• Wtorek, 26 maja 2026

    imieniny: Eweliny, Filipa, Pauliny

Sejmiki pokażą siłę poszczególnych partii

Wtorek, 28 sierpnia 2018 (21:04)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kampania samorządowa, która się coraz bardziej rozkręca, póki co bardziej przypomina kampanię parlamentarną. Czy to oznacza, że problemy ogólne zostały przeniesione, sprowadzone na grunt lokalnych samorządów?

– Proszę pamiętać, że wybory samorządowe – zresztą nie tylko u nas – są mocno upartyjnione. Zwłaszcza jest to widoczne przy wyborach do sejmików wojewódzkich, w wielkich miastach czy w wyborach do rad powiatów. W związku z czym wynik wyborów samorządowych wpływa czy też może wpłynąć bezpośrednio na przyszłoroczne wybory parlamentarne. Istnieje bowiem taki związek psychologiczny, a ponadto partie – w ten sposób – umacniają się w terenie chociażby poprzez fakt, że swój aparat, swoich członków zadowalają różnymi stanowiskami czy też miejscami na listach wyborczych. Jak zatem widać, jest to wszystko powiązane w pewien system naczyń połączonych, dlatego też tak mocno centralnie obecna jest kampania samorządowa. Jeśli w przypadku sejmików wojewódzkich to jest logiczne, to trudno jest tworzyć programy centralne dla rozwiązywania lokalnych problemów. Chodzi o to, że z centrali często się tych lokalnych problemów po prostu nie dostrzega, bo problemy lokalne rozwiązuje się na dole.

 

Wynik tegorocznych wyborów samorządowych może rzutować na przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego, a przede wszystkim na wybory parlamentarne?

– Przede wszystkim wybory samorządowe rozstrzygną losy Polskiego Stronnictwa Ludowego, które jest powiązane piętrowo, coś na wzór spółki akcyjnej z partyjnymi dołami. I jeśli PSL przegra te wybory samorządowe, to w prostej linii ta porażka może doprowadzić do klęski tego ugrupowania już w wyborach parlamentarnych. Nic zatem dziwnego, że PSL, które balansuje na progu wyborczym, walczy o życie. Natomiast inne partie toczą bój o to, żeby w przyszłym roku uzyskać jak najlepszy wynik w walce o mandaty do Parlamentu Europejskiego i do Sejmu RP. Nie da się ukryć, że jeden wynik wyborczy w stosunkowo krótkim okresie wpływa na ludzką psychikę, na psychikę wyborców w nieco dłuższej perspektywie. Proszę sobie przypomnieć, jak mocno wybory prezydenckie i wygrana Andrzeja Dudy zaważyła na wyniku PiS w 2015 roku. Można powiedzieć, że kampania prezydencka przeciągnęła się czy też splotła się z kampanią parlamentarną. Oczywiście między tymi dwoma wyborami jest nieco inna zależność, ale efekty i wynik tego poprzedniego starcia znamy. Tak czy inaczej, ponieważ system wyborczy w przypadku wyborów samorządowych jest bardzo skomplikowany, to tak naprawdę tylko sejmiki będą miarodajnym probierzem tego, jaka jest siła poszczególnych partii. Jeśli zaś chodzi o wybory lokalne do rad gmin, to te wyniki mogą być bardzo różne i post factum każdy obóz będzie się chwalił, że wygrał w tym miejscu, a inny, że w innym. Każdy będzie chciał ogłosić sukces, ale rzeczywiście, jeśli któraś z partii znacząco przegrałaby – szczególnie jeśli chodzi o wybory do sejmików wojewódzkich, to niewątpliwie może to później rzutować na wynik wyborów parlamentarnych.             

Na pierwszą linię walki wyborczej – już od jakiegoś czasu – wysuwa się Warszawa i bój między Patrykiem Jakim a Rafałem Trzaskowskim...

– Trudno się temu dziwić, ponieważ Warszawa to miejsce, gdzie władzę sprawuje się centralnie. Warszawa skupia w sobie wszystkie najważniejsze urzędy i ośrodki władzy w państwie. Pamiętamy też, jakie były perturbacje z Hanną Gronkiewicz-Waltz, związane z uroczystościami państwowymi, które były blokowane. Oczy wszystkich są zwrócone na Warszawę, bo to również największy ośrodek miejski, to również bardzo silny ośrodek gospodarczy, a co za tym idzie – potężny budżet i nic dziwnego, że walka o stolicę – w różnych krajach – jest walką kluczową, jeśli bierzemy pod uwagę zmagania samorządowe. Ponadto biorąc pod uwagę, że Hanna Gronkiewicz-Waltz była wiceprzewodniczącą Platformy, a więc drugiej siły politycznej w Polsce, co więcej, że była uwikłana w całą masę różnych skandali, to tym bardziej walka o to, kto ją zastąpi na fotelu prezydenta Warszawy, jest sprawą prestiżową zarówno dla PiS, jak i dla Platformy.

W tle tej kampanii mamy akcję bilboardową i oskarżenia Platformy pod adresem PiS. Czy PiS nie daje się wciągnąć w kampanię negatywną?

– Trzeba powiedzieć, że PiS nie zaczął tej całej kampanii bilbordowej, natomiast musiał jakoś odpowiedzieć na zaczepkę czy atak ze strony Platformy. Tak już jest w polityce, że jeśli jest atak, to musi być odpowiedź. Wydaje się, że od strony treści odpowiedź PiS jest adekwatna. Nie można bowiem przemilczać spraw, które z punktu widzenia jednego ugrupowania, w tym wypadku PiS, są kłamliwe, natomiast brak reakcji może osłabić wizerunek tej partii. Ponieważ PiS ma bardzo mocne argumenty, bo programy prorodzinne czy prospołeczne udało się sfinansować z pieniędzy zaoszczędzonych na przekrętach VAT-owskich, to wszystko sprawia, że przekaz tej formacji od strony treściowej, merytorycznej jest bardzo mocny i trafiony.  

Platforma sama wskazuje PiS kierunek, z którego można ją atakować?

– Wydaje się, że politycy Platformy – zresztą nie tylko teraz, ale w zasadzie już od dawna – popełniają cały szereg różnorakich błędów wizerunkowych, które ich dyskwalifikują. Zwracam też uwagę, że Polacy nie kupują też hasła: – totalna opozycja, które urzeczywistnia się również w działaniach różnych grup, które okupują Sejm, czy tak jak wczoraj nie pozwalają się zebrać na plenarnym posiedzeniu Krajowej Radzie Sądownictwa. I to wszystko jest denerwujące i coraz mocniej irytuje Polaków. Jak widać, Platforma popełnia cały szereg różnych błędów w tym zakresie. Prawda jest taka, że być opozycją, trzeba umieć, trzeba umieć krytykować, ale mądrze, trzeba też wskazywać słabe punkty przeciwnika, a nie wymyślać rzeczywistości, której nie ma. Polityka to nie science fiction.

Na negatywnych emocjach, wręcz na wrogości można budować pozytywny przekaz, czy można dotrzeć do wyborców, czy wręcz przeciwnie – zniechęcić ich i to nie do przeciwnika, ale do siebie?

– Nie można tylko wrzucać do obiegu negatywnych haseł, negatywnych przekazów odnoszących się do przeciwnika, bo na dłuższą metę może się to okazać przeciwskuteczne. Trzeba to umieć rozgraniczać, zwłaszcza kiedy w kraju nie dzieje się źle, a przeciwnie – coraz więcej osób ocenia rządy Zjednoczonej Prawicy pozytywnie. Oczywiście krytyka jest jak najbardziej wskazana, bo na tym to polega, różnienie się natomiast to wszystko musi mieć swoje miejsce, musi mieć umiar, mieć swoją miarę, a przede wszystkim musi być wpisane w pozytywny program, który przyciągnie wyborców. Z kolei im mniej jest tego pozytywnego programu, pozytywnego przekazu tym większa jest krytyka, ale jeśli przekracza ona racjonalną miarę, tym bardziej staje się nieskuteczna, a wręcz przeciwskuteczna.

Czy Platforma przekroczyła tę – jak Pan profesor to ujął – racjonalną miarę?      

– Zdefiniować siebie jako totalną opozycję, tak może określić siebie tylko partia skrajna, dajmy na to w rodzaju Ruchu Palikota, o których słuch zaginął, czy może też – w jakimś sensie – SLD. Natomiast jeśli mówimy o partii, która niedawno – i to przez osiem lat – sprawowała władzę, co więcej, która ma ambicje sprawować tę władzę ponownie i chce ze swoim przekazem dotrzeć do szerokich mas wyborców, to absolutnie nie powinna się tak bardzo zawężać. Oczywiście można być opozycją, ale nie totalną. Niestety, ta totalność Platformy w tak wielu przypadkach się uwidoczniła, choćby przy okazji licznych skarg i donosów na Polskę do Brukseli, że – w mojej ocenie – osłabia to w znaczący sposób możliwości tej politycznej formacji.

Efektem tych donosów do Brukseli jest wszczęcie przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej pierwszego etapu rozpatrywania wniosku Sądu Najwyższego. Czy ten temat też może znaleźć odniesienie w samorządowej kampanii wyborczej?

– Wszystko można włożyć w ten kampanijny rytm, ale nie sądzę, żeby to w jakikolwiek sposób zadziałało na wyborców. Prawda jest bowiem taka, że coraz węższy jest krąg Polaków, którym podoba się to, co dzieje się w sądach czy w ogóle w polskim wymiarze sprawiedliwości. Natomiast zachowanie sędziów Sądu Najwyższego, którzy ogłaszając, że zawieszają ustawę, która de facto działa i korzysta z domniemania konstytucyjności, dopóki Trybunał Konstytucyjny nie orzeknie inaczej, pokazuje, że sędziowie chcą być już nie tylko władzą sądowniczą, ale władzą absolutną w kraju, co tym bardziej nie przysparza sympatii temu środowisku. Wobec tego nie sądzę, żeby wokół tego tematu komukolwiek udało się zbudować większy kapitał polityczny.

Dziękuję za rozmowę.    

 

Mariusz Kamieniecki