Unia Europejska zawodzi w czasie kryzysów
Piątek, 15 kwietnia 2022 (10:58)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jaki przekaz płynie z wizyty prezydentów państw bałtyckich w Kijowie?
– Wizyta czterech prezydentów Polski, Litwy, Estonii i Łotwy to klamra spinające wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy. Pamiętamy, że prezydent Andrzej Duda oraz prezydent Gitanas Nausėda odwiedzili Kijów na dzień przed rosyjską napaścią na Ukrainę. Wtedy i teraz są wsparciem dla prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, a ich postawa jest cały czas konsekwentna. Proszę zwrócić uwagę, że prezydent Ukrainy nazywa przywódców państw bałtyckich swoimi prawdziwymi przyjaciółmi w tym trudnym czasie i partnerami, na których może liczyć. To jest bardzo ważny przekaz pokazujący, że Ukraina i jej władze dzisiaj nie mają już żadnych wątpliwości, na kogo mogą liczyć i na czym się opiera prawdziwa skuteczność działań wspierających to państwo. Oczywiście sojusznikiem Ukrainy są Stany Zjednoczone, kawał dobrej roboty wykonuje także Słowacja i wiele innych państw, ale ta wizyta przywódców Polski, Litwy, Estonii i Łotwy pokazuje, że rzeczywiście to są sprawdzeni partnerzy, na których Kijów może liczyć.
Do prezydentów państw bałtyckich chciał dołączyć prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, ale Kijów dość sceptycznie się do tego odniósł, co szczególnie w Niemczech spotkało się z krytyką.
– Niemieccy politycy odmowę Zełenskiego nazwali afrontem, a lider frakcji współrządzącej w Niemczech SPD Rolf Mützenich wezwał wszystkie partie do ochrony prezydenta Steinmeiera przed, jak to określił, „nieuzasadnionymi atakami”. Tymczasem prezydent Steinmeier otrzymał to, na co zasłużył, zważając na jego wcześniejsze zaangażowanie czy popieranie projektu Nord Stream 2 i przychylną postawę wobec Rosji i Putina. Cała dyplomacja niemiecka za urzędowania kanclerz Angeli Merkel była skierowana ku Rosji i obliczona na spacyfikowanie Europy rosyjskim gazem. Gdyby prezydent Steinmeier znalazł się w Kijowie w gronie prezydentów Polski Andrzeja Dudy, Litwy Gitanasa Nausėdy, Łotwy Egilsa Levitsa i Estonii Alara Karisa, to trudno byłoby zwracać się do niego jako do przyjaciela.
Niemcy od dawna zachowują się dwuznacznie, co więcej, trzeba ich dopingować do nieprzeszkadzania w pomocy Ukrainie. Z czego to wynika?
– Kiedy po ataku Rosji ambasador Ukrainy w Berlinie Andrij Melnyk zwrócił się o wsparcie do Niemiec, to usłyszał, że Ukraina ma tylko kilka godzin, i będzie po wszystkim. I to jest cała esencja polityki niemieckiej. W tej sytuacji trudno byłoby prezydentowi Zełenskiemu gościć w Kijowie i traktować na równi z przywódcami państw bałtyckich – jako przyjaciela i partnera – prezydenta Niemiec. Nie wspomnę już o słynnych hełmach, które zamiast broni Niemcy były gotowe wysłać na Ukrainę. Na Ukrainie toczy się regularna wojna, a nie żadna „operacja specjalna” – jak to próbował tłumaczyć Putin. Ukraińcom, aby wyprzeć wroga ze swojego kraju potrzebna jest broń. Nic więc dziwnego, że pamiętają, kto ich wsparł i wspiera, a kto blokował sankcje wobec Rosji. Dzisiaj prezydent Niemiec może się obrażać, ale takie są fakty i dobrze się stało, że ktoś wreszcie powiedział prawdę, co myśli o polityce niemieckiej.
Tylko czy Niemcy, pamiętając postawę prezydenta Zełenskiego, kiedy zakończy się wojna, nie będą hamulcowym w odbudowie Ukrainy?
– Mogliby służyć pomocą. Niektórzy, mając na uwadze tylko własne interesy, a do tych z pewnością należą Niemcy, czekają, kiedy pomagając, będą mogli zarobić, ale nie ma ich dzisiaj, kiedy tu i teraz trzeba Ukrainie pomóc. Proszę zwrócić uwagę, że mija 50 dni od napaści rosyjskiej, a Komisja Europejska wciąż nie przekazała Polsce środków na pomoc dla uchodźców, nie przekazała też wsparcia Ukrainie. Widać, że poza wizytą Ursuli von der Leyen i szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella w Kijowie, poza słowami wsparcia, współczucia Unia Europejska nie bardzo kwapi się pomóc. Urzędnicy brukselscy zachowują się tak, jakby nie mieli świadomości, co się dzieje na Ukrainie, że ciągle giną ludzie, że potrzeba pomocy, bo każda godzina decyduje o tym, czy Ukraina przetrwa nawałę rosyjską.
Także Polska, która przyjęła ponad 2,7 mln uchodźców wojennych z Ukrainy, potrzebuje wsparcia, ale Unia też się nie spieszy z pomocą?
– Żaden budżet nie jest z gumy, co więcej, fakty są takie, że odbieramy sobie, dzieląc się z naszymi sąsiadami w potrzebie. Tymczasem Unia Europejska, która tak ochoczo w 2014 i 2015 roku wsparła Turcję 6 mld euro, gdy tylko milion – nie uchodźców wojennych, ale muzułmańskich imigrantów zarobkowych, i to w okresie całego roku, przybyło do Europy, dzisiaj ta sama Unia Europejska ociąga się ze wsparciem dla Polski. Jako Polska, Polacy wykonaliśmy już wielką pracę. Owszem pomagają samorządy, ale w efekcie wszyscy począwszy od hoteli, gastronomii po samorządy wystawiają rachunki państwu polskiemu. Pieniądze są zatem konieczne, potrzebne jest wsparcie unijne.
Unia nie sprawdza się już kolejny raz, podobnie było w okresie kryzysu covidowego?
– Dokładnie. Cała słabość Unii Europejskiej, biurokracji brukselskiej, przejawia się właśnie w okresach kryzysów, a zatem Unia nie działa tu i teraz. Powiedzmy to sobie uczciwie: Unia Europejska zawodzi w tym trudnym czasie.
Zjednoczona Prawica jest atakowana za ustawę tzw. sankcyjną przyjętą ostatnio przez Sejm. Senat kolejny raz pokazał, że obce mu są polskie interesy, a ważne jest tylko to, żeby uderzyć w PiS?
– Przyjęta przez Sejm ustawa sankcyjna zakłada m.in. wprowadzenie embarga na import węgla z Rosji, a także stwarza możliwość zamrażania majątków podmiotów i osób wspierających agresję Rosji na Ukrainę. Sejm jednak słusznie odrzucił poprawkę Senatu dotyczącą zakazu importu gazu z Rosji, bo jeśli kwestia ta nie zostanie załatwiona na forum unijnym i nie będzie obejmować wszystkich państw członkowskich, to taki zakaz w Polsce nie ma sensu. To, co proponował Senat, to był szczyt głupoty, bo te państwa, które sobie nałożą taki gazowy kaganiec, będą z góry skazane na porażkę. Po pierwsze, na bezpośredni atak ekonomiczny Rosji i rozbicie europejskiej solidarności w kwestii gazu i ropy, a po drugie, oznaczałoby to wzrost cen gazu dla danego państwa. Posłuszni wobec Rosji, oczywiście, zarabialiby na tym i ewidentnie wykorzystywaliby to w relacjach z innymi państwami, a do Polski płynęłoby to samo rosyjskie paliwo, tyle że okrężną drogą i droższe. Polska jako państwo straciłaby na tym w każdym aspekcie, łącznie z wysokimi cenami paliw na stacjach benzynowych. To, co wymyślił Senat, to było działanie ewidentnie antypolskie. Dokładnie o to chodziło Putinowi: rozbić solidarność europejską, wciągnąć w swoją grę kilka państw, a potem je rozgrywać. Zarzut, że nie odcinając się już dzisiaj od paliw rosyjskich, Polska wspiera reżim Putina, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nie o to tu chodzi, ale o troskę o nasze interesy, bo pomagając innym, musimy też pamiętać o sobie, aby przetrwać ten trudny dla wszystkich czas. Idąc za krokiem Senatu, narazilibyśmy siebie, ale też społeczność ukraińską, która aktualnie przebywa na terenie Polski, bo wzrost cen uderzyłby we wszystkich.
Skoro jesteśmy przy Senacie, warto odnotować wizytę marszałka Tomasza Grodzkiego w Kijowie. Czy Pan rozumie, o co tak naprawdę chodzi panu marszałkowi?
– Myślę, że poza marszałkiem Grodzkim i Platformą chyba nikt nie wie, o co tu chodzi. Począwszy od słynnego „orędzia” do narodu ukraińskiego, w którym de facto zaatakował polski rząd, mówiąc, że Polska finansuje zbrodniczy reżim Putina, stawiając tym samym nasz kraj w jednym szeregu z Rosją, co było szokujące, chyba nikt takiej postawy nie akceptuje. Teraz po wizycie prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii na Ukrainie i rozmowach na bardzo wysokim szczeblu marszałek Grodzki wraz ze swoim „dworem” udaje się do Kijowa. Widać nie zna zasady, jaka obowiązuje w polityce zagranicznej – mianowicie, że po najważniejszych się nie przemawia. Jeżeli prezydent Rzeczypospolitej prowadzi aktywną politykę zagraniczną, jeżeli na gruncie międzynarodowym relacje Polski w sprawach Ukrainy są bardzo dobre i właściwie jesteśmy ambasadorem spraw Ukrainy na arenie międzynarodowej i ważnym elementem tego jest wizyta prezydenta Dudy oraz przywódców państw bałtyckich w Kijowie, to po tej wizycie każda inna jest wręcz żałosna, śmieszna i nieodpowiedzialna. To tylko pokazuje, że ktoś, próbując promować swoją osobę czy formację polityczną, zachowuje się jak piąta kolumna rosyjska. Trzecia osoba w państwie nie powinna się zachowywać tak nonszalancko, ale to świadczy o tym, że opozycja w Polsce kompletnie nie rozumie, czym jest polityka zagraniczna i jak należy ją uprawiać. Zwłaszcza że najbliższe godziny czy dni mogą decydować o tym, jak się rozwinie dalej ten konflikt na Ukrainie – mam na myśli nowy, tworzący się front, do otwarcia którego przygotowują się Rosjanie.
Chciałbym jeszcze poruszyć kwestię postawy polityków Niemiec i Francji. Widzimy wyraźny rozdźwięk z postawą prezydenta Stanów Zjednoczonych, gdzie Joe Biden odnośnie działań Putina na Ukrainie używa słowa ludobójstwo, natomiast liderzy Niemiec, a zwłaszcza Francji, krytykują tak ostre postawienie sprawy. Z czego to wynika?
– Nazwanie faktów po imieniu jest poważnym problemem dla francuskiej, ale też szerzej – europejskiej dyplomacji. Widać wyraźnie na przykładzie m.in. Buczy, że Rosjanie dopuszczają się zbrodni, a świat zachodni nie potrafi tego nazwać po imieniu. Boi się to zrobić.
Jest jakiś ważny powód?
– Chodzi o interesy, które wyraźnie wygrywają z ludzką przyzwoitością. Francuzi i Niemcy wierzą w to, że Putin przetrwa, że kurz wojenny kiedyś opadnie, a świat powie – jak to bywało wcześniej, że nic się nie stało, że będzie nowe otwarcie i wszystko powróci do porządku dziennego, a interesy energetyczne dalej będą się kręcić. Tylko że tak nie powinno być, ale niektórzy się przygotowują do tego tak, jakby ten scenariusz był pisany i tak miałoby się stać. Po tym, co się dzieje na Ukrainie, cywilizowany świat musi Putina potępić. Tego domaga się sprawiedliwość i zwykła ludzka przyzwoitość.