Stawką jest człowiek
Środa, 23 stycznia 2013 (02:03)Wraz z początkiem nowego, 2013 roku na forum Zgromadzenia Ogólnego stanu Illinois przedstawiono propozycję zmiany prawnej definicji małżeństwa, tak aby objęła ona również osoby tej samej płci.
Można się spodziewać, że w nadchodzącej dyskusji nauczanie Kościoła na temat homoseksualizmu będzie przedstawiane jako „antygejowskie”, bez rozróżnienia, że Kościół, uznając akty homoseksualne za moralnie nieuporządkowane, nie odrzuca osób o tych skłonnościach. O co więc chodzi we wspomnianej inicjatywie ustawodawczej i w nauczaniu Kościoła na temat małżeństwa?
Uzupełniające się płci
Zasadniczo natura małżeństwa nie jest wcale kwestią religijną. Powołanie do małżeństwa wpisane jest w samą naturę kobiety i mężczyzny. Chrystus uświęcił je jako sakrament dla ochrzczonych, nadając mu znaczenie transcendentne. Państwo chroni małżeństwo, ponieważ jest ono kluczowe dla istnienia rodziny i dla wspólnego dobra społeczeństwa. Jednak ani Kościół, ani państwo nie wynalazło małżeństwa, więc żadne z nich nie może zmienić jego natury.
„Prawa natury i jej Bóg”, że użyję w tym miejscu wyrażenia zaczerpniętego z Deklaracji Niepodległości USA, nadały rodzajowi ludzkiemu dwie, wzajemnie uzupełniające się płci, zdolne do przekazywania życia przez to, co prawo do tej pory nazywało związkiem małżeńskim. W idealnym przypadku podstawę dopełnionego związku powinna stanowić wzajemna miłość, lecz jeśli ma to być prawdziwie ludzkie działanie, musi mu zawsze towarzyszyć też obopólna zgoda. Jednak bez względu na to, jakiego rodzaju więzi łączą osoby tej samej płci, fizyczną niemożliwością jest dopełnienie związku przez dwóch mężczyzn lub dwie kobiety, a niedopełnione małżeństwo stanowi przesłankę do jego unieważnienia nawet na gruncie prawa cywilnego.
Obraza ludzkiego rozumu
Akt małżeński jest ze swej natury czymś absolutnie różnym od relacji łączących osoby tej samej płci. Prawda ta stanowi element zdrowego rozsądku właściwy całej ludzkości. Prawda ta była znana przed powstaniem Kościoła i państwa, i przetrwa zarówno stan Illinois, jak i całe Stany Zjednoczone Ameryki. Propozycja zamiany owej prawdy o małżeństwie w prawie cywilnym jest nie tyle zagrożeniem dla religii, co obrazą dla rozumu ludzkiego i wspólnego dobra społeczeństwa. Oznacza ona, że mamy udawać, że przyjmujemy coś, co jest fizycznie niemożliwe. Parlament mógłby równie dobrze znieść prawo grawitacji.
O co więc toczy się gra wokół tej ustawy? Z pewnością o naturalne relacje pomiędzy rodzicami i dziećmi. Dzieci, nawet jeśli nie są wychowywane przez swoich biologicznych rodziców, chcą wiedzieć, kim są ich rodzice, kto jest ich naturalną rodziną. Fascynacja tablicami genealogicznymi i otwarcie dostępu do danych adopcyjnych w stanie Illinois najlepiej świadczą o pragnieniu znalezienia własnego miejsca w biologicznym łańcuchu pokoleń. Nie znalazły się jeszcze żadne wiarygodne badania, które kwestionowałyby to, co wszyscy dobrze wiemy. Stabilne małżeństwo mężczyzny i kobiety chroni dzieci, otaczając je rodzinną miłością i stwarzając solidne podstawy do rozwoju. Wspomniane wyżej naturalne pragnienie, i tak już słabnące w coraz bardziej rozwiązłym społeczeństwie, nie znajdzie już oparcia w prawie cywilnym. Nie będzie już ani trochę bardziej „normalne” niż jakikolwiek inny pomysł na „rodzinę”. Jeśli natura małżeństwa zostanie zniszczona w przepisach prawa cywilnego, to również naturalna rodzina na tym ucierpi.
Obłudny tytuł
Co więcej, osoby rozróżniające małżeństwo i związki jednopłciowe będą posądzane o bigoterię. I w tym właśnie momencie ujawnia się wymiar religijny tego zagadnienia. Umieszczenie „wolności religijnej” w tytule projektu ustawy jest otwartym przyznaniem, że nauczanie oparte na prawdach naturalnych będzie od tej pory stanowić dowód bezprawnej dyskryminacji oraz będzie podlegać karze. Sam tytuł ustawy jest co najmniej ironiczny, jeśli nie obłudny. Ci, którzy wiedzą, że małżeństwo stanowi związek mężczyzny i kobiety nakierowany na dobro rodziny, zostaną ukarani społecznym ostracyzmem i dlatego będą niemile widziani na większości wydziałów uniwersyteckich i w składach redakcyjnych najważniejszych gazet. Zostaną wykluczeni z przemysłu rozrywkowego. Ich dzieci i wnuki dowiedzą się w publicznych szkołach, że ich rodzice są nieoświeceni, że są kimś na kształt rasistowskich marionetek. Prawo uczy, prawo jest wyrazem wartości przyjmowanych przez społeczeństwo, a większość ludzi podąża za społecznymi trendami, nawet gdy oddalają się one od moralności.
Legalizacja aborcji jest dobrym przykładem tego, jak niemoralna procedura skutkująca śmiercią dzieci w łonach ich matek jest najpierw prawnie dopuszczona w ograniczonym zakresie jako zło konieczne, a po czterdziestu latach staje się już warunkiem ludzkiej wolności, który należy zachować za wszelką cenę, kluczowym elementem „zdrowia reprodukcyjnego”. Małżeństwo podąża tą samą ścieżką. Modelowe prawa sankcjonujące związki jednopłciowe w prawie cywilnym od dziesięcioleci są włączane do edukacji prawniczej. Prawie tyle samo czasu trwa medialna kampania mająca na celu znieczulenie społeczeństwa na tę kwestię i przekonanie go do przyjęcia jako normy czegoś, co do tej pory budziło sprzeciw. Widzimy już kres ogromnego wysiłku propagandowego podjętego przez środowisko niewzruszenie pewne, że znajduje się w awangardzie postępowej ludzkości. Nie jest to jednak zupełnie nowa obserwacja. Już dwa tysiące lat temu Kościół rodził się pośród społeczeństwa wyznającego wartości, które dziś znowu przedstawia się jako niezbędne dla zaistnienia społeczeństwa sprawiedliwego.
Po co więc takie prawo? Odkąd wszystkie prawne skutki zawarcia naturalnego małżeństwa przypisano także osobom tej samej płci zawierającym związki cywilne, obecnie gra toczy się o szacunek i pełne społeczne przyzwolenie dla układów jednopłciowych. Ponieważ dla uczciwych ludzi nienawiść lub pogarda dla innych są nie do przyjęcia, związki te jawią się dla wielu jako pełna zrozumienia i dobrych chęci pomoc w osiągnięciu szczęścia. Jednak małżeństwo to publicznie podjęte zobowiązanie do czegoś więcej niż tylko własne szczęście dwóch dorosłych osób. Wynalezienie „praw obywatelskich” stojących w opozycji do prawa naturalnego nie rozwiązuje problemu własnego nieszczęścia.
Wbrew nauce Kościoła
Niektórzy pobożni ludzie ubierają poparcie dla nowych przepisów w szaty współczucia, sprawiedliwości i wyrozumiałości. Właśnie na takich uczuciach grano do tej pory, usprawiedliwiając różne zjawiska od eugeniki po eutanazję. Jeśli religia ma oznaczać coś więcej niż tylko uczucia, to moralna treść tych haseł musi zawierać prawdę poznaną przez ludzki umysł i objawioną przez Boga. Związki osób tej samej płci są niezgodne z nauczaniem Kościoła, które od dwóch tysięcy lat podtrzymuje jego jedność z Bogiem. (…)
Kosztem ludzkiej godności
Wreszcie gra wokół projektu ustawy toczy się o to, co było tematem kilku zdań zawartych w przemówieniu Ojca Świętego do jego współpracowników w Rzymie z okazji zakończenia roku. Cytując naczelnego rabina Francji Gillesa Bernheima, który wypowiedział się w sprawie „filozofii gender” odciskającej piętno na proponowanym ustawodawstwie regulującym kwestię małżeństw we Francji, Papież Benedykt XVI zauważył: „Manipulowanie naturą, potępiane dziś w odniesieniu do środowiska, staje się tutaj wyborem podstawowym człowieka wobec samego siebie. Istnieje teraz tylko człowiek w sposób abstrakcyjny, który następnie autonomicznie coś sobie wybiera jako swoją naturę. Dochodzi do zakwestionowania mężczyzny i kobiety w ich wynikającej ze stworzenia konieczności postaci osoby ludzkiej, które nawzajem się dopełniają. Jeżeli jednak nie istnieje dwoistość mężczyzny i kobiety jako dana wynikająca ze stworzenia, to nie ma już także rodziny jako czegoś określonego na początku przez stworzenie. Ale w takim przypadku również dziecko utraciło miejsce, jakie do tej pory jemu się należało, i szczególną, właściwą sobie godność.
Rabin Bernheim pokazuje, jak obecnie musi się ono stać w miejsce samoistnego podmiotu prawnego przedmiotem, do którego ma się prawo i który jako przedmiot, do którego ma się prawo, można sobie sprokurować. Tam, gdzie wolność tworzenia staje się wolnością tworzenia siebie samego, nieuchronnie dochodzi się do zanegowania samego Stwórcy, a wraz z tym ostatecznie dochodzi także do poniżenia człowieka w samej istocie jego bytu, jako stworzonego przez Boga, jako obrazu Boga. W walce o rodzinę stawką jest sam człowiek. I staje się oczywiste, że tam, gdzie dochodzi do zanegowania Boga, zniszczeniu ulega także godność człowieka. Kto broni Boga, ten broni człowieka”.
O to właśnie toczy się gra. Mimo pozornej nieuchronności wprowadzenia prawa o układach jednopłciowych każdy odpowiedzialny obywatel powinien rozważyć, co musi zrobić w tej chwili, gdy nieudolny parlament, którego wielu członków nie odpowiada już przed własnymi wyborcami, szykuje się do podjęcia owej brzemiennej w skutki decyzji. Szczęść Boże.
Tekst za „Catholic New World”, dwutygodnikiem archidiecezji Chicago.
Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.