• Poniedziałek, 25 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Urbana, Magdy

Żywy terror bezpieki

Sobota, 9 czerwca 2018 (02:54)

„Nie podjąłem żadnej współpracy ze służbami komunistycznymi, co zresztą wynika z przedstawionych dokumentów” – napisał metropolita gdański ks. abp Sławoj Leszek Głódź w odpowiedzi na wczorajszy artykuł w „Rzeczpospolitej” i na portalu Onet, zapowiadający obszerny tekst w dzisiejszym magazynie „Rzeczpospolitej” „Plus Minus”.

 

Tomasz Krzyżak i Andrzej Gajcy w artykule „Wywiad PRL za Spiżową Bramą” opisują proces rozpracowywania ks. Głódzia, w latach 80. pracownika Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich, przez płk. Franciszka Mazurka ps. „Barcz” z Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Ze zbadanych przez dziennikarzy dokumentów Zarządu II SG, które do niedawna znajdowały się w zbiorze zastrzeżonym IPN, jednoznacznie wynika, że ks. abp Głódź nie podjął współpracy z komunistycznym wywiadem wojskowym. Główna teza, którą stawiają w tekście Krzyżak i Gajcy, sprowadza się do stwierdzenia, że obecny metropolita gdański, był „uważany” przez wywiad wojskowy za nieświadomego informatora. Jednocześnie dziennikarze nie przytaczają konkretnych informacji, których źródłem miałby być ks. abp Głódź. – Jeżeli ktoś rozmawiał z tajnym współpracownikiem lub pracownikiem tajnych służb (nie wiedząc o podwójnej roli swojego rozmówcy) i jest przez to uznawany za „informatora wywiadu”, to jest to niebywałe nadużycie – mówi „Naszemu Dziennikowi” prof. Wojciech Polak, historyk z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, członek Kolegium IPN. – W takim układzie każdą osobę inwigilowaną można by uznać za współpracownika, bo pośrednio dostarczała informacji – dodaje.

Oburzenia publikacją nie kryje ks. bp Wiesław Mering, biskup diecezji włocławskiej, oceniając tekst jako „manipulację faktami”. – Rzecz najboleśniejsza to stwarzanie pozorów, które mają świadczyć przeciwko człowiekowi, odbierając mu jego dobre imię. Już nawet abstrahując od tego, że chodzi o kogoś, kto od początku, od zawsze, był zdecydowanym przeciwnikiem systemu komunistycznego – podkreśla ks. bp Wiesław Mering.

Ostra inwigilacja

Pułkownik Mazurek „Barcz” od 1982 r. pod przykryciem kierownika przedstawicielstwa LOT w Rzymie inwigilował m.in. Kościół katolicki, rozpoznawał zagraniczne kontakty „Solidarności”. Miał za zadanie „rozszerzać kontakty” z ks. Głódziem. W swoim oświadczeniu metropolita gdański stwierdza: „Po raz drugi padam ofiarą systemu, który podstępnie osaczał pracujących w Kurii Rzymskiej Polaków, często pod pozorem przygodnych rozmów z przedstawicielami Ambasady Polskiej w Rzymie, Konsulatu i LOT-u. Byłem ofiarą inwigilacji, ale nigdy nie podjąłem żadnej współpracy ze służbami komunistycznymi, co zresztą wynika z przedstawionych dokumentów”.

– Skala inwigilacji przez służby PRL i nacisk na zdobywanie informacji w latach 80. ubiegłego wieku w Watykanie były ogromne – podkreśla prof. Polak.

Doktor Hanna Karp, medioznawca, wskazuje, że tekst „Rzeczpospolitej” zamazuje rzeczywistość, a nie ją rozjaśnia. – Dziennikarze przytaczają biogramy aż ośmiu prominentnych funkcjonariuszy komunistycznych służb, którzy rozpracowywali ks. Głódzia. A to znaczy, że duchowny poddany był silnej presji służb i inwigilacji. Ale z artykułu nie dowiemy się, jak poszkodowany został w ich następstwie ks. Głódź – mówi dr Hanna Karp, która ocenia materiał Krzyżaka i Gajcego jako stronniczy i nierzetelny.

Znamiona manipulacji

Wczoraj ks. abp Głódź wydał dwa oświadczenia – pierwsze dotyczące treści artykułu i drugie odnoszące się do tytułu z internetowej strony „Rzeczpospolitej”: „Ksiądz Głódź informatorem wywiadu PRL”.

– Użycie takiego tytułu wprowadza czytelnika w błąd. W artykule nie znajdujemy potwierdzenia tych informacji – komentuje dr Hanna Karp. Medioznawca wskazuje na szereg innych zabiegów noszących znamiona manipulacji użytych przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i Onetu.

– W magazynie „Plus Minus” tekst opatrzono tytułem „Armia PRL kontra Papież” oraz wielkim zdjęciem przedstawiającym w mundurze, na pierwszym planie, ks. abp. Głódzia siedzącego obok prawosławnego ks. abp. Sawy. Na fotografii umieszczono dodatkową informację: „Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź podczas trwającej kilka lat pracy w Watykanie był wykorzystywany przez wywiad wojskowy jako informator”. To kolejny zabieg, który już na wstępie lektury odpowiednio ukierunkowuje myślenie czytelnika. Sugerując ponadto, że duchowny jest główną osią owej „armii PRL” – ocenia dr Karp.

Oprócz sugestywnej gry zdjęciami mającej wpłynąć na percepcję czytelników podobną rolę do spełnienia zdają się mieć śródtytuły tekstu (m.in. „Upominki za materiały”, choć dziennikarze nie dotarli w IPN do żadnych materiałów dostarczonych komunistycznym oficerom przez ks. Głódzia).

Artykuł zawiera również domysły i supozycje zaczynające się od słów: „wydaje się […]”, „ze względu na duże prawdopodobieństwo […]”, „niewykluczone, że to od ks. Głódzia pochodziła informacja […]”. – Taka ilość trybu przypuszczającego razi, nie niesie za sobą żadnej informacji, sprawia wręcz wrażenie, że publikacja nie została do końca opracowana, a informacji wystarczająco nie zweryfikowano. W takim trybie można właściwie każdemu postawić dowolny zarzut. Pytanie, czy była to zła wola czy niekompetencja dziennikarzy? – zastanawia się dr Karp.

Według ks. bp. Meringa, artykuł „Rzeczpospolitej” miał na celu podważanie autorytetu Kościoła. – Bo choć autor o niczym nie przesądza, to jednak komentarze do tekstu już nie pozostawiają żadnych złudzeń, jak artykuł został odczytany – stwierdza ksiądz biskup. W ten sposób odbiera się Polakom jeden z ostatnich autorytetów, co jest tym bardziej bolesne, że Kościół był instytucją najbardziej prześladowaną przez komunistyczne władze, a za walkę z nieludzkim system wielu kapłanów zapłaciło życiem.

– Jeżeli się kogoś oskarża, trzeba mieć dowody, fakty, a nie zestawiać jakieś informacje, niby zastrzegając, że o niczym się nie przesądza. To prowadzi potem do takich interpretacji, które poniżają, odbierają człowiekowi autorytet i jego godność – zaznacza ks. bp Wiesław Mering.

Zwraca też uwagę na czas, w którym ukazuje się artykuł.

– Taka publikacja, po przecież niedawnej ciężkiej operacji księdza arcybiskupa, to jest dowód albo zupełnego cynizmu w pisaniu, albo bardzo złej woli – zwraca uwagę biskup włocławski.

Beata Falkowska