• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Euro – w czyim interesie?

Czwartek, 28 lutego 2013 (02:05)

Dobrze się stało, że serwilistyczny rząd Donalda Tuska i Jacka Rostowskiego odsunął na kilka lat termin przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty euro.

Należy sądzić, że w końcu dotarło do świadomości rządu, iż budowa unii walutowej to nie kaprys polityków, lecz poważny projekt ekonomiczny. Jako taki musi się opierać na ugruntowanym dorobku teoretycznym oraz doświadczeniach już istniejących wspólnych obszarów walutowych.

Dla przyszłych decyzji, dotyczących również Polski, nie bez znaczenia są dzisiejsze kłopoty strefy euro, która, choć dobrze pomyślana, została pospiesznie zrealizowana bynajmniej nie jako projekt ekonomiczny, lecz jako ułomny projekt polityczny. Tymczasem dorobek teoretyczny dotyczący warunków i zasad budowy optymalnego obszaru walutowego liczy już przeszło 50 lat i został zapoczątkowany w 1961 roku artykułem Roberta Mundella pt. „A Theory of Optimum Currency Areas”.

W międzyczasie teoria ta była rozwijana i modyfikowana, a za punkt zwrotny w jej rozwoju uznać można rok 2002, kiedy ukazał się artykuł Francesco Mongellego pt. „New Vievs on the Optimum Currency Area Theory: What is EMU Telling US?”. Niezależnie od różnicy poglądów prezentowanych przez różnych autorów, co do jednej tezy panuje zgodność. Brzmi ona następująco: „Sprawnie funkcjonujący, wspólny obszar walutowy, dający korzyści wszystkim jego uczestnikom, możliwy jest tylko wówczas, jeśli będą spełnione kryteria tzw. realnej (nie nominalnej) konwergencji”.

 

Euro a poziom rozwoju

Co oznacza realna konwergencja? Otóż realna konwergencja oznacza, że systemy społeczno-gospodarcze krajów – uczestników unii walutowej powinny upodobnić (zbliżyć) się do siebie. Mówiąc inaczej, powinny osiągnąć odpowiedni poziom dopasowania strukturalnego i instytucjonalnego.

Owo dopasowanie musi obejmować najważniejsze obszary życia gospodarczego i społecznego. O jakie obszary tutaj chodzi? Przede wszystkim chodzi o poziom rozwoju mierzony dobrobytem społeczeństwa.

Najbardziej syntetycznym miernikiem realnego dobrobytu jest PKB na jednego mieszkańca według parytetu siły nabywczej. Jest to jednak wskaźnik syntetyczny, niepokazujący różnic i podobieństw wewnątrz struktury gospodarki. Może on jedynie orientacyjnie pokazać, jak duża jest luka w rozwoju np. dwóch krajów.

Dlatego też teoria wskazuje szczegółowe obszary, w których musi dokonać się realna konwergencja, aby unia walutowa miała w ogóle sens i przynosiła korzyści jej uczestnikom.

Do tych obszarów zalicza się przede wszystkim mobilność czynników wytwórczych, w szczególności czynników, takich jak: praca, elastyczność płac i cen, podobny stopień otwartości gospodarki oraz dywersyfikacji produkcji i konsumpcji, podobieństwo stóp inflacji i w końcu integracja rynków finansowych i integracja fiskalna.

W kontekście powyższej, teoretycznej refleksji zastanówmy się, czy Polska spełnia w dostatecznym stopniu warunki realnej konwergencji, aby wejść do strefy euro i czerpać z uczestnictwa w niej korzyści. Ten sam problem można wyrazić inaczej, a mianowicie pytając: jakie straty i zagrożenia stanowi dla Polski zbyt wczesne, wymuszone politycznym naciskiem przystąpienie do strefy euro? Ze zrozumiałych względów w artykule mogę się odnieść tylko do wybranych kwestii.

Kapitał ma twarz

PKB na 1 mieszkańca, według parytetu siły nabywczej, wynosi obecnie w Polsce około 20 tys. dolarów i jest przeszło dwukrotnie niższy od średniej najbogatszych krajów stanowiących jądro strefy euro. Lukę rozwojową liczoną w latach między Polską a starą, zamożną Piętnastką szacuje się na 25-30 lat. Trudno więc z tego punktu widzenia mówić o podobieństwie naszej gospodarki z dominującymi gospodarkami strefy euro.

Występuje jeden obszar, w którym realnie Polska zbliżyła się do Unii. Tym obszarem jest przeciętny poziom cen. Duża zasługa w tym rządu Tuska i Rostowskiego, który na życzenie Brukseli gorliwie nakładał kolejne podatki w imię wyrównywania warunków konkurencji na wspólnym rynku.

Jakoś nie przyszła Tuskowi i Rostowskiemu do głowy myśl, aby zbliżyć poziomy realnej siły nabywczej dochodów polskich obywateli do siły nabywczej dochodów obywateli strefy euro. Tu przepaść jest ogromna, w szczególności dotyczy to trzech milionów emerytów.

Rząd nie pomyślał również o tym, aby nie dopuścić do wolnego obrotu niemobilnymi zasobami czynników wytwórczych. Dotyczy to przede wszystkim ziemi. Ceny tych czynników są w Polsce niższe niż w strefie euro i dopuszczenie do wolnego obrotu na tym rynku będzie niczym innym, jak oddaniem w promocji naszych zasobów i majątku kapitałowi zagranicznemu. Wbrew obłudnym opiniom rządu pamiętajmy, że kapitał ma właściciela, twarz, narodowość i w dodatku nie jest bezinteresowny.

Wyobraźmy sobie, że w takiej oto sytuacji przystępujemy do strefy euro. Kluczową kwestią jest kurs złotego do euro, po jakim będą przeliczane wszystkie wielkości nominalne, a więc: dochody, ceny, wartość zasobów, wartość importu i eksportu. Rodzi się w tym momencie konflikt interesów pomiędzy Polską a Unią, jeśli chodzi o wysokość tego kursu.

Z punktu widzenia Polski korzystniej jest wchodzić przy niskim kursie, czyli przy silnym złotym, natomiast w interesie Unii jest działanie na rzecz osłabienia złotego i przyjęcie Polski przy jak najwyższym kursie zł/euro. Nadmienię w tym miejscu, że Unia ma możliwość osłabienia złotego, ponieważ polski bilans płatniczy jest strukturalnie niezrównoważony na rachunku obrotów bieżących. Do tego wątku wrócę na zakończenie artykułu.

 

Z dnia na dzień żebrakami

Załóżmy w pierwszym wariancie dla przykładu, że wchodzimy do strefy euro przy wysokim kursie, np. 6 zł/1 euro, czyli przy słabym złotym. Oznacza to, że miliony Polaków stają się z dnia na dzień w Unii biedakami i żebrakami. Przeciętne dochody w wysokości 3 tys. zł nagle w strefie euro wynoszą 500 euro.

Pamiętajmy o milionach ludzi, którzy zarabiają w granicach 1 tys. złotych. Nagle miliony emerytów otrzymujący emerytury np. w granicach 1 tys. 200 zł – 1 tys. 500 zł otrzymują 200 – 250 euro. Czytelnik dokładnie wie, że odpowiednie wartości płac i emerytur w krajach strefy euro są wielokrotnie wyższe. Gdzież tu więc zbliżenie realnego poziomu konsumpcji?

Dodatkowo przy takiej konfiguracji kursu na unijnym rynku pracy polski pracownik staje się atrakcyjnie tani, mimo że jest lepiej wykształcony i posiada wyższe kwalifikacje. Może ktoś powiedzieć, że przecież ceny też dzielimy przez 6 i tym samym sytuacja polskiego pracownika i emeryta się nie zmienia.

To nieprawda, ponieważ po pierwsze ceny są już bliskie cenom strefy euro, a po drugie, nawet jeśli są gdzieś niższe, to w obszarze wspólnej waluty bardzo szybko dostosują się do wyższego poziomu. Tak nie dzieje się, niestety, z dochodami.

Każdy ekonomista wie, że dostosowania po stronie cen następują szybko, natomiast proces dostosowań po stronie dochodów trwa długo i mozolnie. Ponadto wysoki kurs wejścia czyni nasz majątek tanim na wspólnym rynku nieruchomości i tym samym staje się atrakcyjną ofertą zakupu dla obcego kapitału.

 

Zyskają eksporterzy?

O ile wysoki kurs jest niekorzystny dla obywatela występującego w roli pracownika, konsumenta i właściciela majątku, o tyle jest on korzystny dla przedsiębiorcy w roli eksportera. Jednakże korzyści eksporterów nie kompensują strat pracowników, konsumentów i właścicieli.

Po pierwsze dlatego, że korzyść eksportera nie wynika z jego działań związanych z racjonalizacją produkcji i obniżką kosztów produkcji. Korzyść finansowa w postaci osłabienia złotego dana mu jest z zewnątrz, ma charakter krótkookresowy i osłabia jego skłonność do podejmowania działań innowacyjnych. Jeśli już rząd chce ulżyć eksporterom, to niech to robi nie poprzez deprecjację złotego, lecz poprzez obniżanie kosztów pracy, np. likwidację podatku od zysku niepodzielonego.

Załóżmy teraz w drugim wariancie, również dla przykładu, że wchodzimy do strefy euro przy niskim kursie np. 3 zł/1 euro, a więc przy silnym złotym. Sytuacja jest lustrzanym odbiciem przykładu poprzedniego, z tym wyjątkiem, że sytuacja eksporterów tym razem się nie poprawi, lecz pogorszy.

To powinno w dłuższym okresie skutkować wyższą innowacyjnością przedsiębiorstw i zmniejszaniem fiskalnych obciążeń przedsiębiorstw. Dochody i wartość zasobów wyrażone w euro są wyższe, natomiast ceny dopasują się do poziomu rynku eurolandu tak, jak miało to miejsce w poprzednim wariancie. Oznacza to wzrost realnej konsumpcji polskich obywateli, a więc częściowe spełnienie kryteriów realnej konwergencji.

 

Interes Polski, a nie UE

Czas na wnioski. Pierwszy wniosek nasuwa się sam. Decyzję o przystąpieniu Polski do wspólnego obszaru walutowego należy rozważyć dopiero wówczas, kiedy luka rozwojowa między Polską a eurolandem zostanie znacznie zredukowana.

Będzie to trwać nie kilka, lecz kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt lat. Wymaga to konsekwentnej polityki narodowej, skierowanej na ochronę interesów polskich pracowników, konsumentów, właścicieli i przedsiębiorców. Dewizą takiej polityki musi być zasada: interes Polski przed interesem Unii, interes Unii o tyle, o ile jest to w interesie Polski. Możliwości takiej polityki istnieją, ale w tej kwestii na rząd Tuska i Rostowskiego nie ma co liczyć.

Drugi wniosek. Do przystąpienia do wspólnego obszaru walutowego należy przygotowywać się już od dziś. Istotą tych przygotowań jest tworzenie takich warunków, aby o kursie wejścia mogła samodzielnie decydować Polska, a nie manipulacja ze strony Brukseli. Im silniejszy złoty na wejściu, tym korzystniej dla Polski.

Suwerenność wyznaczenia kursu wejścia jest możliwa tylko wówczas, kiedy kraj ma w bilansie płatniczym zrównoważony rachunek obrotów bieżących. Kurs walutowy zależy wówczas od realnej siły konkurencyjnej gospodarki, wyrażającej się równowagą realnych strumieni eksportu i importu oraz dochodów czynników wytwórczych. W takiej sytuacji kapitał ma zamkniętą drogę do spekulacyjnego ataku na wartość waluty krajowej. O kursie decyduje suwerenny rząd.

Dlatego też polityka makroekonomiczna w perspektywie wejścia do strefy euro musi się koncentrować na równoważeniu rachunku obrotów bieżących w bilansie płatniczym. Niestety i w tej kwestii na rząd Tuska i Rostowskiego nie ma co liczyć.

Trzeci wniosek. Możliwe są rozwiązania przejściowe, integrujące Polską gospodarkę ze strefą euro bez utraty suwerenności podejmowania decyzji w interesie polskich obywateli. Pierwsze rozwiązanie to wprowadzenie rozliczeń, księgowości, przepływów pieniężnych w euro dla tych polskich przedsiębiorstw, w których działalność gospodarcza jest silnie zintegrowana z podmiotami strefy euro.

Drugie rozwiązanie to możliwość usztywnienia kursu złotego względem euro. Taki instrument, stabilizujący relacje wymiany międzynarodowej, stosowało wiele krajów przez wiele dekad.

Nie ma sprzeczności pomiędzy obopólnie korzystną współpracą, wymianą gospodarczą, kulturalną, intelektualną a suwerennym prawem do własnej ziemi we własnym kraju i do własnej waluty. O takiej Unii marzę.


Autor jest profesorem SGH w Katedrze Teorii Systemu Rynkowego Kolegium Zarządzania i Finansów.

Dr hab. Feliks Grądalski