• Wtorek, 26 maja 2026

    imieniny: Eweliny, Filipa, Pauliny

Wyższe cła

Niedziela, 24 czerwca 2018 (09:44)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym Sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Od wczoraj w Unii Europejskiej obowiązują podwyższone cła na produkty amerykańskie. Kto tak naprawdę będzie narzekał, w kogo to może uderzyć?

Wydaje się, że wszyscy będą narzekać. Proszę pamiętać, że podwyższenie ceł nie odbywa się w próżni, bez wzajemności. Innymi słowy – może zabrzmi to dosadnie, ale trzeba powiedzieć jasno, że mamy wojnę celną między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską.   

Dla kogo ta wojna handlowa stanowi największe zagrożenie?

Dla konsumenta. Konsumenci, czy to amerykańscy, czy z krajów unijnych, za towary zapłacą drożej. Jednocześnie wojna ta ma wymiar psychologiczny, bowiem pokazuje, kto tu tak naprawdę rządzi, ponadto jest oczekiwanie, kto pierwszy ulegnie i będzie szukał pozornego, ale jednak kompromisu.

Czy ta wojenka, bo jeszcze chyba nie wojna celna, między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi może wywindować ceny w Polsce?

Proszę pamiętać, że dzisiaj żyjemy, czy się to komuś podoba, czy nie, w świecie globalnym, także w wymiarze gospodarczym. Dzisiaj wielokrotnie jest tak, że produkcja konkretnego produktu to jest zbiór podzespołów wytwarzanych w różnych, czasem odległych od siebie państwach. Dlatego wojna celna uderzy we wszystkich, bo na obszarze Unii Europejskiej mamy rynek wspólnotowy, również Stany Zjednoczone przekonują, że pilnują swoich interesów i występują w obronie swoich rynków i tak to działa. Pytanie tylko, czy i na ile te działania odbiją się rykoszetem, bo obok pozornej obrony własnych interesów może nastąpić zablokowanie jakiegokolwiek ruchu w interesie. Tak czy inaczej, każda ze stron ma swoje słabe ogniwa, piętę Achillesa i teraz, kiedy się w nią uderzy, to prędzej czy później bardzo zaboli, czy to Unię Europejską, czy Stany Zjednoczone.

Poszczególne państwa unijne są jednak podzielone w ocenach riposty unijnej i w ogóle wojny celnej ze Stanami Zjednoczonymi…

Owszem, bo pewne jest, że ta wojna celna nikomu nie będzie służyła i można powiedzieć, że w ogólnym rozrachunku wszyscy stracą. W konsekwencji za tę wojnę celną zapłacą wszyscy konsumenci, a politycy – jak to mają w zwyczaju – będą się tylko przerzucać odpowiedzialnością.

Jak w tej sytuacji, w tym sporze między coraz bardziej podzieloną przez własne interesy największych krajów Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, powinna zachować się Polska?

Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, i to jak gdyby wyznacza nasze zachowanie.

Ale jednocześnie jesteśmy też sojusznikiem Stanów Zjednoczonych…

Owszem, podobnie zresztą jak połowa państw Unii Europejskiej, która też szczyci się tym mianem. Ale to pokazuje też pewną prawidłowość mianowicie, że sojusze, sojuszami, ale interesy są najważniejsze. I to też warto mieć na względzie decydując się stanąć zdecydowanie i bezwzględnie po którejkolwiek ze stron. Tak jak mawiał klasyk – w polityce zagranicznej nie ma wiecznej przyjaźni, wiecznych sojuszników, są tylko interesy. Dlatego może warto działać zadaniowo i zamiast o wykładniach mówić raczej o środkach i metodach działań. Warto też mieć świadomość, że w ramach głównych sojuszy, są też te mniejsze, doraźne, sytuacyjne i na tym trzeba się także skupiać wykorzystując swoje szanse i okazje. Wracając jednak do meritum, Stany Zjednoczone widocznie uznały, że im interesy w dotychczasowym kształcie się nie opłacają i dlatego postanowiły bronić swego. Pytanie – jeśli chodzi o nas – jest takie, czy Polska ma na dzisiaj zdefiniowane swoje interesy, które zamierza osiągnąć, a jednocześnie czy tak naprawdę wiemy, czego chcemy bronić?

Do czego może doprowadzić coraz większy rozdźwięk między interesami sojuszników Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej?   

Z całą pewnością ten rozdźwięk może się przełożyć na wahania na giełdach, możemy mieć szarpnięcia kursów walut, bo nałożenie ceł nie będzie obojętne i bezbolesne. Co również istotne, należy poczekać też na reakcję Chin, bo Pekin także prowadzi swoją politykę. Pamiętajmy, że polityka celna jest tym elementem, który poprzez osłabienie konkurencji ma wzmocnić swoją własną gospodarkę. Tak to działa.

Komu zatem najbardziej służy ta konfrontacja europejsko-amerykańska?

Przede wszystkim służy największym graczom na światowej scenie. Stany Zjednoczone wprowadzając cła zaporowe na stal i aluminium z Europy, ale także z Kanady czy Meksyku, miały świadomość, że będzie odpowiedź, i jest. Mam wrażenie, że analiza ryzyka Waszyngtonu została przeprowadzona i zagrożenie, że straty mogą wystąpić, też była brana pod uwagę, ale widać uznano, że zyski dla gospodarki amerykańskiej będą znacznie większe. Wydaje się zatem, że bilans będzie korzystny.

Czy prezydent Donald Trump mimo wszystko nie przelicytował?  

Owszem, można odnieść wrażenie, że coś jest na rzeczy, ale jest tylko kwestią czasu, kiedy Donald Trump będzie musiał zweryfikować swoje plany, może nawet dokonać korekt. Pytanie, które trzeba też zadać, brzmi: Jak to odczują Amerykanie, a zatem poczekajmy też na sondaże.

W co tak naprawdę gra Donald Trump? Pamiętamy przecież ostatni szczyt G7, gdzie nie podpisał konkluzji. Może powinniśmy się od niego uczyć, jeśli chodzi o pilnowanie własnych interesów?

Patrząc na prezydenta Trumpa, są momenty, kiedy potrafi zachwycić, ale są również takie sytuacje, kiedy jego słowa bądź czyny budzą przerażenie. Powiem uczciwie, że jest pewien problem z prezydentem Donaldem Trumpem, który czasem jest nieprzewidywalny, często potrafi też zaskoczyć radykalnym podejściem. Odnoszę wrażenie, że jako głowa największego światowego mocarstwa, ciągle się uczy prezydentury.

To chyba dobrze, bo to wskazywałoby, że dostrzega swoje ograniczenia i chce wyciągać wnioski...     

Zgadza się. Powiedziałem to nie w znaczeniu negatywnym, ale przeciwnie – w pozytywnym. Donald Trump ciągle się uczy, a jednocześnie widać, że w odróżnieniu od swoich poprzedników próbuje budować swój własny system i styl sprawowania władzy. Mieliśmy już erę Reagana, czyżbyśmy byli świadkami nowej ery, ery Trumpa? Wszystko możliwe. Co, by jednak nie powiedzieć, widać, że ten człowiek tworzy historię i chce być prezydentem, a nie tylko najwyższym urzędnikiem w państwie. Widocznie poprzez swoje działania chce wejść do historii jako ten prezydent, który przeprowadził – w niełatwych czasach – procedurę uzdrowieńczą w Stanach Zjednoczonych.

Czy w swoich działaniach politycznych Trump nie jest jednak egoistą?   

Donald Trump w swojej polityce wraca dokładnie do źródeł i korzeni Stanów Zjednoczonych. Źródła i korzenie Ameryki mówią wyraźnie, że nie wtrącamy się w sprawy obcych państw, ale pilnujemy własnych interesów, bo nasze sprawy są zawsze na pierwszym miejscu. Prezydent Trump z tym swoim podejściem wrócił dokładnie do idei ojców założycieli Stanów Zjednoczonych.  

Czy – idąc tym tokiem rozumowania – sojusze, jakie Trump zawiera w Europie, chociażby z Polską, nie mają większego znaczenia?

Te sojusze, chociażby z Polską – owszem – mają znaczenie, z tym że nie są one czymś nowym, ale są to sojusze długoletnie, mają swoją tradycję i silne korzenie. Proszę też zwrócić uwagę, jak Donald Trump od momentu, kiedy został prezydentem, zweryfikował swoje podejście do polityki zagranicznej. Przypomnę, że na początku, jako kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych, miał on bardziej radykalne podejście do wielu spraw, ale z czasem – można powiedzieć, że złagodniał. Dostęp do informacji, zaplecze specjalistyczne, eksperckie sprowadza niejednego kandydata na ważny urząd, a później także prezydenta, na ziemię.

Widać zatem, że Trump to człowiek zdolny do refleksji, co nie jest zbyt częstą cechą u ludzi władzy?

Owszem, Donald Trump jest politykiem zdolnym do refleksji, ale ma też świadomość, że musi wypracować własny styl sprawowania władzy prezydenckiej.

Czego zatem jako Polska powinniśmy się nauczyć od prezydenta Trumpa w kontekście tego, o czym rozmawiamy?       

Nauczmy się tego, o czym już wspomniałem, mianowicie tego, że w polityce nie ma wiecznych sojuszy i dozgonnej przyjaźni, ale są tylko interesy. Jeśli Polska jasno nie zdefiniuje swojego własnego interesu, jeśli nie zdefiniujemy, co jest podstawą, na czym możemy zarobić, a co jest ryzykowne, na czym możemy stracić to nigdy nie będziemy traktowani w sposób poważny przez innych. Dlatego musimy prowadzić jedną, spójną politykę zagraniczną. Wszystkie siły polityczne – niezależnie od barw partyjnych – muszą być biało-czerwonym zespołem. I to jest cała tajemnica sukcesu na arenie międzynarodowej wielu, wielu państw. Wewnętrzne spory to jest jedna sprawa, ale na gruncie międzynarodowym każde państwo działa wspólnie, a nie sobie przeszkadza.

Piękna idea, ale od słów do czynów daleka droga…    

To jest uczciwa i bardzo prosta zasada. Tylko pytanie: Czy dla wielu polskich polityków ta zasada nie jest zbyt trudna do zrealizowania? Tak czy inaczej trzeba o tym mówić i przypominać, bo budować trzeba na mocnych, trwałych podstawach. Nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo, ale trzeba mieć jasny cel i do niego dążyć. I to jest też patriotyzm.

Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki