Niemcom pali się grunt pod nogami
Czwartek, 28 kwietnia 2022 (15:32)Z prof. Grzegorzem Górskim, dr. hab. nauk prawnych, prof. Toruńskiej Szkoły Wyższej – Kolegium Jagiellońskiego, sędzią Trybunału Stanu w latach 2011-2014, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak rozumieć postawę Niemiec wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę? Nie chcą wysyłać broni na Ukrainę, a kanclerz Olaf Scholz kluczy i nie ma też woli nakładania sankcji na import węglowodorów z Rosji?
– Trzeba mieć świadomość, że Niemcy są dzisiaj głównym profitentem zmian cen na rynkach surowców. To oni mają kontrakty długoterminowe z Rosjanami, co znacząco amortyzuje skalę wzrostu cen dostępnych im surowców w stosunku do tego, co dzieje się na rynkach giełdowych. To ma podwójne znaczenie. Ponieważ Niemcy wyłączyli swoje, produkujące relatywnie tanio energię elektrownie atomowe oraz stopniowo wyłączają najtaniej produkujące energię elektrownie węglowe, energia gazowa jest dla nich ostatnią deską ratunku. Wiadomo, że historyjki o taniej energii wiatrowej i słonecznej to bajki, które kolportują neobolszewiccy agitatorzy z Brukseli. Ta relatywna taniość rosyjskiego gazu powoduje, że tracący konkurencyjność w świecie przemysł niemiecki dzięki temu zachowuje ciągle swoją obecność. Zatem Niemcy walczą tu o przeżycie w sensie dosłownym i dlatego zrobią wszystko, aby obecny stan utrzymać tak długo, jak to tylko będzie możliwe.
Czy kontrowersyjna postawa kanclerza Scholza, którego za opieszałość i brak konkretnych decyzji zaczynają krytykować niemieckie media, społeczeństwo, ale też koalicjanci, może doprowadzić do odwołania go z urzędu?
– Wszystko rozstrzygnie się 8 i 15 maja. To wówczas odbędą się wybory odpowiednio w Szlezwiku-Holsztynie oraz w Nadrenii Północnej-Westfalii. Są one kluczowe dla CDU, bo to są landy, w których ta formacja rządzi w koalicji z FDP i z Zielonymi oraz z FDP (w Nadrenii). Jeśli stracą tu swoją pozycję, to będzie to katastrofa na skalę nienotowaną w dziejach tej partii i katastrofa nowego szefa CDU, czyli Friedricha Merza. Natomiast jeśli CDU zdoła utrzymać swoją pozycję i zbuduje w tych landach koalicję trzech partii, może to być sygnał do usunięcia z urzędu kanclerskiego Olafa Scholza. Chodzi o to, że te trzy partie mogą stworzyć rząd alternatywny z większością parlamentarną. Byłoby to w pewnym sensie powtórzenie manewru z 1982 roku, kiedy wskutek ruchu wykonanego przez FDP obalony został rząd Helmuta Schmidta, co otworzyło drogę do władzy Helmuta Kohla. Innymi słowy, 15 maja może zdecydować się los skompromitowanego Olafa Scholza.
Zakładając, że będzie wniosek o wotum nieufności dla Olafa Scholza, to kto mógłby utworzyć nowy gabinet i co taka zmiana mogłaby oznaczać dla Polski?
– Jeśli dojdzie do zmiany koalicji, to z dużą dozą prawdopodobieństwa kanclerzem zostanie Friedrich Merz. Patrząc na to z naszej perspektywy, nie byłoby to źle, bowiem polityk ten reprezentuje starą tzw. szkołę bońską, był silnie związany z Helmutem Kohlem. Jest – jak na Niemca – antyrosyjski, ma sympatię do Polski. Jego kanclerstwo byłoby zapewne powrotem do silnie proatlantyckiej polityki niemieckiej, która dzisiaj byłaby spójna z naszymi priorytetami. Oczywiście, byłoby wiele różnic z Merzem, ale byłaby też jednak szansa na wzmocnienie relacji polsko-niemieckich i uczynienie z nich w obecnej sytuacji swoistej europejskiej sprężyny. Friedrich Merz nie jest również zwolennikiem nadmiernej samodzielności Brukseli, stąd bilans korzyści dla Polski byłby z pewnością pozytywny. Przypomnę, że Bruksela w swoim czasie wielokrotnie ostrzegała przed Merzem, forsując tezę, że to taki europejski Trump. Czyli dla nas dobrze. Natomiast nie można też wykluczyć wymiany kanclerza w ramach obecnej rządzącej koalicji. Podejrzewam, że SPD w obliczu wyrzucenia z koalicji zapewne zgodziłaby się nawet na zielonego kanclerza. To byłaby jednak ostateczna katastrofa i dla Niemiec, i dla Europy. Można się spodziewać, że druga połowa maja to będzie gorący czas dla Niemiec.
Trudno zrozumieć postawę Niemiec, a może rację ma belgijski historyk prof. David Engels, który mówi o jakimś dealu między Berlinem i Moskwą, która trzyma w szachu Niemcy, bo racjonalnie postawę rządu niemieckiego trudno wytłumaczyć?
– Angela Merkel i jej otoczenie w kierownictwie CDU oraz jej koalicjanci z SPD restytuowali, czyli przywrócili dawny stary, pruski model polityki niemieckiej. Nawiązując do Fryderyka Wielkiego oraz Bismarcka, uznali, że przyszedł czas zrzucić z Niemiec amerykańskie jarzmo (pamiętajmy, że Niemcy w sensie prawnym są ciągle krajem okupowanym przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię i nie do końca suwerennym). Drogą do tego „wyzwolenia”, miało być: gospodarcze i polityczne zdominowanie Europy Środkowej (Mitteleuropa), podporządkowanie sobie reszty Europy poprzez poddaną sobie administrację Unii Europejskiej oraz Europejski Bank Centralny i rozgrywanie – wspólnie z Rosją – wzmagającego się konfliktu amerykańsko-chińskiego. To wszystko tłumaczy politykę Berlina i Brukseli wobec Polski po 2015 roku, kiedy Prawo i Sprawiedliwość zakwestionowało te niemieckie cele, ale jednocześnie tłumaczy postawę Niemiec wobec obecnej fazy wojny na Ukrainie. Palec Boży sprawił, że kiedy w Ameryce nastąpiła zmiana, która otworzyła Niemcom drogę do zrealizowania tego celu, to Putin zgłupiał i wyeskalował nową fazę wojny, która od 2014 roku służyła realizacji niemieckich priorytetów do nieoczekiwanego wymiaru. To zaś zmusiło administrację Joe Bidena do zmiany priorytetów. Do tego upadł wschodnio-niemiecki układ spajany przez Angelę Merkel i teraz idą nowe rozdania. Jednakże – co widać wyraźnie – Niemcy są potężnie zaskoczeni dynamiką wydarzeń, są całkowicie pogubieni, chaotyczni i ewidentnie nie potrafią zdefiniować swojej pozycji w nowej sytuacji. Nic lepszego Polsce nie mogło się przydarzyć, więc jak tu nie mieć wiary w opiekę Opatrzności Bożej nad nami? Warto jednak mieć świadomość, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, bo Niemcy w końcu się ogarną. Musimy więc maksymalnie wykorzystać obecną koniunkturę, bo długo może się ona nie powtórzyć.
Może świat Zachodu zawiedziony postawą Niemiec powinien pomyśleć o nałożeniu sankcji na Niemcy za oportunistyczną postawę?
– Zamiast sankcji z naszego punktu widzenia poważnie podszedłbym do kwestii reparacji. To jest dobry moment i gdyby to zręcznie połączyć z programem odbudowy dla Ukrainy z naszym głównym udziałem, to mam przekonanie, że mielibyśmy szerokie wsparcie międzynarodowe dla tej wizji. I w tym wypadku można powiedzieć, że koniunktura sama pcha się nam w ręce. Byłoby wielkim grzechem nie wykorzystać tego momentu.
Trudno zrozumieć, że Polska, która pomaga Ukrainie, nie ma wsparcia ze strony Unii Europejskiej, a Niemcy, które nie dość, że nie pomagają – a na pewno nie tak jak powinny, to jeszcze robią ferment i de facto decydują o wstrzymywaniu środków dla Polski z KPO?
– Dlatego zamiast spinać się w walce o te w sumie niewielkie pieniądze, lepiej powalczyć o 800-900 miliardów euro tytułem reparacji dla Polski. Dzisiaj wielu w Europie nie miałoby nic przeciwko temu, żeby Niemcy wreszcie zapłacili za to, co sprokurowali na Ukrainie, a poprzez to za to, co w podobnym wymiarze uczynili Polsce.
Skąd się bierze taka postawa Berlina i Brukseli? Może obawiają się, że jeśli Ukraina wygra, a także prędzej czy później Białoruś mogłyby dołączyć do Polski i krajów bałtyckich i stworzyć silną opozycję wobec planów Berlina dotyczących budowy superpaństwa europejskiego?
– To jest najzupełniej oczywiste. Już teraz siła i rola Grupy Wyszehradzkiej jest dla Niemiec wielkim problemem. W końcu Grupa V4, poszerzona o kraje bałtyckie i bałkańskie, to już jest geopolityczna katastrofa dla Niemiec. Dołączenie Ukrainy, współpraca z Turcją i Wielką Brytanią – to byłby koniec niemieckiej Europy. Dlatego Niemcy zrobią wszystko, włącznie ze współpracą z Rosją, dla której byłaby to podobna geopolityczna katastrofa, aby ten plan rozwalić. Użyją do tego przede wszystkim swojej agentury wewnętrznej w Polsce, bo ich siła oddziaływania zewnętrznego w Europie jest teraz bardzo znikoma.
Czy Rosja jest rzeczywiście tak ważna dla europejskiej, światowej gospodarki, żeby nie można jej było skutecznie eliminować na wielu frontach?
– Pozycję Rosji zbudowali finansowani przez nią „zieloni aktywiści”, promujący „energię odnawialną”. To ich obłąkane idee, wyrażone w Europie przez „Fit for 55”, a w Ameryce przez „New Green Deal” wywróciły rynek surowców energetycznych na świecie. Rosja jest głównym profitentem tego „nurtu”, bo osiąga dzisiaj przychody pozwalające jej podejmować próbę wywrócenia całego porządku międzynarodowego. Stan taki będzie trwał tak długo, jak długo rosyjska agentura będzie forsować „zielone łady”. Jeśli uda się to odwrócić, to świat poradzi sobie bez rosyjskich surowców, zlikwiduje niszczącą dziś wszystkich inflację oraz wybije Rosjanom zęby, uniemożliwiając im kolejne agresje.
Na ile dotychczasowe sankcje zaszkodziły Rosji?
– Krótko mówiąc, w stopniu znikomym. Może w dłuższej perspektywie ucierpi rosyjski przemysł zbrojeniowy, kosmiczny czy wydobywczy, ale póki ceny nośników energii będą takie jak obecnie, Rosja i tak zdoła kupić to, co jest jej potrzebne. Póki Rosja będzie miała pieniądze, żadne sankcje nie zadziałają. Tym bardziej trzeba zrozumieć politykę prezydenta Ronalda Reagana. Sankcje były pochodną działań na rynkach surowców energetycznych. Zdołowanie cen ropy i gazu pozbawiło Sowietów środków, a to w konsekwencji spowodowało ich klęskę w wyścigu zbrojeń. Używając pewnej analogii: udało się Sowietów zagłodzić i dlatego przegrali zimną wojnę. Teraz jest dokładnie tak samo.
Są eksperci, którzy mówią, że konflikt – wojna na Ukrainie, może potrwać nawet dwa lata. Czy Zachód się nie zniechęci, nie zmęczy, a może Putinowi właśnie o to chodzi?
– Jak już powiedziałem, sprawa jest jasna: póki Rosja będzie miała środki dzięki wysokim cenom surowców, wojna na Ukrainie będzie trwała. Jeśli Rosja upora się z Ukrainą, zacznie następną wojnę i kolejne. To się skończy dopiero wtedy, kiedy reżimowi moskiewskiemu skończą się pieniądze. Nie ma kraju na świecie i nie było tak nigdy w historii, żeby bez pieniędzy można było prowadzić wojnę. Tak się po prostu nie da. Stąd apel do Zachodu jest jasny: chcecie spacyfikować Rosję, zamknijcie jej dostęp do pieniędzy nie sankcjami, tylko cenami surowców energetycznych.