• Poniedziałek, 13 kwietnia 2026

    imieniny: Marcina, Przemysława

Putin przekracza kolejne granice

Środa, 27 kwietnia 2022 (14:21)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mimo wciąż obowiązujących umów Rosja wstrzymała dzisiaj dostawy gazu do Polski w ramach kontraktu jamalskiego. Co to oznacza?

– Mając na uwadze, jaką politykę prowadzi Rosja – chyba nie ma się co dziwić, że Putin wykorzystuje gaz i ropę jako element szantażu, polityki podporządkowywania sobie państw europejskich. Stało się zatem to, o czym wszyscy wiedzieliśmy, że prędzej czy później nastąpi. Dzisiaj jako Polska mamy okazję doświadczyć – obok Litwinów i Bułgarów – jak ta rosyjska polityka energetyczna wygląda i czym de facto jest rosyjska solidność w wywiązywaniu się z kontraktów czy umów międzynarodowych. W związku z tym nikt nie powinien się dziwić, być zaskoczonym, bo stało się to, co było do przewidzenia.

Dlaczego to właśnie Polsce, Litwie, Bułgarom Rosja zakręca kurek z gazem, a nie np. Niemcom?

– Po pierwsze dlatego, że Polska jest krajem tranzytowym, a po zamknięciu rurociągu jamalskiego Rosja cały czas przesyła gaz na zachód Europy, w tym do Niemiec za pomocą Nord Stream 1. Zakręcenie kurka z gazem Polsce, Litwie i Bułgarii to pierwszy sygnał odwetu i pokazanie, na co stać Rosję, co więcej, że Moskwa ma determinację, aby pójść jeszcze dalej. Sądzę, że mamy pierwszy akt rosyjskich działań, ale przed nami kolejne. Pytanie, jak Zachód zareaguje na te działania Rosji i czy solidarność europejska, o której tak wiele się mówi, a którą Putin wyraźnie chce rozbić, czy ta solidarność wytrzyma próbę czasu. Jednocześnie uważam, że Europa powinna mieć świadomość, że przyjdzie moment, kiedy Rosjanie zakręcą kurek z gazem wszystkim – łącznie z Niemcami. Sytuacja jest oczywiście nadzwyczajna, ale Polska ma dzisiaj zbiorniki z gazem wypełnione w blisko 80 procentach i – biorąc pod uwagę perspektywę uruchomienia gazociągu Baltic Pipe, połączenie gazowe m.in. z Litwą oraz dostawy LNG m.in. ze Stanów Zjednoczonych – możemy spać spokojnie, bo to zabezpieczenie energetyczne mamy.

Natomiast tego samego nie można powiedzieć o Niemcach?

– Niemcy i inne państwa zachodniej Europy, gdzie zbiorniki gazowe są wypełnione zaledwie w trzydziestu paru procentach, są zagrożone. Jest to, jak widać, miękkie podbrzusze Niemiec, które może być bardzo sprytnie wykorzystywane przez stronę rosyjską. Mamy wiosnę i już nie grożą nam mrozy, a więc zapotrzebowanie gospodarstw domowych i w ogóle na ogrzewanie jest niewielkie, ale przemysł cały czas potrzebuje dużych ilości gazu i dobrze, że to paliwo u nas jest. Natomiast inne państwa mogą mieć z tym problem i gaz jako element szantażu Rosja zawsze może wykorzystać i uderzyć w gospodarkę poszczególnych państw i całej Unii Europejskiej.  

Premier Mateusz Morawiecki z mównicy sejmowej zapewniał dzisiaj, że Polska jest bezpieczna pod względem energetycznym…  

– Zadbaliśmy o dywersyfikację dostaw gazu, o odpowiednią infrastrukturę gazową, bo wiedzieliśmy, w jakim kierunku będzie zmierzać polityka Kremla i że szantaż gazowy Putina jest na wyciągnięcie ręki. Na nasze szczęście nie jesteśmy w stu procentach zależni od jednego – rosyjskiego dostawcy, mamy alternatywy i różne warianty, a Rosjanie swoją decyzją tylko przyspieszyli ten proces naszego uniezależnienia się, co więcej, chyba wszystkim w Europie uświadomili, że nie można na nich liczyć i nie można im ufać. Myślę, że to, co zostało zrobione w Polsce przez ostatnie lata – budowa gazoportu – Terminalu LNG im. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, projekt Baltic Pipe i dostawa gazu z Norwegii, która ruszy jeszcze w tym roku, to wszystko pokazuje, że w odróżnieniu od innych państw odrobiliśmy lekcję i dzisiaj jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji, a jesienią będziemy mieli pełną suwerenność gazową.

Wyobraźmy sobie, że w Polsce nadal rządziłaby Platforma, a kontrakt gazowy z Rosją byłby przedłużony o kolejne lata…

– Wówczas musielibyśmy z pistoletem przyłożonym do głowy tańczyć tak, jak Rosjanie nam zagrają, również inny przebieg miałaby sytuacja na Ukrainie. Swoją drogą Ukraina broni się już ponad 60 dni, ale jednocześnie trwa batalia gospodarcza. Ponadto – w mojej ocenie – w najbliższym czasie czeka nas rozciągnięcie frontu. Otóż cały świat skupił się na agresji rosyjskiej na Ukrainę, tymczasem już rysuje się poważna kryzysowa sytuacja na terenie Mołdawii i Naddniestrza, gdzie usytuowana jest dawna postsowiecka baza wojskowa, która udaje, że jest państwem, gdzie stacjonuje 7-8 tysięcy rosyjskich żołnierzy, którzy mogą być teraz wykorzystani przez Kreml. Nieprzypadkowo mamy ruch na granicy Mołdawii i ucieczkę cywilów, co może zwiastować uderzenie ze strony Naddniestrza ze wsparciem rakietowym z morza. Takie działania mogą spowodować wciągnięcie Mołdawii w konflikt. Innym państwem, które może być zagrożone, jest Finlandia.

Mołdawia i Finlandia?            

– I jeszcze Szwecja, bo są to państwa, które nie należą do NATO i Rosja, atakując takie kraje, nie rozpoczyna wojny z Sojuszem Północnoatlantyckim. I w tym momencie pretekstem może być zbudowanie nowego frontu, żeby nie koncentrować uwagi tylko na Ukrainie. Również Finlandia nie jest członkiem NATO i Rosja może wykorzystywać to zobowiązanie Sojuszu Północnoatlantyckiego, że dopóki nie jest atakowane państwo członkowskie, to nie będzie interwencji. Ten pretekst może zostać przez Moskwę wykorzystany, a jednocześnie to działanie może spowodować rozciągnięcie frontu. Rosjanie mogą skorzystać z okręgu północno-zachodniego okolic Kaliningradu oraz Petersburga przy granicy z Finlandią, również Republiki Naddniestrza i Mołdawii, gdzie bazy już są i nie trzeba niczego tworzyć. Zbudowanie nowego frontu, który miałby uderzać w kierunku Odessy, i stworzenie połączenia lądowego z wojskami stacjonującymi na Krymie byłoby dla Rosji bardzo korzystne. Zatem mówimy tu o sytuacji realnej i bardzo prawdopodobnej.

Tylko po co Putinowi rozpoczynanie działań na wielu frontach, skoro nie potrafi sobie poradzić na froncie ukraińskim?

– Takie otwarcie konfliktów na wielu frontach może spowodować, że zainteresowanie świata inwazją na Ukrainie będzie mniejsze. Poza tym Putin liczy, że rozciągnięcie frontu spowoduje, że słabych ogniw, które można będzie wykorzystać, będzie przybywać. Warto też mieć na uwadze, że Rosjanie, mimo braku sukcesów na froncie ukraińskim i strat, jakie ponoszą, co by nie powiedzieć, mają jeszcze potencjał, który będą mogli wykorzystać.

Ma Pan na myśli potencjał nuklearny?

– Dokładnie tak. Zresztą przypomniał o tym bodajże wczoraj szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow, którego słowa – moim zdaniem – należy traktować bardzo poważnie. Ławrow stwierdził, że użycie rakiet, a zatem ryzyko zagrożenia nuklearnego, jest coraz bardziej prawdopodobne i realne. To informacja wypowiedziana otwartym tekstem przez jedną z najważniejszych osób na Kremlu, co by nie powiedzieć, głównego architekta rosyjskiej polityki zagranicznej. To nie są słowa analityka, dziennikarza czy drugorzędnego polityka, ale jest to wypowiedź świadomego, co mówi, szefa rosyjskiej dyplomacji.

Tylko co taki ewentualny konflikt nuklearny daje Rosji, która swoją agresją na Ukrainę – jak nigdy wcześniej – zjednoczyła przeciwko sobie większość cywilizowanego świata?                  

– Owszem, świat jest tutaj zjednoczony, ale zarazem świat nie jest jednorodny. I jeśli przeanalizować głosowania w Organizacji Narodów Zjednoczonych czy nawet zachowanie poszczególnych członków Unii Europejskiej wobec Rosji, to widać, że mamy różne stanowiska, a poza tym nikt nie mówi, że Putin chce zaatakować cały świat, którego poszczególne kraje, mimo wszystko, chcą nadal robić interesy z Moskwą. Co więcej, retoryka Putina jest taka, że Rosja czuje się zagrożona i musi bronić swoich interesów. Ponadto przez ponad 60 dni inwazji na Ukrainę Rosjanie poczuli siłę sankcji, co oznacza zamknięcie rynków, portów, zakaz przemieszczania się po świecie, a także widzą puste półki w sklepach. Stąd retoryka w mediach prokremlowskich jest taka – kochany narodzie, nas atakują i musimy się bronić przed wojną gospodarczą, którą Zachód nam wypowiedział. Putin wykorzystuje to wszystko jako element budowy solidarności i wspólnoty państwowej, próbując całą sytuację przekuć na swoją korzyść. Tak jak atak Rosji na Ukrainę zjednoczył naród ukraiński wokół prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, tak wątek gospodarczy i wszelkie sankcje na Rosję, które uderzają dzisiaj niemal we wszystkich Rosjan, integrują społeczeństwo rosyjskie wokół Putina. W tym momencie wypowiedź Ławrowa o użyciu broni atomowej brałbym jak najbardziej na serio. To już nie jest przypadek, a to oznacza, że taki scenariusz bardzo realnie leży na stole. Skoro rosyjskie siły wojskowe na razie nie dają rady, nie odnoszą sukcesów na gruncie ukraińskim, to może trzeba użyć czegoś innego, mocniejszego?

Być może broń jądrowa i możliwość jej użycia leży na stole Putina, ale ju teraz są działania – bardzo niebezpieczne, związane z atakami wokół elektrowni jądrowych – które też mogą zostać wykorzystane jako straszak wobec Zachodu…

– Te działania wokół elektrowni w Czarnobylu czy rosyjskie ataki rakietowe w bezpośredniej bliskości innych elektrowni na Ukrainie są niczym innym jak manifestacją siły. Sądzę, że sam atak rakietowy – nuklearny w przypadku Ukrainy – jest może rzeczą mało realną, ale spowodowanie awarii elektrowni na terytorium Ukrainy w taki sposób, aby skutki tego było odczuwalne nie tylko dla Ukraińców, ale także dla Europy i świata, jest jak najbardziej możliwe. A później do użycia rakiet z ładunkami nuklearnymi jest tylko mały krok. Putin atakiem na Ukrainę pokazał, że stać go na wszystko, przekroczył kolejne granice, wydawałoby się, nie do przekroczenia, dlatego użycie broni nuklearnej też jest w zasięgu jego możliwości.    

             Dziękuję za rozmowę.          

 

Mariusz Kamieniecki