Nikt nie powinien donosić na własne państwo
Poniedziałek, 23 kwietnia 2018 (21:55)Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, posłem do Europarlamentu z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Frans Timmermans z jednej strony docenia dialog prowadzony z Polską, ale z drugiej dodaje, że ustawy przyjęte przez polski Parlament nie rozwiązują problemów wskazanych przez Komisję Europejską, bo można zrobić więcej. Z czego wynika ta narracja, skoro oczekiwania Komisji są spełniane jedno po drugim?
– Jako strona polska ciągle uważamy, że jeśli chodzi o prowadzony dialog, to rozmawiamy z ludźmi honoru, a u podstaw takiego twierdzenia leży dotrzymywanie danego słowa. Oczywiście nie jest to jedyny, ale z pewnością ważny element tego, co nazywamy dialogiem zwłaszcza na takim poziomie. Premier Mateusz Morawiecki umówił się w tym zakresie z przewodniczącym Jean-Claude Junckerem i uważamy, że jest to właściwa, dobra droga, aby sprawę sporu raz na zawsze zamknąć. Natomiast wiceprzewodniczący Frans Timmermans – jak pamiętamy – zawsze występował w roli harcownika, który rozpoczynał spór z Polską, będąc właściwie z góry na straconej pozycji. W tej chwili próbuje jeszcze coś negocjować poza oficjalnymi ustaleniami, ale póki z jego strony mamy swobodne dywagacje, to nie ma niebezpieczeństwa, że coś w tej kwestii może się zmienić na naszą niekorzyść. Oczywiście mam na myśli rozwiązanie poza ustaleniami premiera Morawieckiego i przewodniczącego Junckera. Tak czasem bywa, że wielcy się umawiają, a harcownicy biegają po przedpolach.
Czy i na ile te jak Pan określa swobodne dywagacje Timmermansa mogą być spowodowane działaniami totalnej opozycji, która zapowiada, że znów będzie uruchamiać zagranicę, bo ulica to już raczej już nie wypali?
– Jeśli widzę ludzi, którzy – kolejny raz – podejmują różne działania, które mają na celu zaszkodzić własnemu państwu, to muszę powiedzieć, że wywołuje to we mnie pewne zakłopotanie. Przyznam, że mam z tym problem widzę bowiem ludzi, którzy przez Naród zostali wybrani do reprezentowania Polski na forum europejskim, a tymczasem robią wszystko, żeby własnemu państwu zaszkodzić. Zresztą ci politycy nie są w Brukseli do końca poważnie traktowani. Natomiast są wykorzystani do różnych rozgrywek, które toczą się cały czas w obrębie Unii Europejskiej. Patrząc z perspektywy Parlamentu Europejskiego, muszę powiedzieć, że nie znam podobnych przypadków, nie słyszałem np. o Francuzach, którzy donosiliby na własne państwo, nie znam też Niemców, którzy czyniliby takie rzeczy jak niektórzy eurodeputowani Platformy.
Jak w Brukseli jest odbierany przeciek podobno od samego Tuska, że po powrocie do Polski miałby wraz z synem zostać aresztowany?
– W Unii Europejskiej jest normalną rzeczą, że politycy wysokiego szczebla trzymają fason i nie schodzą poniżej pewnego poziomu, ale są także tacy, którym daleko do ideału. Nic zatem dziwnego, że za swoje czyny nielicujące z godnością piastowanych urzędów ponoszą odpowiedzialność, także karną. Przypomnę tylko byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego, któremu nie tylko postawiono zarzuty korupcyjne, ale polityk ten został nawet zatrzymany przez policję. Tyle tylko, że w tym wypadku nikt nie mówił o upadku francuskiej demokracji, ale o upadku Nicolasa Sarkozy’ego. Jeśli zaś chodzi o Donalda Tuska i jego zachowanie, to mam dla niego radę, aby nie histeryzował, a raczej zabrał się do pracy. Oczywiście jak każdy obywatel Polski ma obowiązek stawienia się na wezwanie prokuratury czy przed sądem i chcąc nie chcąc, będzie musiał złożyć zeznania, zwłaszcza że w wielu sprawach jest ważnym świadkiem. Ale to nie jest powód, żeby z tego faktu robić przedstawienie. Nie trzeba robić happeningów czy transmisji przez zaprzyjaźnione stacje z jazdy pociągiem z Gdańska do Warszawy i „pielgrzymki” z Dworca Centralnego do prokuratury, bo to raczej przypomina spektakl i żenadę podobnie jak pozdrawianie swoich zwolenników z okien prokuratury. To jest szopka. Natomiast warto się skupić na faktach, a te są następujące: tam, gdzie mamy do czynienia z naruszeniami prawa czy z podejrzeniami popełnienia przestępstwa, tam musi zadziałać prawo. Dotyczy to również posła Stanisława Gawłowskiego. W mojej ocenie ze strony Platformy mamy obecnie gesty adresowane mniej na zewnątrz Polski, a więc nie do unijnej opinii publicznej, a bardziej do samego posła Gawłowskiego. Chodzi o to, żeby pokazać – patrz, Stasiu, stoimy za tobą murem, martwimy się o ciebie, tylko lepiej nie mów tego, co wiesz. Tak to wygląda. Widać istnieje obawa, że Gawłowski jako sekretarz generalny Platformy może skorzystać ze swojej bardzo szerokiej wiedzy, co niektórym mogłoby bardzo zaszkodzić.
Jaką szansę powrotu do polskiej polityki Pana zdaniem ma kreujący siebie na ofiarę Donald Tusk?
– Pewnie zastanawia się nad swoją polityczną przyszłością, co zrobić z sobą po zakończeniu kadencji szefa Rady Europejskiej. Fucha, jaką Donald Tusk otrzymał od kanclerz Angeli Merkel, powoli dobiega końca, dokonania i skuteczność są marne i używając slangu młodzieżowego, szału nie ma, w związku z tym szans na inną ciepłą posadkę też raczej nie widać. Tym bardziej że przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, widząc „dokonania” Tuska, wręcz proponuje likwidację stanowiska szefa Rady Europejskiej. Taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy, że piastun jednego z najwyższych stanowisk w Unii Europejskiej swoim brakiem zaangażowania czy wręcz lenistwem i brakiem skuteczności doprowadził do tego, że w ocenie unijnych decydentów to stanowisko – na dłuższą metę – jest zwyczajnie niepotrzebne. Można zatem przypuszczać, że unijni politycy poznali się na Tusku, w związku z czym raczej żadnego wartościowego, odpowiedzialnego stanowiska nie otrzyma, no chyba że jego protektorka coś intratnego mu zaproponuje, ale raczej na zasadzie synekury. Wobec powyższego Tuskowi pozostaje kombinowanie, jak powrócić do polskiej polityki, czy w ogóle warto i czy to się może udać. Poza tym Donald Tusk jak chyba nikt inny lubi, co więcej, potrafi drażnić się z Grzegorzem Schetyną, żeby ten przypadkiem nie czuł się zbyt pewnie na stanowisku szefa Platformy.
Chce Pan powiedzieć, że Tusk bardziej myśli o walce ze Schetyną o przywództwo w Platformie niż o starciu o władzę w Polsce z Prawem i Sprawiedliwością?
– Sądzę, że Donald Tusk bardziej liczy na kolejny prezent od Angeli Merkel, a jednocześnie cały czas bada grunt, testuje polską opinię publiczną, stąd jego rozmaite wrzutki na Twitterze. Rodacy jednak – taką mam nadzieję – mają w pamięci, jak za jego rządów Polska się wasalizowała. Wystarczy tylko wspomnieć potężny wypływ środków z podatku VAT, które wyprowadzane z budżetu państwa lądowały w kieszeniach mafii VAT-owskich i różnych podmiotów zewnętrznych, a Polakom kazano zaciskać pasa. Co by nie powiedzieć, ten wypływ był większy niż środki, które w ramach programów unijnych trafiały do Polski. Trudno uwierzyć, ale tak faktycznie było. Początek rządów Donalda Tuska i Platformy w Polsce to potężny wzrost wypływu pieniędzy z Polski, a koniec jego rządów to wyraźny spadek tego drenażu z kasy państwowej i powrót do poprzedniego poziomu. Nie jest żadną tajemnicą, że za rządów Platformy Polska z kraju, który mógł się poszczycić wysoką ściągalnością podatku VAT, znalazła się w ogonie państw Unii. Celnicy wyraźnie mówili, że zabraniano im kontrolowania paliw, a więc de facto walki z szarą strefą. Dopiero wprowadzenie pakietu paliwowego i determinacja najpierw wicepremiera, a obecnie premiera Mateusza Morawieckiego co do wprowadzenia powszechnych kontroli wwożonych do Polski paliw przyniosło niespotykane wpływy do budżetu, z których możliwe jest realizowanie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości programów prospołecznych. Tymczasem wiceminister finansów w rządzie premiera Donalda Tuska, Jacek Kapica, twierdził, że miał na biurku projekty dokumentów czy ustaw, które mogły zahamować drenaż finansów państwa, ale nie było politycznej woli, żeby wcielać je w życie. Co by nie powiedzieć fizycznie nad wiceministrem Kapicą były tylko dwie osoby, które mogły mu wydawać polecenia: był to minister finansów oraz premier. W tej sytuacji sprawa wydaje się prosta.