Jedyne wyjście: twardy brexit?
Sobota, 25 maja 2019 (18:25)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Wygląda na to, że w czerwcu Brytyjczycy będą mieć nowego premiera. Jak odbiera Pan zapowiedź dymisji premier Theresy May?
– Jej wizja i ona sama jako premier rządu poniosła porażkę. Faktem jest, że Wielka Brytania jako kraj nie wie, co zrobić z decyzją swojego własnego społeczeństwa o brexicie. Sytuacja jest skomplikowana, jeśli bierzemy pod uwagę brytyjską scenę polityczną, i różne scenariusze są jeszcze możliwe.
Theresa May odchodzi, ale problem z brexitem pozostaje nierozwiązany. Co ta dymisja oznacza dla procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej?
– Sytuacja, która jest trudna, jeszcze bardziej się komplikuje. Brytyjczycy, którzy trzy lata temu podjęli decyzję o opuszczeniu Unii, będą cały czas uczestniczyć w życiu parlamentarnym, a więc będą mieć jakiś wpływ na wybór nowej Komisji Europejskiej. To wszystko sprawia, że sytuacja jest mocno skomplikowana w perspektywie europejskiej, nie mówiąc już o brytyjskiej, gdzie obie wiodące partie, a więc Partia Pracy czy Torysi, odnotowały mocny spadek w sondażach. I teraz zacznie się przynajmniej próba porządkowania tej sytuacji poprzez zmianę lidera Partii Konserwatywnej, który przejmie po Theresie May urząd premiera Wielkiej Brytanii. Jak to się wszystko potoczy – zobaczymy w czerwcu.
Jakie główne problemy stoją przed nowym premierem Wielkiej Brytanii i jakie w związku z tym są oczekiwania Brytyjczyków?
– Brytyjczycy to społeczeństwo dumne, stąd nie wystarczy prosty ruch tak jak kiedyś we Francji, gdzie odrzucony w referendum traktat konstytucyjny został praktycznie przepisany w traktacie lizbońskim i zaakceptowany w referendum – zaczął obowiązywać. Przypomnę, iż rzeczywistość, jaka wówczas nastała, doprowadziła do wzrostu nastrojów eurosceptycznych. Wiemy, że Brytyjczycy są wprawdzie cały czas podzieleni, jeśli chodzi o wyjście z Unii Europejskiej, ale tam nie ma zwyczaju, żeby w prosty sposób lekceważyć wolę wyborców. Od kilku lat komentujemy to, co się dzieje w Wielkiej Brytanii w relacjach z Unią Europejską, i cały czas powtarzamy, że właściwie wszystkie scenariusze są możliwe. Francuzi nade wszystko, a Niemcy do tego się przyłączyli, starali się stawiać twarde warunki wystąpienia z Unii dla Wielkiej Brytanii, co było nie do zaakceptowania przez brytyjski parlament. Brytyjczykom nie udało się poróżnić głównych europejskich graczy tak, żeby osłabić ich siłę negocjacyjną, a poprawić swoją. Dlatego dymisja premier Theresy May była tylko kwestią czasu.
Czy można zaryzykować stwierdzenie, że Theresa May jest ofiarą polityki m.in. Donalda Tuska? W końcu obecny szef Rady Europejskiej nie zrobił nic, żeby zatrzymać Wielką Brytanię w Unii…
– Premier Theresa May jest ofiarą polityki nie tylko Donalda Tuska, ale nade wszystko Komisji Europejskiej. Jest też ofiarą polityki Angeli Merkel, jeśli chodzi o politykę migracyjną, bo to decyzje kanclerz Niemiec spowodowały strach w oczach Brytyjczyków, którzy zdecydowali się wystąpić ze Wspólnoty, obawiając się następstw „polityki otwartych drzwi”. W tym sensie – o czym się nie mówi głośno w Europie – takiej Komisji Europejskiej, takich przywódców, polityków jak ta odchodząca, to Unia Europejska chyba jeszcze nie miała.
Jeśli chodzi o Tuska, to Brytyjczycy nie zapomną mu wypowiedzi o „specjalnym miejscu w piekle” dla tych, którzy promowali brexit, nie mając choćby szkicu, jak go przeprowadzić…
– Donald Tusk, posługując się taką figurą retoryczną, rzeczywiście rozsierdził Brytyjczyków. I pewnie wielu mu tego nie zapomni, dlatego nic dziwnego, że na Wyspach jest określany jako „arogancki impertynent”. Natomiast realnie nikt Tuska nie traktuje jako czynnik podmiotowy w perspektywie europejskiej, który byłby w stanie cokolwiek narzucić, który byłby w stanie sam cokolwiek wymyślić i przeforsować. Zresztą nie po to go postawiono na stanowisku szefa Rady Europejskiej, żeby snuł własne pomysły, ale była to nagroda za proniemieckie nastawienie z czasów, kiedy był premierem Polski. Z drugiej strony drugą kadencję zasiada na tym fotelu po to, żeby reprezentował interesy wielkich unijnych graczy. W tej sytuacji pośrednio oczywiście jego konto obciąża brexit, ale bezpośrednim, głównym czynnikiem, który przyczynił się do decyzji Brytyjczyków o wystąpieniu z szeregów Unii Europejskiej, były wszystkie procesy społeczne, a szczególnie masowy napływ imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu przyjmowanych przez kanclerz Angelę Merkel. I to ostatecznie przeważyło szalę za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii. Natomiast jeśli chodzi o Komisję Europejską, to wiadomo jak ona reagowała na pomysły Angeli Merkel, kiedy padały kwoty imigrantów, które trzeba będzie przerzucać do poszczególnych państw. Wreszcie Wielka Brytania: Brytyjczycy – z silnym przywiązaniem do suwerenności, podmiotowości – źle patrzyli na to, co można nazwać centralistyczną polityką Komisji Europejskiej.
A jeśli chodzi o oczekiwania co do nowego rządu w Londynie?
– Wydaje się, że jest spora część społeczeństwa i elit brytyjskich, które uznają, że skoro z Unią Europejską nie da się dogadać, to jedynym wyjściem jest twardy brexit. W tym podejściu nie ma mowy o dwuznacznych ruchach, jakie wykonywała premier Theresa May. Być może w tym całym zamieszaniu w końcu wygra jakiś twardy kurs. Wcale nie wykluczałbym takiego scenariusza. Owszem, niektórzy oczekują, że Wielka Brytania zawróci i ustami swoich przywódców powie: „nie wychodzimy z Unii”, ale równie prawdopodobne jest to, że jakiś twardszy gracz przejmie stery nowego rządu w Londynie i zagra twardą kartą, że nie będzie się oglądał na doraźne trudności, czy nawet kłopoty gospodarcze zarówno swoje, jak i Unii, tylko, skoro gra jest twarda, to zagra twardo.
Jak odbiera Pan doniesienia „Die Welt”, że być może Angela Merkel zostanie szefem Rady Europejskiej?
– Jeśli wierzyć w taki scenariusz, to Angela Merkel przejęłaby rolę, jaką dotąd odgrywała nieformalnie, a więc już oficjalnie objęłaby stanowisko szefa Rady Europejskiej. Problem jest tylko taki, że dotychczasowi przewodniczący Rady Europejskiej: Herman Van Rompuy i Donald Tusk, byli niewyraźni, mało charyzmatyczni, żeby nie powiedzieć: niemrawi, i nie nadawali tonu. Inna sprawa, że celowo wybierano właśnie takich kandydatów, żeby nie dominowali nad czynnikiem centralistycznym. Natomiast gdyby to Angela Merkel objęła stanowisko szefa Rady Europejskiej – polityk z dużym doświadczeniem rządzenia Niemcami, to wtedy rzeczywiście można by mówić, że to stanowisko będzie przypominać stanowisko prezydenta Europy, przywódcy Unii Europejskiej jako takiej – rzeczywistego, a nie malowanego jak dotąd. I to – w moim przekonaniu – zupełnie zmieniałoby funkcję formalnie bardzo wysoką w Unii, ale do tej pory realnie drugorzędną.
Jak odczytywać poparcie państw Grupy Wyszehradzkiej dla Angeli Merkel?
– Przede wszystkim trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest, czy „Die Welt” nie przesadził. W takich przypadkach rodzi się pytanie, czym takie ewentualne poparcie miałoby być obwarowane, co w zamian. Nie można też wykluczyć, że toczy się jakaś wewnętrzna gra, licytacje, które taktycznie Grupa Wyszehradzka – jeśli deklaracja taka rzeczywiście pada – chce ugrać. Być może też kandydatura Angeli Merkel jest nierzeczywista, tylko jest licytowanie budżetu unijnego. Jest szereg spraw, których kulis nie znamy, dlatego za tymi spekulacjami nie podążałbym, bezkrytycznie dając im wiarę, bo wiemy, że szereg spraw w Unii obecnie jest negocjowane. Np. poparcie Angeli Merkel jest kluczowe dla ułożenia przyszłego budżetu, który dla Wspólnoty jest bardzo istotny. I w tym sensie poparcie na wiwat dla Merkel miałoby coś zmieniać w tych realiach. Ale tego nie wiemy, bo to wszystko jest grą zakulisową, podobnie jak spekulacje medialne, których może być jeszcze wiele, a które – jak ta – są, póki co, niepotwierdzone.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki