• Środa, 27 maja 2026

    imieniny: Augustyna, Jana, Juliusza

Lokalne struktury bez partyjnej dyscypliny

Środa, 31 października 2018 (21:46)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Po wyborach samorządowych tam, gdzie żadne z ugrupowań nie ma większości, powstają koalicje – czasem dość egzotyczne, jak ta w powiecie koneckim, gdzie w Radzie Powiatu rządzić będzie koalicja SLD Lewica-Razem – PiS. Jak odbierają to wyborcy, np. sympatycy PiS?

– Na dole liczy się praca na rzecz lokalnej społeczności, dlatego im niżej, tym pewnie łatwiej zawiązywać takie porozumienia. Na niskich szczeblach samorządów często elementy idei politycznych, które najbardziej dzielą poszczególne formacje, nie odgrywają takiej roli jak na scenie ogólnopolskiej. Od pewnego czasu PiS miało dlatego nie po drodze z SLD, bo obie te formacje dzieliła sprawa dekomunizacji. Przypomnijmy, że np. Akcja Wyborcza „Solidarność” wchodziła w koalicje z Unią Wolności, ale nie wchodziła w koalicje z SLD. Taka koalicja była niewyobrażalna, ponieważ kwestia dekomunizacji stanowiła wówczas jedną z kluczowych kwestii w przestrzeni życia państwowego w Polsce na przełomie XX i XXI wieku. Natomiast Unia Wolności – w sensie ideologicznym – była nową lewicą współczesnych czasów. Reprezentowała – w dużym stopniu – pewne nurty neomarksistowskie, które były obecne w zachodniej Europie, a koalicje zawiązywały się na gruncie ogólnokrajowym, i to zaczęło wychodzić dopiero z biegiem czasu. Tak czy inaczej następczyni Unii Wolności Platforma Obywatelska stała się przeciwnikiem kluczowym. Natomiast jeśli dzisiaj bierzemy pod uwagę koalicje na samym dnie tej samorządowej drabiny, to one rzeczywiście mogą iść w poprzek partii, ale pojawia się pytanie nie o to, czy koalicjanci PiS w powiecie koneckim to jest SLD, tylko kto to jest, co to za ludzie, co ich łączy, czy są mocno zideologizowani i do jakiego stopnia? Tych pytań jest sporo, natomiast im wyżej, tym jest gorzej, a koalicje, które są możliwe na dole, na górze są nie do pomyślenia.        

Chyba jednak nie za bardzo są zideologizowani, skoro przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty mówi, że zarząd powiatowy SLD w Końskich nie wyraża zgody na koalicję radnych tego ugrupowania z PiS, jednak zainteresowani niewiele sobie z tego robią?

– Dzieje się tak, ponieważ nad wskazaniami partyjnych szefów z Warszawy górę bierze pragmatyzm. Proszę pamiętać, że w samorządzie całkowita partyjność byłaby dość dziwna, bo dla tych ludzi liczy się samorządność. W samorządzie, w kwestiach lokalnych – bardzo praktycznych , nie mogą decydować czy rozstrzygać partyjni wodzowie, jak w tym wypadku Włodzimierz Czarzasty. Należy się zastanowić, czy na poziomie lokalnym partyjność w ogóle nie powinna zanikać. Oczywiście ideologia zawsze i wszędzie będzie wkraczać w mniejszym lub większym stopniu, dlatego trzeba sobie zdawać sprawę, że wówczas ludzie zideologizowani nie będą w stanie przeciwdziałać takim kwestiom jak „tęczowy piątek”, co byłoby prawdziwym nieszczęściem. Tym bardziej należy na to zwracać uwagę, ale czasem nawet ludzie – formalnie członkowie partii prawicowych – nie wszyscy są nastawieni na obronę życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci, a więc tego, co zwiemy cywilizacją życia. Dlatego trzeba tu mówić o konkretnych ludziach.           

PiS i PSL zawiązały koalicję np. w radzie powiatu chełmskiego…

– To akurat nie jest koalicja bardzo kosmiczna od strony ideowej, bo PSL – przynajmniej – mieni się być partią chadecką czy chadecko-ludową, chociaż praktyka działania była zupełnie inna – zwłaszcza kiedy przez osiem lat pozostawali w koalicji z Platformą. Ale w tym wypadku, w powiecie chełmskim, aż takiej przepaści nie ma jak pomiędzy PiS a SLD. Aczkolwiek ta przepaść istnieje, bo została wykopana przez liderów partyjnych, którzy bardzo ostro rywalizują o to, kto będzie panował na polską wsią w sensie elektoratu. PiS ma wielkie aspiracje, żeby w większej liczbie pozyskać elektorat wiejski, z kolei PSL zdaje sobie sprawę, że jest to dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo, zwłaszcza że programy pomocowe, prorodzinne rządu Zjednoczonej Prawicy trafiły w dużej mierze właśnie na wieś i mocno tę wieś podniosły. Ci ludzie, którzy poszli głosować, w ogromnej mierze oddali swoje głosy na PiS, w szczególności w wyborach do sejmików wojewódzkich. W związku z czym PSL jest u progu katastrofy politycznej, dlatego tym bardziej chce przeciwdziałać wszelkim koalicjom zawiązywanym na dole po to, żeby usztywnić swoje struktury. Tyle że lokalne struktury czytają rzeczywistość i tu, i ówdzie będą się wymykać z tej partyjnej dyscypliny.  

Szef ludowców nieco spuszcza z tonu i mówi, że zakaz wchodzenia w koalicje z PiS dotyczy tylko sejmików. Wygląda na to, że doły chcą i zaczynają decydować o sprawach lokalnych, a góra PSL nie ma wyjścia i musi się z tym pogodzić?

– Władysław Kosiniak-Kamysz chcąc nie chcąc musi – nawet wbrew sobie – akceptować rzeczywistość, która się dzieje poza nim. Oczywiście nie pozostaje mu nic innego, jak mówić, że takie czy inne koalicje są niemożliwe, ale działacze PSL na dole nic albo niewiele sobie z tego robią. Pamiętajmy też, że przed samorządami długa, pięcioletnia kadencja. Z kolei Władysław Kosiniak-Kamysz też zdaje sobie sprawę, że sejmiki wojewódzkie są dla niego kluczowe, bo to wynik mocno partyjnych wyborów. Jest również świadomy, że oferta PiS składana działaczom PSL, iż chętnie pójdzie z nimi w różne lokalne koalicje – nawet w sejmikach – ten sygnał jest odczytywany przez struktury PSL jako możliwość ratunku przed utratą władzy i pracy. Jeśli zatem szef ludowców twardo mówi „nie” tym koalicjom, to tak naprawdę mówi wbrew interesom członków tej formacji. PiS doskonale to odczytał i ta oferta idąca od partii Jarosława Kaczyńskiego jest bardzo silnie oddziałująca na PSL.

Wybiegając w przyszłość do przyszłorocznych wyborów i patrząc na chwiejące się dzisiaj w posadach PSL i SLD, można zaryzykować, że te formacje nie będą obecne w przyszłym parlamencie?

– SLD jest na granicy progu wyborczego, i to widać, natomiast co do PSL, to wynik wyborczy – szczególnie do sejmików wojewódzkich – bardzo wyraźnie świadczy o tym, że byt parlamentarny tej partii jest poważnie zagrożony. Ponieważ jest to partia karmiąca się władzą i rozdawaniem stanowisk, dlatego utrata – w tak ogromnej masie – kontroli w wielu matecznikach PSL – takich jak chociażby Lubelszczyzna – stanowi fundamentalne zagrożenie także dla być albo nie być tej politycznej formacji w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.

Czy możemy się zatem spodziewać zmiany lidera w PSL?

– Z całą pewnością szefa ludowców czeka intensywna wewnętrzna walka o władzę w partii. Gdyby się jednak okazało, że w przyszłym roku PSL nie dostanie się do parlamentu, to w sposób oczywisty będzie musiało zmienić lidera.

Czy widząc jak grunt wali się im pod nogami politycy PSL-u będą czekać aż do przyszłego roku?

– W PSL-u pojawią się siły, które będą chciały takiej zmiany dokonać, bo niezadowolenie w szeregach ludowców jest coraz większe. Istotne jest także to, że owo niezadowolenie rośnie oddolnie wśród tych ludzi, którzy mieli władzę, a za chwilę – w wyniku przegranych wyborów – ją stracą. I prędzej czy później to niezadowolenie dojdzie także do Warszawy i to z ogromną siłą.

Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki