• Sobota, 30 maja 2026

    imieniny: Jana, Feliksa, Ferdynanda

Nie było powrotu na białym koniu

Czwartek, 6 czerwca 2019 (23:08)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Były oczekiwania, że Donald Tusk wróci do polskiej polityki, rosło napięcie, ale po jego ostatnim wystąpieniu żadne konkrety nie padły. Czy po tym, co mówił wcześniej na Uniwersytetach w Warszawie i Poznaniu, nie był to jednak krok wstecz?

– Donald Tusk jest w pewnym sensie współautorem porażki Platformy w niedawno zakończonych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Włączył się w kampanię w sposób wyjątkowy jak na funkcję szefa Rady Europejskiej, którą piastuje, ponadto zaostrzył kampanię w sensie ideologicznym. Stąd, gdyby dzisiaj ogłaszał nową inicjatywę, to byłoby to co najmniej dziwaczne i nieracjonalne. Dlatego napięcie przed jego wystąpieniem rzeczywiście rosło, i to od dłuższego czasu, ale okazało się, że z wielkiej chmury był mały deszcz.

Czy w tym momencie perspektywa kandydowania Tuska w wyborach prezydenckich jest realna, czy raczej oddala się?

– Kandydowanie Donalda Tuska jest oczywiście realne, bo zasadniczo obóz opozycji nie za bardzo ma kogo wystawić w wyborach prezydenckich, natomiast zwycięstwo absolutnie się oddala. Inna sprawa, czy sam Tusk zdecyduje się kandydować i ubiegać się o najwyższy urząd w państwie. Dla niego przegrać wybory prezydenckie, a warto przypomnieć, że już kiedyś poniósł porażkę, kiedy w 2005 roku został pokonany przez Lecha Kaczyńskiego, byłoby bardzo dotkliwe. Wówczas cały mit Donalda Tuska jako tego, który na przysłowiowym białym koniu wraca z Brukseli i ratuje Platformę, zostałby już całkowicie obalony i to na zawsze. Dlatego nie jestem przekonany, żeby sam Tusk, mając tego wszystkiego świadomość, zdecydował się na start w wyborach prezydenckich.

Wielu może być zawiedzionych…

– Owszem, ale Tusk zdaje sobie sprawę, że ewentualna porażka byłaby dla niego końcem kariery politycznej, a z całą pewnością nie chce odchodzić, zwłaszcza po kadencji przewodniczącego Rady Europejskiej, na emeryturę. Inną sprawą pozostaje to, czego dokonał, a właściwie czego nie zrobił, piastując wysoką, jakby nie było, funkcję w Brukseli. Nie ma zatem na czym się oprzeć, żeby powiedzieć o sobie: jestem wielkim politykiem. Bo de facto nie jest i nie zrobił niczego dobrego, zwłaszcza dla Polski. Owszem, był w Brukseli, ale nie pomagał Polsce, a walczył i pomagał obalić polski rząd. Z całą pewnością nie jest to rekomendacja, żeby zostać prezydentem Rzeczypospolitej. Tusk zatem nie ma argumentów przemawiających za kandydowaniem na najwyższy urząd w państwie. Jeszcze gdyby Polacy odwracali się od obecnego rządu Zjednoczonej Prawicy w wyborach do Parlamentu Europejskiego czy w zbliżających się wyborach parlamentarnych w Polsce, to wówczas byłaby jakaś szansa, że mityczny obrońca demokracji z Brukseli przybędzie, aby ratować kraj. Ale rzeczywistość jest zupełnie inna i nic takiego nie widać na horyzoncie. Tak czy inaczej wydaje się, że perspektywa czy wizja Tuska jako męża opatrznościowego Platformy się oddala.

Donald Tusk w Gdańsku mówił też o zaangażowaniu się samorządów w wybory i zmiany w Polsce, stanęli za nim prezydenci czterech miast, gdzie rządzi Platforma, ale żadne konkrety nie padły…

– Po przegranych przez Koalicję Europejską wyborach pojawiły się głosy o tzw. regionalizacji Polski, co rozpatrując racjonalnie, jest kosmicznym programem czy wizją. To szkodliwy, niebezpieczny program, gdyby się w ogóle pojawił. Regionalizacja byłaby bowiem pozbawianiem czy ograniczaniem kompetencji państwa polskiego. Dlatego jest to koncepcja nie do zaakceptowania. Po drugie, pomysł włączenia samorządowców do dużej polityki niekoniecznie byłby dla nich opłacalny, bo Prawo i Sprawiedliwość może ponownie wygrać wybory, z czego wszyscy zdają sobie sprawę, a samorząd musi współpracować z władzami centralnymi, bo to się wiąże z pozyskiwanie różnych funduszy, m.in. na inwestycje itd. W tej sytuacji ustawienie się w kontrze wobec rządu – w zbliżającej się kampanii parlamentarnej – z perspektywą bardzo realnej porażki, a może nawet klęski, nie dałoby nic lokalnym liderom, nawet ideowo czy politycznie związanym z Platformą, natomiast osłabiłoby ich. W związku z tym nie sądzę, żeby wśród liderów samorządowych było aż tak dużo osób, które chcą na tym wątpliwym zaangażowaniu stracić.

Nasuwa się też pytanie, z czym opozycja totalna chce trafić do Polski lokalnej, samorządowej?

– Trzeba mieć program. Jeśli tym programem jest pomysł regionalizacji Polski, na wzór rozbicia dzielnicowego, to wyborcy z całą pewnością tego nie kupią. Ci, którzy mają choć odrobinę zdrowego rozsądku, którzy mają w sobie jakiś pokłady patriotyzmu i pamiętają, że rozbicie dzielnicowe już raz doprowadziło nas do katastrofy i że dzisiaj jest to może w interesie Niemiec, ale na pewno nie w interesie Polski. Jeśli zaś opozycja wyjdzie z programem upodmiotowienia samorządów, czy z próbą – jak to pojawiało się w mediach – podziału, pęknięcia Polski na zachód i wschód wzdłuż Wisły, to takie propozycje, jeśli się nawet spodobają samorządowcom, to z pewnością nie spodobają się Polakom. Widać zatem, że to wszystko coraz bardziej się odrealnia, coraz bardziej jest to szukanie na siłę pomysłu, jak przejąć władzę, ale żeby wygrać wybory, to trzeba realnie patrzeć na świat, trzeba mieć pomysł na Polskę i propozycje dla Polaków, a nie szukać pomysłów rodem z kosmosu.     

A co z PSL-em i dalszym udziałem ludowców w Koalicji Europejskiej, zwłaszcza po ostatnich, ostrych wypowiedziach Waldemara Pawlaka?

– PSL ma oczywiście wewnętrzne pęknięcia, ale to pęknięcie jest też pewnym testem wyborczym, czy ich zwolennicy to zaakceptują. Chodzi o to, czy trwanie w Koalicji Europejskiej jest jedyną drogą, co może doprowadzić do anihilacji jako osobny byt partyjny, czy też lepiej pójść drogą osobną. Pewnie ludowcy robią sobie wewnętrzne badania i jeśli z tych badań im wyjdzie, że jednak mają szanse na przekroczenie pięcioprocentowego progu wyborczego, to wtedy mogą pójść do jesiennych wyborów samodzielnie. Natomiast jeśli im wyjdzie, że jest już za późno, że samodzielny start nic im nie da, to wtedy będą zmuszeni pójść do Koalicji Europejskiej. Czyli wybory europejskie, owszem, przyniosły sukces w postaci uzyskania trzech mandatów do Parlamentu Europejskiego przez ich działaczy, ale odbyło się to kosztem utraty zaufania przez całe ugrupowanie. Proszę pamiętać, że dużą wartością PSL-u jest marka ponadstuletniego ugrupowania, którą politycy tej formacji cały czas się posługują czy też którą się afiszują. Niestety z tej marki zrezygnowali i razem z liberałami poszli do wyborów. Efekt jest taki, że całe ugrupowanie znalazło się w bardzo głębokim kryzysie. Dlatego kierownictwo PSL-u testuje możliwość powrotu do tego, co było, ale trudno powiedzieć, czy wyborcy, szczególnie polska wieś, którą zagospodarowuje już PiS, to kupi. Bardzo wątpliwe.

Czy po ostatniej zachęcie Lecha Wałęsy, adresowanej do mniejszości seksualnych, żeby zakładali własną partię, na polskiej scenie może wyrosnąć nowa formacja polityczna? 

– Na polskiej scenie jest już taka partia Wiosna Roberta Biedronia, więc nie wiem, czy Lecha Wałęsa zdążył zauważyć ten szczegół. Natomiast słuchając tego, co mówi Lech Wałęsa, trudno komentować jego ekwilibrystyki, bo trudno zrozumieć, że z jednej strony w klapie marynarki nosi Matkę Bożą, a z drugiej wspiera mniejszości seksualne, ubierając je w polityczne buty. To, co robi były prezydent, jest kompromitujące.  

Dziękuję za rozmowę.   

 

Mariusz Kamieniecki