Zdrowie
Cierpią bardziej
Poniedziałek, 13 sierpnia 2018 (03:00)Pacjenci hospicjów wymagający przetaczania krwi muszą znosić uciążliwy transport, choć procedurę można by było wykonać na miejscu.
Lekarze służący pomocą chorym w hospicjach od lat zabiegają o to, żeby Narodowy Fundusz Zdrowia wprowadził możliwość sumowania procedury przetaczania krwi na oddziałach medycyny paliatywnej. Jak dotąd, bezskutecznie.
– Fundusz nie ma podstaw prawnych do stosowania przetaczania krwi i preparatów krwi w stacjonarnej opiece paliatywnej i hospicyjnej, którą trudno jest zaliczyć do świadczeń ratujących życie – stwierdza w odpowiedzi na pytania „Naszego Dziennika” Rafał Hołubicki z Biura Komunikacji Społecznej Centrali NFZ.
Sama krew używana w tej procedurze jest stosunkowo droga (400-1000 zł w zależności od rodzaju preparatu). Placówek zajmujących się medycyną paliatywną i hospicjów stacjonarnych nie stać na to, by tę procedurę wykonywać w ramach szczupłego budżetu, a NFZ im za to nie płaci. Stawka na osobodzień pacjenta wynosi tu bowiem maksymalnie 342 zł. Chory wymagający przetoczenia krwi musi więc zostać przetransportowany do innej placówki, która wykona taką procedurę i dostanie za nią pieniądze z Funduszu.
Jak tłumaczą specjaliści, generuje to koszty dużo większe, niż gdyby taka procedura była wykonywana w hospicjum. – To nie jest tak, że pacjent w hospicjum, który ma do przetoczenia krew, jej nie otrzyma. Trzeba go jednak przenieść do oddziału, gdzie można tę krew podać. NFZ wcale na tym nie zaoszczędzi. Przetoczeń nie wykonuje się u pacjentów, którzy są umierający, ale u tych, którzy mogą odnieść korzyści z przetoczenia krwi. Szczególnie u pacjentów ze schorzeniami hematologicznymi. To jest dla nich metoda lecznicza – tłumaczy nam dr n. med. Aleksandra Ciałkowska-Rysz, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym