• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Nie przekraczam granic

Czwartek, 3 stycznia 2013 (02:06)

Rozmowa z Jackiem Czachorem, motocyklistą, dwunastokrotnym uczestnikiem Rajdu Dakar

Za kilka dni po raz kolejny wystartuje Pan w Rajdzie Dakar. Z jakimi nadziejami?

– Będę pomagał Kubie Przygońskiemu. Pojadę cięższym motocyklem, z kompletem części, wszelkimi możliwymi kluczami, by w razie potrzeby móc nawet wymienić się z nim silnikiem. Gdy Kubie popsuje się koło, oddam mu swoje i zacznę kombinować, co zrobić, by dojechać do mety. Taka moja rola.

Rola czy raczej dola?

– Postanowiliśmy tak już dawno. Kuba pojedzie w zespole fabrycznym, by walczyć o najwyższe cele. Każdy z liczących się motocyklistów ma na Dakarze swojego pomocnika.

Taki dobry z Pana kolega?

– Kubę znam od dziecka, jego dziadek poprosił mnie kiedyś, bym nauczył go jeździć na motocyklu. Przy mnie stawiał swoje pierwsze kroki. Kiedy postanowił wystartować w Dakarze, przez rok, razem z Markiem Dąbrowskim, przygotowywaliśmy go do tej imprezy. Można powiedzieć, że jest naszym wychowankiem.

Nie uwierzę, jeśli Pan powie, że nie chce po raz kolejny znaleźć się na mecie pustynnego maratonu.

– Ależ chcę. Na pewno nie pojadę wolno, tylko walczyć o pozycje. Będę się ścigać, o ile Kuba nie będzie miał problemów…

Jest jeszcze ktoś, oprócz Pana, kto wystartował w Dakarze kilkanaście razy i zawsze osiągał metę?

– Nie ma. Pytałem nawet organizatorów, potwierdzili. Wśród uczestników tegorocznej edycji będzie Franco Picco. Włoch pierwszy raz wystartował w Dakarze w połowie lat 80., kilka razy dotarł nawet do podium. Przyznam szczerze, że nie wiem, ile razy w pustynnym maratonie się pojawił, ile z nich ukończył. Mam zamiar zagadnąć go o to.

Jak to się robi? – pytam o Pana skuteczność.

– W ogóle o tym nie myślę. Jadę po to, by znaleźć się na mecie, tyle. Trudno też powiedzieć, że startuję tylko po to, by dojechać. Byłem w czołowej dziesiątce, w piętnastce, dwudziestce prawie zawsze. Nie przekraczam pewnych barier, nie jeżdżę brawurowo, nie opuszczam szlaków, szaleńczo nie wyprzedzam, nie ryzykuję. Naoglądałem się wypadków, nawet śmiertelnych, działających na wyobraźnię.

Nie przekracza Pan barier, ale i tak jest Pan szybki. Bardzo szybki.

– Bo ma dla mnie znaczenie, czy jestem 20., czy 16. Przed rokiem do samego końca walczyłem o 13. miejsce, nie odpuszczałem. Można chyba uznać mnie za prekursora Dakaru w naszym kraju. Pierwszy z Polaków go ukończyłem, pierwszy załatwiłem sponsorów. Pierwszy się Dakaru uczyłem.

Co w tej wiedzy jest najważniejsze?

– Że Dakar to rajd nieporównywalny z żadnym innym. Że ktoś, kto ma bogate doświadczenie z rajdów płaskich, motocrossu czy enduro, niekoniecznie się w nim odnajdzie. Trzeba się bowiem nauczyć jazdy w terenie, nawigacji, szybkości. Trzeba Dakar przejechać raz, drugi, by nauczyć się swojego tempa. Często doskonali nawet kierowcy na Dakarze podróżują góra na 80 procent swych możliwości, bo gdy przekroczą tę granicę, od razu mają wielkie problemy, wypadki. Dakar trwa kilkanaście dni. Doskonale wiem, jak to jest dnia szóstego czy dziesiątego, co się wtedy przeżywa, co czuje.

Dakar to lekcja pokory. Kto go zlekceważy, podejdzie bez szacunku, od razu skaże się na klęskę.

Jak przeżyć te kilkanaście dni?

– Trzeba mieć bardzo dobry zespół, świetnych mechaników. Ja na Dakarze nie zajmuję się rzeczami przyziemnymi, mam nawet osobę, która przyrządza mi jedzenie. Po etapie robię mapki, plan na kolejny dzień i idę spać. Na tym rajdzie trzeba bardzo równomiernie rozłożyć siły, ale by walczyć o pozycje, od początku trzeba jechać szybko. Gdy chorujemy, trzeba błyskawicznie zabrać się za siebie, bo po dwóch dniach problem może minąć. Trzeba myśleć o zmaganiach z dnia na dzień, a nie zastawiać się, co wydarzy się ósmego.

Kiedy zaczynałem, swoją wiedzę czerpałem z rozmów. Podpytywałem Stefana Peterhansela, którego znałem z czasów enduro, podpytywałem też zawodnika, który zajął kiedyś ostatnie miejsce. I ten drugi przekazał mi więcej ciekawych, potrzebnych informacji.

A jak znosił Pan i znosi samotność?

– Myślałem o niej na pierwszym Dakarze. Teraz widzę tylko licznik, mapkę, gaz i z zatyczkami w uszach gnam do przodu. Akcja i adrenalina, to mój Dakar 2013.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz