z inicjatywy ustawodawczej, która ma na celu zmianę przepisów dotyczących wyborów europejskich, to nic innego jak próba zbudowania dwóch list w wyborach do europarlamentu – listy ogólnoeuropejskiej oraz – jak dotychczas – listy, z której wybiera się europosłów w krajowych okręgach wyborczych. Innymi słowy, nowe zasady dałyby możliwość oddania każdemu wyborcy dwóch głosów – na kandydata europejskiego i krajowego. Mam nadzieję, że te zmiany nigdy nie wejdą w życie, tym bardziej że system ten przeszedł niewielką liczbą głosów, bo wewnątrz Europejskiej Partii Ludowej jest w tej sprawie duży rozłam, dlatego część była przeciwko tej ordynacji. Co więcej, liberałowie, socjaliści, lewica oraz zieloni chcą dopuścić do tego, żeby w wyborach europejskich do głosowania zostali dopuszczeni 16-latkowie, a prawo bierne, czyli prawo kandydowania, mieli już 18-latkowie. Tym samym chcą oddać władzę ludziom bardzo młodym, niedoświadczonym, z pokolenia Grety Thunberg, których bardzo łatwo zmanipulować. Proszę sobie wyobrazić głosujące 16-letnie dzieci, które są kupowane wycieczkami do Brukseli albo różnego typu szkoleniami związanymi z ideologią gender, albo innymi tanimi obietnicami. Dzieci w tym wieku mogą być nieświadome, emocjonalnie nieprzygotowane do podejmowania odpowiedzialnych decyzji i łatwo ulegają manipulacjom. Nie zmienia to faktu, że ma to być sposób na blokadę konserwatywnych środowisk, które sprzeciwiają się federalizacji Unii. Na razie Guy Verhofstadt sam sobie bije brawo, ale nie widzę większych szans, żeby ta ordynacja się zmaterializowała poprzez zgodę wszystkich państw – członków Unii Europejskiej, żeby była zgoda na taki sposób kreowania władzy w europarlamencie.
Mamy kolejny, szósty pakiet unijnych sankcji, których zarys zaprezentowała dzisiaj przewodnicząca Ursula von der Leyen. Długo trwają targi dotyczące przyparcia Putina do muru?
– Kompleksowe działania, które zastopowałyby zbrodniczą machinę Putina, trwają cały czas. Słyszymy o sankcjach na kremlowskie reżimowe media, także sankcje na rosyjskie banki oraz o całkowitym embargu na rosyjską ropę w ciągu sześciu miesięcy. Wiemy też, że czas wejścia w życie poszczególnych sankcji będzie jednak różny. Tak będzie w przypadku dwóch krajów: Węgier i Słowacji, które mają problem z uzależnieniem się od rosyjskiej ropy. Czas zatem pokaże, jak szybko ten plan zostanie wdrożony i ile jeszcze kombinacji zostanie zastosowanych, żeby te sankcje obejść. Tak czy inaczej należy pozytywnie przyjąć sam fakt nałożenia sankcji i obszary, jakich dotyczą, natomiast ważne, żeby w realu zostały one zastosowane i były konsekwentnie realizowane.
Jednak Gazprombank – instytucja, za której pośrednictwem państwa europejskie płacą za dostawy rosyjskich węglowodorów, co z kolei pozwala Putinowi finansować wojnę, wciąż nie został odcięty od systemu SWIFT?
– Owszem, Gazprombank jak na razie nie został ujęty w sankcjach, ale ma się to zmienić. Z tego, co słyszałem, trwają w tej sprawie rozmowy, żeby w ogóle odciąć rosyjskie banki od międzynarodowego systemu finansowego SWIFT. Widać też, że choć rośnie liczba państw, które widzą konieczność zatrzymania machiny wojennej Rosji, to wciąż są takie, które trzeba przekonywać, że Rosja jest zagrożeniem dla całej Europy. Tymczasem skuteczność sankcji wymaga jedności. Jak widać, długo, bardzo długo to wszystko trwa i gdyby nie presja społeczna, presja wyborców pod adresem niektórych liderów unijnych państw, to ta machina oblężnicza wobec działań Putina poruszałaby się jeszcze wolniej. Fakt faktem jest pewna konsolidacja, ale wojna trwa już ponad trzy miesiące i gdyby działania międzynarodowe były szybsze, bardziej jednoznaczne, to ofiar rosyjskich zbrodni z pewnością byłoby mniej, a Putin miałby mniej czasu na następne działania. Kto wie, czy nie szykuje się do otwarcia kolejnych frontów wobec swoich sąsiadów, chociażby Mołdawii. Niespójne działania Unii Europejskiej pozwalają na oddech Putinowi, i to są bardzo niedobre sygnały, bo to daje mu więcej przestrzeni i sprawia, że coraz bardziej się rozpycha, kupuje sobie czas, szuka też innych rynków zbytu na swoje produkty, a tym samym innych możliwości funkcjonowania od strony ekonomicznej. Źle to wygląda, zwłaszcza przy tak oczywistej sytuacji, przy tak oczywistym barbarzyństwie rosyjskiego reżimu.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki