Warto ponieść trochę wysiłku, aby pokonać zło
Piątek, 18 maja 2018 (21:55)Ze Stanisławem Markowskim, artystą fotografikiem, filmowcem, twórcą muzyki do hymnu „Solidarności”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
98 lat temu urodził się Karol Wojtyła. O czym przypomina nam ta dzisiejsza rocznica?
– Rok 1920, w tej dacie kumuluje się kilka ważnych historii związanych z Polską. Zwycięska wojna z bolszewikami, narodziny wspaniałych ludzi, nowego pokolenia Polaków, o którym kiedyś mówiło się Pokolenie – rocznik 20. Wtedy też się urodziła moja – już dziś nieżyjąca – mamusia. Można powiedzieć, że ten rok to był „wysyp” wspaniałych, wielkich ludzi. To tak, jakby Polska na progu swej niepodległości czekała na takie postaci i łaskę Boga. Ci ludzie, których de facto było bardzo dużo, wytrwali w służbie Polsce, czy to na frontach wojen, czy po wojnie, bo z tego rocznika było też wielu Żołnierzy Wyklętych, którzy mieli być zapomniani, a przywracani pamięci są dzisiaj symbolami wierności Bogu i Ojczyźnie. Wielką postacią tego Pokolenia – rocznik 20. był nasz ukochany Karol Wojtyła, którego odkrywaliśmy jeszcze wcześniej, w czasach krakowskich, zanim zasiadł na stolicy Piotrowej. Grupa bliskich mu osób, przyjaciół – część także rocznik 20. – odkrywała go wcześniej, ale większość Polaków poznawała go i wczytywała się w jego historię z pewnym opóźnieniem. I dzisiaj wspominamy 98. rocznicę jego urodzin – rocznicę, która w pewnym sensie straciła już wymiar historyczny, stając się ahistoryczną. Życiorys św. Jana Pawła II jest jakby rozłożony na wielu kartach, ale przed nami jawi się w jednej płaszczyźnie. Oczywiście w tym jest rozwój i dojrzewanie Karola Wojtyły, ale każdy moment od 1920 roku jest ważny tak samo. Tę rocznicę osobiście odbieram w wymiarze refleksyjno-emocjonalnym.
Wspomniał Pan czasy krakowskie, w których Pan również znał biskupa, kardynała Wojtyłę. Co z tamtych czasów w osobie, zachowaniu wówczas tego Pasterza budziło Pana największy podziw?
– Owszem, miałem to szczęście znać kard. Wojtyłę. Myślę, że to, co mnie urzekło w tym człowieku, to skrzyżowanie, jakby zderzenie dwóch cech: pierwsza to promieniująca miłość do ludzi, którą miał w oczach, gestach w całym swoim sposobie bycia. Ktokolwiek się z nim zetknął bliżej, mógł to odczuć jeszcze bardziej, ale to było widoczne dla wszystkich innych. Choć Karol Wojtyła miał wielką siłę daną od Boga, to właściwie był bardzo delikatny, ale zarazem stanowczy i odważny. Przypomnę, że w 1977 roku w swojej wypowiedzi w kontekst śmierci Staszka Pyjasa potrafił wprząc wątek polityczny, mówiąc o systemie, o kłamstwie i o tym, żeby trwać, żeby się nie załamywać, nie poddawać i wiernie służyć Ojczyźnie. To odkrywanie patriotyzmu Karola Wojtyły to były właśnie lata 70. Wówczas też widzieliśmy, że ten człowiek jest mimo wszystko autsajderem w ówczesnym Kościele przede wszystkim krakowskim. I tak do tej pory go widzę – przez pryzmat tamtych czasów. Był pasterzem odważnym, miał ogromną energię, posiadał cechy, które zakorzeniły w nim jednak bardzo trudne – po stracie matki – dzieciństwo, młodość, a w tle tego wszystkiego była jeszcze wojna. Był charyzmatykiem, a obcując z nim, czuło się emanującą świętość, po prostu będąc wśród ludzi, był jeszcze bliżej Boga. Jednak to wszystko docierało do nas, układało się w jedną całość jakby z pewnym opóźnieniem. Ale widocznie tak miało być. Bardzo mocno wpływał na życie nas, Polaków, i życie ludzi na całym świecie.
Po Krakowie był Watykan i ten charyzmat Polaka Papieża mogli dostrzec już nie tylko krakowianie, Polacy, ale cały świat.
– Święty Jan Paweł II był człowiekiem zatopionym w Ewangelii, w osobie Jezusa Chrystusa – tak jak apostołowie. Myślę, że tak można go porównać. Jak wiemy, nie wszyscy Papieże na przestrzeni dziejów posiadali ten charyzmat, ale Jan Paweł II miał go z całą pewnością. Obcując z nim, czuło się wierność, oddanie i siłę Boga, która emanowała w nim i przez niego. To sprawiało, że człowiek przy nim się uświęcał. To był człowiek autentyczny, z którego promieniowało tak jak z apostołów światło Chrystusa. Robiąc zdjęcia, widząc Jana Pawła II z bliska, jakby podglądając go na modlitwie, miałem świadomość jego absolutnego zanurzenia w Chrystusie, w Bogu. Ale takie sytuacje się zdarzały już wcześniej, w czasach krakowskich, nawet podczas spotkań z ludźmi, z rodzinami, rodzicami, do których również i ja należałem. Mój syn występował w „Wesołym Przedszkolu” w klasztorze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości na krakowskim Pędzichowie prowadzonym przez s. Marię Goretti Nowak. To było przedszkole, które kard. Wojtyła często odwiedzał i choć wtedy był blisko każdego, ale były też chwile, momenty, kiedy jego wzrok był jakby poza nami, poza wszystkim, co się działu tu i teraz. Na twarzy pozostawał lekki uśmiech, ale w tym czasie wewnętrznie jakby wkraczał w inną, Bożą rzeczywistość, jakby tam znajdował wytchnienie. Kiedy dotknął tego Szczęścia, jeszcze bardziej radosny wracał do nas, bez reszty oddając się otoczeniu. Myślę, że to dawało mu siłę i właśnie przez to zawsze był taki czysty, że czerpał wprost ze Źródła.
Dziś na próżno szukać takich ludzi…
– Przynajmniej ja nikogo takiego nie spotkałem. Każdy mądry, światły człowiek staje się niejako narzędziem, natomiast Karol Wojtyła za narzędzie miał tylko głos, język. To były jedyne narzędzia – dary Boże, które wyszlifował sobie jeszcze w czasach – niedługich zresztą – Teatru Rapsodycznego. Wszystko inne u tego człowieka było absolutnie samorodne, szlachetne, jakby wypływało samo z siebie. I powiedzieć, że to jego nauczanie jest wciąż aktualne, to za mało. Ta spuścizna, którą nam pozostawił, jest ogromna. Szkoda tylko, że jest przywoływana jakby z ducha historii, przy okazji rocznic itd., tymczasem w tym są tak wielkie pokłady mądrości Bożej, że aż onieśmielają. Jan Paweł II zostawił nam ten cały swój testament, czyli całe swoje życie, które znaliśmy. I teraz, kiedy w przestrzeni upływającego czasu to wszystko się od nas niejako oddala, kiedy ludzie zapominają, to jest to bardzo przykre. On na naszym miejscu z całą pewnością czerpałby z tego daru całymi garściami, był wierny i promieniował tym na zewnątrz, a my…, no cóż trochę go gubimy po drodze. W toku tych wszystkich przemian, także w Kościele św. Jan Paweł powinien być dla nas przykładem wierności Chrystusowi.
Skoro dotykamy testamentu św. Jana Pawła II, do którego podchodzimy bardziej emocjonalnie, a nie merytorycznie, to jednak widzimy, że świat się zmienia, Polska również, i nie zawsze idziemy we właściwym kierunku. Co w tej sytuacji dzisiaj Papież Polak chciałby powiedzieć swoim rodakom?
– Pomimo iż pokonaliśmy komunizm, to naleciałości, ludzie skażeni, przesiąknięci tą ideologią, wciąż byli i są w naszym otoczeniu, do tego dochodzi zagrożenie płynące z Zachodu. I Jan Paweł II miał tego świadomość, miał świadomość olbrzymiej trudności losu polskiego, dlatego patrzył perspektywicznie, ale spojrzeniem nie ludzkim, ale Bożym. W związku z tym widział więcej i lepiej. Niejako dorastał z niepodległością Polski, przeżył II wojnę światową i czasy zniewolenia komunistycznego, gdzie w tym wszystkim był z nami, ze swoim Narodem. Mając świadomość naszych wad, słabości i zagrożeń, z całą pewnością przestrzegałby dzisiaj, aby jakiś kataklizm nie ściągnął nas w nową niszczącą wojnę. Kiedyś, bodajże w 1983 roku, kiedy w Polsce był jeszcze stan wojenny, zrobiłem Ojcu Świętemu na pożegnanie takie zdjęcie, na którym Papież, trzymając rękę przy głowie jakby w zadumie – widać, że jest zmartwiony, że martwi się o nas, czy wytrwamy. Sądzę, że dzisiaj również bardzo martwiłby się tym wszystkim, co dzieje się w Polsce i dużo głośniej niż nasi politycy – nawet prawicowi – mówiłby, że dłużej tak żyć nie można, że nie możemy iść dalej w tę stronę. Z całą pewnością ten wielki obrońca życia rozwinąłby wątek kultury śmierci, cywilizacji śmierci, która zbiera żniwo i próbowałby nam uświadomić, że obrona życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci to jest największy bój, który nas czeka, przez który musimy przechodzić, bój, który mamy wygrać. On by to zdefiniował lepiej niż my to robimy dzisiaj. Sądzę, że dużo większą uwagę kładłby na kulturę i wychowanie młodych ludzi i na potrzebę stawienia tamy idącej z Zachodu metodycznej deprawacji młodzieży typu gender. Martwiłby się chyba bardziej niż wtedy, kiedy był wśród nas, bo wtedy widział, że się budzimy, że odzyskujemy siły. Dzisiaj czasy są bardziej powiedziałbym rozmyte – pytanie zatem, jakby zapalał nas do rozpoznawania i odrzucania zła bez wchodzenia z nim w układy? Myślę, że pomógłby nam znaleźć właściwą drogę i przekonać, że warto ponieść trochę wysiłku, aby pokonać zło.
A co chciałby powiedzieć Europie, która zapomniała o swoich chrześcijańskich korzeniach…?
– Musiałby powiedzieć prawdę, mianowicie płaczę nad tobą, kiedyś wierną córą Chrystusa, a dzisiaj odwracająca się i zdradzająca Boga, Kościół, społeczeństwa i ludzi sprzeniewierzająca się Chrystusowemu prawu. To, co dzisiaj wyczynia tzw. postępowa Europa, to nic innego jak wielka totalitarna zdrada. Sądzę, że św. Jan Paweł II nazwałby to po imieniu, dosadniej niż my to czynimy dzisiaj. Dosadniej mówiłby także o wielkiej, zaplanowanej walce z Bogiem. Przecież sam Karol Wojtyła w swoim życiu stykał się z wieloma niesprawiedliwościami, różnymi podziałami narodowymi, ideologicznymi, a więc przekraczał granice w różnych możliwych kierunkach. I na to nakładało się to, co dla Jana Pawła II zawsze było ważne, mianowicie, że bez Boga nie ma rozwoju danych społeczeństw czy narodów, ale także dla każdego człowieka indywidualnie, dlatego martwił się nawet o Kościół w Chinach czy Kościół w Rosji. Myślę, że teraz, kiedy z Domu Ojca to wszystko widzi i wie, że nie idzie to ku dobremu, to modli się, aby Europa zdążyła się obudzić z tego letargu i nawrócić przed swoją śmiercią. Kiedy Jan Paweł II byłby dzisiaj wśród nas, to nazywałby po imieniu te zagrożenia, nie byłoby zatem miejsca na różne eufemizmy, udawanie i czekanie, aż coś samo się zmieni, ale byłby jasny, czytelny przekaz i wołanie o nawrócenie, zanim będzie za późno. Z całą pewnością nie przeszedłby do porządku dziennego wobec aktów burzenia Kościołów czy zamieniania świątyń w sale tańców. Byłby bardzo smutny, o wiele smutniejszy niż wtedy, kiedy był już bardzo chory i powoli odchodził od nas, a widząc, że dzieje się źle na świecie, nie mógł wypowiedzieć słowa i przestrzec nas. Niestety, nie było mu dane wyartykułować tego wszystkiego, tych obaw, ale czego nie mógł wypowiedzieć słowem, powiedział nam gestem, całą tą teologią cierpienia, którego nigdy się nie wstydził, co więcej – pokazał nam, jak cierpieć, ofiarując wszystko Panu Bogu. Myślę, że dzisiaj Jan Paweł II mówiłby do nas dużo odważniej niż czynią to prawicowi politycy, ale również bardziej zdecydowanie niż nasz Kościół. Kościół nie może się rozglądać na lewo czy prawo, na Wschód czy Zachód, na różne trendy, ale Kościół – zwłaszcza w tych trudnych czasach – powinien stać jasno i bezkompromisowo na płaszczyźnie prawdy i Ewangelii.
Chce Pan powiedzieć, że Jan Paweł II był Papieżem na każdy czas, także sprawdziłby się w roli duchowego przywódcy również dzisiaj?
– Dokładnie tak. On wytrzymałby te wszystkie ataki na Kościół, na wiarę, zamachy na ludzkie życie i walczyłby miłością i zdecydowaną postawą, co więcej – wyznaczałby kierunki, ale takie ostateczne kierunki, czystą strategię życia. Byłby naszym przewodnikiem na drodze odwrócenia upadku cywilizacji, która niechybnie nas czeka, jeśli się nie nawrócimy. Podjąłby zdecydowaną walkę z cywilizacją śmierci. Chyba tylko on, może dziś nieco zapomniany, można rzec niemodny, potrafiłby to zrobić skutecznie. Widząc, co dzisiaj się dzieje z Polską, co dzieje się ze światem, po prostu grzmiałby. Byłby to jeden wielki wyrzut sumienia płynący od bezkompromisowego obrońcy życia, obrońcy człowieka. To, co powiedział, co zrobił jako Papież, jest dzisiaj nadal aktualne, dlatego żądałby od nas realizacji tych wskazań, tej nauki popartej Ewangelią, którą nam pozostawił, a która jest ponadepokowa.
Powinniśmy tęsknić?
– Zdecydowanie powinniśmy tęsknić za Janem Pawłem II, aż do łez. Co więcej, powinniśmy w sobie pobudzać na nowo tę tęsknotę. Największy z rodu Polaków, jego nauka powinna być przybliżana. Tu nie chodzi tylko o przeczytanie czy powtórzenie słów Jana Pawła II, ale wgłębianie się w ich treść i wprowadzanie jego nauki w życie przez jego charyzmatycznych uczniów, których niestety brakuje. Módlmy się, prośmy Pana Boga przez wstawiennictwo św. Jana Pawła II, aby dał współczesnemu światu i Polsce również – nowych, charyzmatycznych duchowych przywódców, którzy wzorem tego świętego Papieża przeprowadzą nas przez burze zagrażające cywilizacji chrześcijańskiej.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki