• Wtorek, 26 maja 2026

    imieniny: Eweliny, Filipa, Pauliny

Referendum stało się zakładnikiem interesów partyjnych

Środa, 25 lipca 2018 (20:41)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Czym jest odrzucenie przez Senat, a de facto przez senatorów PiS prezydenckiego referendum konsultacyjnego w sprawie zmiany Konstytucji RP?

– Wczorajszy dzień spędziłem w Senacie i miałem okazję rozmawiać – pomijając nazwiska – z kilkoma osobami. I właściwie od wczorajszego ranka, co zaznaczyłem na swoim profilu społecznościowym, nie było tajemnicą, że PiS będzie chciało odrzucić inicjatywę prezydenta Dudy. Usłyszałem nawet sformułowanie, że decyzja o odrzuceniu to „akt miłosierdzia” wobec głowy państwa, który ma uchronić prezydenta przed kompromitacją referendalną. Chodzi o to, że po pierwsze inicjatywa została kiepsko przygotowana, referendum było zagrożone niską frekwencją, do tego kosztowałoby niemało, a także – na co zwróciła uwagę Państwowa Komisja Wyborcza – oznaczałoby bałagan prawny.

Decyzja senatorów miała uchronić prezydenta przed kompromitacją czy może upokorzyć?

– No właśnie… Z jednej strony można to nazwać uchronieniem prezydenta łamane na upokorzenie. Każdy może sobie to odczytać tak, jak chce.

A może pokazanie prezydentowi, jaka jest jego pozycja w szeregach PiS, z którego się wywodzi?

– Ująłbym to nieco inaczej, mianowicie – w mojej ocenie – prezydent Duda nie odrobił lekcji i źle przygotował całą konstrukcję i de facto całe zadanie.

W czym tkwi istota problemu?

– Po pierwsze, że trzeba zmienić obecnie obowiązującą Konstytucję, bo jest ona wadliwa – to nie ulega wątpliwości. Jako obywatele, również jako posłowie widzimy, że Konstytucja wymaga zmiany, a nie łatania, i co do tego nie ma wątpliwości, ale do sprawy trzeba podejść w sposób fachowy, profesjonalny. Po pierwsze, na dzisiaj powinno się pojawić jedno pytanie, na które powinna paść prosta odpowiedź „Tak”, „Nie”, mianowicie: Czy jesteś za zmianą obecnie obowiązującej Ustawy Zasadniczej? I osobiście poszedłbym tym tokiem. Odpowiedź jednoznaczna na proste pytanie: Czy jesteś za zmianą obecnej Konstytucji tak, żeby wprowadzić Polskę w XXI wiek? Odpowiedź „Tak”, „Nie” otwierałaby powołanie konstytuanty czy komisji konstytucyjnej, która rozpoczęłaby długoletni proces – przynajmniej pięć czy sześć lat, i dałaby czas potrzebny na rozpisanie i przygotowanie nowej Konstytucji RP.

I dopiero na kolejnym etapie już po powołaniu konstytuanty przy prezydencie czy też przy parlamencie – jest to oczywiście kwestia do ustalenia – powinny się odbyć przynajmniej dwa referenda, które przynajmniej po części, cząstkowo dałyby odpowiedź na kilka ważnych, choć spornych kwestii, które powinny zostać ujęte w nowej Konstytucji. Na koniec w ramach referendum powinno się odbyć przyjęcie bądź nieprzyjęcie proponowanej Konstytucji. I osobiście tak widziałbym przeprowadzenie całej debaty. Dlatego – w mojej ocenie – prezydent poszedł na łatwiznę, bo 10 pytaniami przedstawionymi w takiej, a nie innej formule nic nie zostałoby rozstrzygnięte. To referendum niczego nie załatwiłoby, a jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko zostało tak przygotowane, aby referendum się nie odbyło.

Chce Pan powiedzieć, że prezydent Duda – mówiąc kolokwialnie – sam sobie strzelił gola?

– Mam wrażenie, że po części tak. Przypomnę, że z ramienia Kukiz’15 byłem na konsultacjach w Pałacu Prezydenckim. I muszę powiedzieć, że w pewnym momencie samo środowisko Pałacu Prezydenckiego przyznało się – oczywiście po cichu, bo nikt nie skrytykuje szefa – że niestety, ale forma i to, co chciałby osiągnąć prezydent Duda, nie jest do końca ani jasne, ani spójne.

Jak to rozumieć? Przecież – jak wiemy – prezydent sam zaproponował zmianę Konstytucji i parł do tego, aby to referendum się odbyło.

– Sam pomysł był jasny, aby na stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości Naród się wypowiedział, czy chce zmiany Konstytucji. Nagle pojawił się cały szereg różnych pytań, które zostały sformułowane w ramach konsultacji, ale pytanie jest zasadnicze: Co z tych odpowiedzi miało wynikać? Tak czy inaczej sam pomysł nie był zły, tylko analizy i tok logiczny były niespójne i wadliwe.

To może prezydent ma złych doradców? Czy są to klakierzy, którzy zamiast wyrażać swoje opinie, także krytyczne, przytakują szefowi?

– Od oceny zespołu, jakim się otacza, czy jest dobry, czy zły, jest prezydent Duda, który za współpracowników wybrał sobie takich, a nie innych ludzi. Jednak bez wątpienia ta porażka prezydenckiego projektu w Senacie powinna dać Andrzejowi Dudzie dużo do myślenia. Obawiam się, że prezydent tym krokiem, tak wykonanym spalił słuszną i ważna dla państwa polskiego ideę. Niestety, ale wygląda, że po raz pierwszy została ośmieszona idea referendum. I to jest mój największy zarzut, że pozwoliliśmy ośmieszyć cenną inicjatywę, uznając, że jest za droga, jeśli chodzi o koszty. A więc przeliczyliśmy to na pieniądze, gdy politycy lekką ręką marnują znacznie większe pieniądze.

Druga sprawa, co mogliśmy usłyszeć w komentarzach, mianowicie: po co pytać Naród, skoro Naród ma swoich reprezentantów w postaci posłów, senatorów i rząd. Tyle tylko, że na tym polega istota referendum. Odnoszę też wrażenie, że klasa polityczna strasznie boi się opinii i głosu suwerena, jakoś politykom jest to nie na rękę. I to nie jest pierwszy przypadek, kiedy tak się dzieje. Co by nie powiedzieć, politycy pokazali, że kiedy pytania są im nie na rękę, to szybko potrafią ogłosić, że jadą na grzyby, na ryby, do lasu albo że referendum to wymysł prezydenta, a tak w ogóle po co media mają o tym mówić i po co prowadzić kampanię referendalną. Innymi słowy, referendum – według mnie jako polskiego polityka – stało się zakładnikiem interesów partyjnych i to jest najbardziej słuszny wniosek. Niestety, ale dzisiaj jest czarna środa dla prezydenta.

A może to jest odpowiedź PiS prezydentowi Dudzie, który zadarł ze swoją macierzystą partią, wetując przed rokiem ustawy dotyczące Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądowniczej oraz ustawę degradacyjną?

– To są wszystko fakty, ale bardzo nie chciałbym, aby sprowadzać funkcję prezydenta do pozycji notariusza działań swojej macierzystej partii. Prezydent jako głowa państwa ma prawo wetować ustawy i z tego prawa korzysta. Jeśli iść drogą rozumowania, którą przedstawił pan redaktor, to możemy dojść do klinczu. Przypomnę, że wkrótce na biurko prezydenta trafi znowelizowana ustawa o Sądzie Najwyższym, przed nami ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego i pytanie, czy będzie rewanż. Tym bardziej że w przypadku europarlamentu byłoby to bardzo ciekawe.

Czy ta dzisiejsza decyzja Senatu jeszcze bardziej nie poróżni obu stron?

– Myślę, że prezydent może chcieć się odegrać przy zmianie ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego, pokazując, że staje w obronie wszystkich sił politycznych i nie pozwoli na zabetonowanie sceny politycznej na Prawo i Sprawiedliwość i Platformę Obywatelską. I prawdopodobieństwo, że tak się może stać jest – według mnie – duże. Swoją drogą na ewentualnym wecie prezydenckim – w tym przypadku – zyska Polska, skorzystają Polacy.

                            Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki