Meandry cyfryzacji
Czwartek, 14 lutego 2013 (02:05)Agonia telewizji publicznej, białe plamy w pokryciu sygnałem cyfrowym, ograniczenie konkurencji na rynku mediów – na oczach zniesmaczonych telewidzów ziszczają się najbardziej pesymistyczne prognozy dotyczące zmiany nadawania programów telewizyjnych i radiowych z analogowego na cyfrowy.
Cyfryzacja była przedmiotem wnikliwych badań Instytutu Globalizacji, który jako pierwsza placówka w naszym kraju – znacznie wcześniej niż zrobili to przedstawiciele rządowej administracji – uruchomił program edukacyjno-badawczy pt. „Cyfrowa Polska”. W latach 2008-2011 eksperci Instytutu badali najlepsze strategie cyfryzacji na świecie i szukali odpowiedniego modelu modernizacji technologicznej dla Polski. Niestety, z wyjątkową determinacją zrealizowano scenariusz najgorszy dla widzów, a najlepszy dla telewizyjnego oligopolu.
Jaka cyfryzacja?
Przypomnijmy, po miesiącach badań, konsultacjach z wybitnymi ekspertami, uczestnictwie w konferencjach i wydaniu kilku raportów na ten temat Instytut Globalizacji sugerował przyjęcie modelu cyfryzacji bazującego na telewizji satelitarnej. Zwieńczeniem tego procesu miało być uruchomienie przez telewizję publiczną własnej, nieodpłatnej satelitarnej platformy cyfrowej, czyli stworzenie konkurencyjnego produktu na wzór brytyjskiej BBC, dzięki czemu Wielka Brytania należy do liderów światowej cyfryzacji, a rozwiązania tego kraju stawiane są za wzór do naśladowania.
Dzięki narodowej platformie cyfrowej telewizja publiczna mogłaby śmiało konkurować z prywatnymi nadawcami i zachować pozycję lidera rynku. Nie byłoby także przeszkód w dopuszczeniu do projektu prywatnego inwestora w przyszłości, co znacznie zwiększyłoby konkurencję na hermetycznym, lokalnym rynku telewizyjnym. To, iż cyfryzacja satelitarna jest najtańszą, najszybszą i najpewniejszą metodą postępu technologicznego, wiedzą wszystkie przedsiębiorstwa, które uruchomiły w ostatnich kilkunastu latach nadawanie programów, niezależnie czy są to komercyjne: Polsat lub TVN, czy misyjna, katolicka Telewizja Trwam. Gdyby bardziej korzystne było tworzenie telewizji naziemnej, z pewnością wszyscy inwestorzy stworzyliby własną telewizję naziemną. Ale tak się nie stało. Przyczyn jest mnóstwo. Cyfryzacja satelitarna jest najbardziej zaawansowana technologicznie. Pozwala na zapewnienie najlepszej jakości sygnału HD oraz mnóstwa usług dodatkowych, takich jak telewizja na żądanie, telefonia cyfrowa czy dostęp do ultraszybkiego internetu szerokopasmowego. Umożliwia także pokrycie 100 proc. terytorium sygnałem cyfrowym. Jest też gwarantem bezpieczeństwa narodowego. Chyba nikt nie wyobraża sobie strącenia satelity w czasie ewentualnego konfliktu zbrojnego, a gdyby nawet tak się stało, całe nadawanie można w stosunkowo krótkim czasie przenieść na innego satelitę.
Od strony ekonomicznej cyfryzacja satelitarna jest znacznie tańsza. Mniejsze są wymagane inwestycje w infrastrukturę, nie trzeba budować od nowa masztów do nadawania czy uruchamiać specjalnych multipleksów, jak w przypadku telewizji naziemnej. Cyfryzacja naziemna w pewnych przypadkach może być nawet dziesięciokrotnie droższa od cyfryzacji satelitarnej.
Kto na tym zyskał
Wbrew logice decydenci z wyjątkową desperacją storpedowali projekt uruchomienia narodowej platformy cyfrowej przez TVP oraz zdecydowali się na najdroższy wariant cyfryzacji naziemnej. Jej koszty szacuje się na blisko 2 mld zł, natomiast cyfryzacja radia może okazać się kilkakrotnie droższa. Beneficjentów cyfryzacji naziemnej można wskazać palcem i postawić uzasadnioną tezę, że był to proces rozszerzenia zasięgów nadawczych stacji prywatnych na koszt podatnika.
Dlaczego cyfryzacja naziemna jest tak droga? Ma to związek z budową infrastruktury. Szczególnie jest to odczuwalne w przypadku terenów górzystych czy wysp, gdzie dotarcie z sygnałem naziemnym jest utrudnione. Przekonały się o tym wcześniej Hiszpania i Francja. W Hiszpanii przejście z pokrycia kraju sygnałem cyfrowym z 90 do 96 proc. zwiększyło nakłady na cyfryzację o 2/3. Pokrycie ostatnich 10 proc. terytorium Francji okazało się także ogromnym finansowym i technologicznym wyzwaniem.
W przypadku platform satelitarnych koszt dotarcia z sygnałem do użytkownika końcowego jest znacznie tańszy. Polacy wiedzą o tym doskonale, bo od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat cyfryzują się… sami. Już w latach 80. ubiegłego wieku, dzięki prywatnemu importowi, głównie z NRF, pojawiły się w naszym kraju pierwsze zestawy do odbioru zachodnich telewizji satelitarnych. Polacy stali się entuzjastami zarówno nowinek technologicznych, jak i programowych. Nasz kraj od lat notuje jedną z największych w Europie dynamik sprzedaży nowoczesnych telewizorów w technologii plazmowej i LCD, umożliwiających odbiór programów w wysokiej rozdzielczości. Od lat jesteśmy także przyzwyczajeni do płacenia za dostęp do cyfrowej telewizji, o czym świadczy popularność platform cyfrowych w naszym kraju.
Należało włożyć rzeczywiście dużo wysiłku, aby nie dostrzec tych oczywistych prawidłowości i z nich nie skorzystać. Tym bardziej że na Wyspach Brytyjskich mieliśmy niemal gotowy model do skopiowania. Publiczna BBC jako pierwsza w Europie uruchomiła bezpłatną platformę cyfrową FreeSat, z największą liczbą darmowych kanałów HD i mnóstwem usług dodatkowych, dla wszystkich płacących abonament radiowo-telewizyjny. Do dziś pozycja narodowego nadawcy pozostaje nie do zakwestionowania.
Białe plamy
Tymczasem w Polsce zrealizował się jeden z najczarniejszych scenariuszy cyfryzacji. Już w latach 2005-2009 TVP straciła 22 proc. rynku, a na rok obrachunkowy przewidywała 70 mln zł straty. Wciąż była jednak niekwestionowanym liderem rynku telewizyjnego w jednym z największych krajów Unii Europejskiej. Obecnie, według danych KRRiT, łączny udział w rynku Programu 1 i 2 TVP jest już porównywalny z łącznym udziałem TVN czy Polsatu, przy czym w niektórych grupach wiekowych większa oglądalność jest po stronie nadawców komercyjnych.
Pod względem finansowym telewizja publiczna ledwo zipie. 2012 rok zamknie się znów stratą w wysokości 70 mln złotych. Ale nie dlatego, że Polacy nie płacą abonamentu, tylko dlatego, że nie podjęto w firmie kluczowych decyzji, które mogłyby zapobiec katastrofie. Sytuacja ekonomiczna spółki jest tak fatalna, że pod młotek ma pójść nawet siedziba „Wiadomości”, czyli budynek na pl. Powstańców Warszawy, który ma przynieść zastrzyk finansowy w wysokości 100 mln złotych.
Cyfryzacja naziemna przebiega w sposób kompromitujący. Mimo że minister ds. cyfryzacji budzi się nocą, aby przeciąć wstęgi i nacisnąć magiczny przycisk „start” w świetle kamer, nie zmienia to prawdziwego obrazu rzeczy. Okazuje się, że nadajniki, które technologicznie przypominają te znane z telefonii komórkowej (są jednak od nich wyższe), nie są w stanie pokryć niektórych terenów. Zbyt niskie maszty zbudowano na Kaszubach, nie mówiąc już o chaosie na terenach górskich – przede wszystkim w Tatrach.
Mieszkańcy Podhala protestują. Bez niezbędnych inwestycji, po wyłączeniu sygnału analogowego, dostępu do telewizji naziemnej będą pozbawieni np. uczestnicy Forum Ekonomicznego w Krynicy (choć organizatorzy zapewne postarają się zapewnić dostęp satelitarny). Górale na swoją telewizję poczekają więc do roku 2014, kiedy zostanie uruchomiony trzeci z multipleksów.
Niższa konkurencja
Nie tylko telewizja publiczna stała się zakładnikiem nadawców komercyjnych. Cyfryzacja naziemna okazała się wielką szansą dla dotychczasowych nadawców satelitarnych. Są jednak wyjątki. Z procesu cyfryzacji została wykluczona jedyna katolicka telewizja w Polsce – Telewizja Trwam. Należy stanowczo zaznaczyć, że ten krok jest decyzją polityczną, niemającą żadnego uzasadnienia. Miał on na celu ograniczenie konkurencji ze strony dynamicznie rozwijających się mediów katolickich, niosących zagrożenie światopoglądowe dla modelu lansowanego przez opcje rządzące.
Wykluczenie z cyfryzacji naziemnej Telewizji Trwam jest medialnym i moralnym skandalem, niemającym precedensu. Pozbawia ono Polaków wolnego wyboru dotyczącego mediów oraz niesie za sobą wiele strat o charakterze gospodarczym. Ograniczanie konkurencji na rynku telewizyjnym powoduje niższy wzrost sektora, niższe obroty przedsiębiorstw, a tym samym mniejsze zatrudnienie na rynku pracy. Mniejsza liczba nadawców ogranicza ofertę programową i technologiczną. Narzuca też odbiorcom wyższe ceny i niższą jakość usług. Mniejsza jest zatem satysfakcja widza z otrzymanego produktu. Takie postępowanie jest także sprzeczne z wolą obywateli, którzy – jak dowodzą tego masowe protesty – chcieliby, aby w ofercie naziemnej znalazły się także media katolickie. Niestety, władza pozostaje głucha na vox populi.
Zdziwienie budzi także technologiczny model budowania telewizji naziemnej, oparty na standardzie DVB-T, który za kilka lat najpewniej zostanie zmieniony na następcę: DVB-T2. Nowy system DVB-T2, wdrażany obecnie na Ukrainie, w Czarnogórze, Serbii, Turcji, a także w Niemczech, oferuje znacznie lepszy poziom technologiczny oraz możliwość umieszczenia większej liczby programów na cyfrowych multipleksach. Motywy wdrażania technologii, które za kilka lat trzeba będzie wymienić, są zrozumiałe – ogranicza się tym samym konkurencję na rynku i będzie można dodatkowo zarobić na przejściu z technologii starej na nową. Za wszystko zapłaci przecież podatnik.
dr Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji