• Poniedziałek, 25 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Urbana, Magdy

Komisja sięga za daleko

Piątek, 1 czerwca 2018 (21:52)

Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jest propozycja zmniejszenia środków w ramach polityki spójności, w nowym unijnym budżecie. Polska wiele na tym straci. Jak skomentuje Pan te cięcia?

– Póki, co mamy dopiero otwarcie negocjacji i propozycja ograniczenia środków jest jedynie wskazówką pewnej polityki, którą realizuje Komisja Europejska. Ta polityka zakłada – w dużej mierze – zmniejszenie środków dla krajów Grupy Wyszehradzkiej, w tym również dla Polski. Cięcia są związane z tym, że państwa te, stając niejako okoniem wobec woli Komisji Europejskiej, nie zgadzały się na przymusową relokację migrantów. Co więcej, można powiedzieć, że ten paradygmat dzielenia środków w ramach przyszłej perspektywy finansowej jest korzystny dla krajów południa Europy, które najbardziej są dotknięte problemem migracji. Widać więc, iż za pomocą polityki spójności Komisja Europejska stara się poradzić sobie z problemem i kosztami migracji, którymi zamierza obciążyć te kraje, które się na to nie zgodziły.

Czy ten wybieg się powiedzie?     

– Na pewno nie należy się spodziewać, że Komisji Europejskiej uda się osiągnąć cel, w takiej mierze, jak sobie to założyła. Przypomnę, że decyzje dotyczące wieloletniej ramy budżetowej Unii Europejskiej są podejmowane jednomyślnie na forum Rady Europejskiej. Podobnie jak w każdych negocjacjach jest tzw. kotwica, czyli warunek, od którego rozpoczyna się negocjacje, warunek, który wyznacza pewne kierunki myślenia, jak ten budżet ma wyglądać, ale z całą pewnością te warunki brzegowe nie będą rozwiązaniem ostatecznym, końcowym.

Jaki może być finał tej gry?

– Wszystko zależy od tego, jak będą przebiegały negocjacje, które – wszystko wskazuje – potrwają jakiś czas. Przewiduje się, że proces dotyczący przyjmowania nowego unijnego budżetu zostanie domknięty dopiero za rok, już po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Natomiast jaki będzie ostateczny jego kształt, to będzie zależało w dużej mierze od współpracy państw w ramach chociażby Grupy Wyszehradzkiej. Nie bez powodu są obecnie podejmowane przez Komisję Europejską działania, które mają przekonywać do zaproponowanego podziału środków w ramach polityki spójności takie kraje, jak Słowacja i Czechy, które też tracą. Pytanie brzmi: Jak się zachowają akurat te państwa i jak ta metodologia podziału będzie ostatecznie wyglądała? To będzie zależało od obecnie podejmowanych działań politycznych.

Przeciwnych cięciom jest bodajże osiem czy dziewięć państw, w tym Polska, i jak powiedział premier Morawiecki nasz kraj nie zgodzi się na ograniczanie środków. Czy wspólnie jesteśmy w stanie zmienić te, póki co, propozycje?

– Rzeczywiście w ramach polityki spójności, w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej – na lata 2021-2027 – Polska ma otrzymać 64,4 miliardy euro, czyli o 23 proc. mniej niż w obecnej perspektywie. To duże uszczuplenie, ale mniej środków mają też otrzymać inne państwa. Finału, póki co, nie znamy, natomiast teraz jest miejsce na politykę i na budowanie koalicji i Komisja Europejska doskonale zdaje sobie z tego sprawę. To, co może być wspólne dla Grupy Wyszehradzkiej, to powód, dla którego zmniejszono środki w ramach polityki spójności, a tym powodem jest kwestia polityki migracyjnej. Ta sprawa łączy, jednoczy państwa V4 i jeżeli zachowają one wspólny front do końca, to być może nastąpi zmiana scenariusza podziału tych środków. Trzeba też pamiętać, że rozpatrywano trzy scenariusze, ale wybrano akurat wariant najmniej korzystny dla krajów Grupy Wyszehradzkiej. Problem Polski i Węgier polega na tym, że Komisja Europejska gra wybitnie na rozbicie Grupy V4 i stara się wskazywać jako tzw. czarne charaktery właśnie nas i Węgrów, czyli kraje, które rzekomo nie przestrzegają praworządności. Dlatego różnymi sposobami Komisja stara się przekonywać Czechy i Słowację do rozwiązania, które jest niekorzystne dla Grupy V4 – oczywiście w inny sposób wynagrodzić czy zrekompensować naszym południowym sąsiadom straty z tytułu zmniejszenia środków w ramach polityki spójności.

Czy zatem można powiedzieć, że polityka spójności, która w założeniu miała być i była jednym z filarów Unii Europejskiej, staje się przedmiotem manipulacji?

– Należy zauważyć, że wpływ władzy Komisji Europejskiej ostatnio znacząco się poszerza. I to jest kolejny front polityczny, jaki Polska mogłaby zbudować, który pokazywałby tę kwestię.  Spójrzmy chociażby na ostatnią wypowiedź komisarza ds. budżetu i zasobów ludzkich, notabene Niemca Günthera Oettingera, który komentując sytuację we Włoszech, podejmując temat przyspieszonych wyborów, które miałyby się odbyć jesienią – mówi, że rynki nauczą Włochów lepiej dokonywać właściwych wyborów przy urnach. Tak samo jest, jeśli chodzi o projekt przyszłego unijnego budżetu, gdzie Komisja Europejska stara się realizować własną politykę. Tą polityką jest próba ukarania Polski czy Węgier i w ogóle Grupy Wyszehradzkiej za sprzeciw wobec polityki migracyjnej. Oczywiście nie zapominajmy o kwestii praworządności, co wprawdzie nie ma bezpośredniego przełożenia na projekt budżetu i na politykę spójności, ale – w dalszym etapie – wydawanie tych środków prawdopodobnie zostanie uzależnione od przestrzegania bliżej niesprecyzowanej zasady praworządności. Przy czym kryterium będzie tu ocena dokonana przez Komisję Europejską, a Rada Europejska będzie głosować, czy dane państwo przestrzega, czy też nie owej praworządności.

Wciąż jednak są to głosy polityków narzucających suwerennym państwom wolę silniejszych…

– Owszem jest to ocena polityczna, podatna na wpływy i realizację rozmaitych nacisków i celów różnych państw. Jeśli poszczególne państwa dokonałyby obiektywnej, sumiennej refleksji, to okazałoby się – zresztą zgodnie z faktami – że coraz więcej władzy jest w rękach Komisji Europejskiej. Być może taka refleksja nastąpi, i to nie tylko w szeregach Grupy V4, ale także w innych państwach wspólnoty. Niestety, ale  władza Komisji staje się zbyt rozległa, tym bardziej dziwi, że nie są to politycy, których władza wynika z mandatu wyborczego, ale urzędnicy, którzy, jak można się domyślać, realizują cele i założenia najsilniejszych graczy w Unii Europejskiej. Tak czy inaczej są to mimo wszystko osoby, które nie mając legitymacji, zaczynają wywierać polityczny wpływ, zdobywają władzę w tak wielu obszarach, że wydaje się, iż powinno to budzić niepokój i włączać pewien sygnał alarmowy w wielu stolicach europejskich.

Ale czy ten przekaz państw coraz bardziej niezadowolonych jest w stanie dotrzeć do zachodnich społeczeństw – państw, których interesy realizuje Komisja Europejska i czy obudzi to refleksję, że de facto mamy do czynienia z zakłócaniem rozwoju Unii?

– Jest to dosyć trudne, dlatego, że jako Polska, czy w ogóle Grupa Wyszehradzka – wpadliśmy w szereg niekorzystnych narracji. Na przykład w przypadku polityki migracyjnej okazało się, że fiaskiem była polityka otwartych drzwi, ale to, co zapamiętano, to nie fiasko polityki kanclerz Angeli Merkel, ale to, że Grupa V4 okazała się niesolidarna. Tym bardziej trzeba formułować i wysyłać przekazy dotyczące faktów, a nie tylko tego, co głosi Komisja Europejska i przekazywać te fakty społeczeństwom innych państw. Chodzi o to, żeby nie przegrywać zmagań na polach informacyjnych.

Polska ma szansę stać się liderem oporu wobec szkodliwej polityki Komisji Europejskiej?  

– Pytanie jest takie: W jaki sposób taka narracja będzie realizowana przez polski rząd. Jeżeli będzie to narracja w opozycji do Komisji Europejskiej, a nie pokazanie zagrożeń i próba zreformowania Unii Europejskiej, to wówczas rzeczywiście tak może to zostać odczytane. Wszystko zależy teraz od sprawności politycznej zarówno Polski, jak też innych państw unijnych, m.in. krajów Grupy Wyszehradzkiej.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki