• Niedziela, 24 maja 2026

    imieniny: Zuzanny, Joanny, Mileny

Przywołać wszystkich po imieniu

Wtorek, 20 marca 2018 (13:39)

Rozmowa z dyrektorem Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce Jackiem Karczewskim

Wielu naszych Czytelników kupuje poniedziałkowy „Nasz Dziennik”, by poznawać kolejnych bohaterów, których przypomina Pan w cyklu poświęconym żołnierzom podziemia niepodległościowego. Teraz ponad 30 tych niezwykłych opowieści znajdą w Pana książce „Śladami Niezłomnych”. Dlaczego świadomość tej historii jest taka ważna?

– Historia podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej jest w znacznej mierze wciąż nieznana bądź przemilczana i ukryta, pomimo upływu prawie 30 lat od upadku komunizmu. Większość świadków historii już odeszła, a wśród tych, którzy pozostali, wciąż są osoby, które boją się otwarcie mówić na ten temat. Do tych ludzi przede wszystkim staramy się docierać, rejestrować ich relacje, bo to ostatnie chwile, aby poznawać historię widzianą oczami tych, którzy ją przeżyli.

Bez pomocy rodzin trudniej byłoby przywracać pamięć o bohaterach?

– Po artykule dotyczącym Dariusza Kieliszka „Ponurego” zgłosiła się w ostatni wtorek wnuczka Władysława Łojka, gospodarza, u którego rozegrał się dramat śmierci „Ponurego”. Pani Anna przyniosła nam bardzo bogaty zestaw zdjęć, możemy więc znacznie poszerzyć tę historię. Mama pani Anny w dniu, kiedy zginął Kieliszek, miała 7 lat. Mimo to dużo wiedziała na ten temat od swojego ojca, który był niesamowitą osobą: brał udział w odzyskiwaniu niepodległości w 1918 r., w wojnie z bolszewikami, w konspiracji podczas okupacji niemieckiej. Aresztowany po obławie na Dariusza Kieliszka nie godził się, by córka poszła do szkoły, bo w tej „komunistycznej szkole niczego dobrego ciebie nie nauczą”, tak mówił. Pani Anna obiecała jeszcze raz przejrzeć rodzinne zbiory i ewentualnie przekazać nam kolejne zdjęcia i dokumenty.

Ale okazała się jeszcze jedna niezwykle piękna rzecz. Otóż tuż przed obławą na „Ponurego” w gospodarstwie Władysława Łojka przebywał komendant obwodu WiN Ostrów Mazowiecka Stanisław Bęklewski vel Pieszkowski. Ukrywała się tam również przez pewien czas jego żona. Opuszczając ten dom, zostawiła dokumenty i zdjęcia swego męża, który został zamordowany podczas śledztwa w styczniu 1947 r. w Ostrowi Mazowieckiej. Nie ujawnił nawet swego prawdziwego nazwiska.

Te zdjęcia leżały przez kilkadziesiąt lat gdzieś na strychu. Rodzina państwa Łojków stwierdziła, że nie czuje się ich właścicielem i przekazała jako darowiznę do Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce.

Piękna historia. Takich spotkań z bohaterami historii jest więcej?

– Cały czas zgłaszają się osoby, jak po artykule o Zygmuncie Kwiatkowskim „Zrywie”. W chwili publikacji o nim artykułu w „Naszym Dzienniku” nie mieliśmy jego żadnego zdjęcia, a teraz z dwóch różnych źródeł dostaliśmy fotografie, jedna z nich jest zamieszczona w książce „Śladami Niezłomnych”.

Bardzo jestem wdzięczny rodzinom, że przekazują nam materiały leżące do tej pory w domowych albumach, archiwach. Na przykład po artykule o Wiktorze Zacheuszu Nowowiejskim „Jeżu” odezwała się jego bratowa, która mieszka w Nidzicy, z podziękowaniem za tekst. Zaprosiła nas na spotkanie, po czym udostępniła trzy albumy zdjęć z różnych okresów – przedwojennych, wojennych. Weszliśmy w posiadanie naprawdę bardzo ciekawych dokumentów i fotografii.

Ukazuje Pan bohaterów swojej książki nie tylko jako odważ-nych dowódców, żołnierzy, ale też jako synów, mężów, ojców. Wstrząsające losy rodzin Niezłomnych to temat godny filmowego eposu.

– Przypominamy przede wszystkim historie zwykłych mieszkańców, którzy zapłacili wielką cenę. Bo czymże różni się śmierć Władysława Stepnowskiego, ojca ośmiorga dzieci, zamordowanego w więzieniu w 1950 roku, od śmierci innych wielkich bohaterów? Należy ich wszystkich przywołać po imieniu. Te historie zwykłych ludzi pokazują też, jak ogromna była skala oporu i zaangażowania ludzi w walkę. Jeśli skupiamy się tylko na kilku rzeczywiście bardzo zasłużonych postaciach, tak naprawdę umyka nam skala oporu społeczeństwa, te dziesiątki tysięcy rodzin, które świadczyły pomoc w postaci wyżywienia czy chociażby noclegu. Nie możemy zapominać, że represje często spadały na ludzi nawet przypadkowych, tylko za to, że pozwolili patrolowi np. zanocować w swojej stodole. Wielu tych gospodarzy już później nie wracało do swoich domów.

Często nie mieli do czego, bo UB celowo niszczył cały ich dobytek.

– Pokazujemy często te historie, jak np. rodziny Boruckich, której dom niemalże zburzony został przez ubowców i nie pozwolono odbudować go choć prowizorycznie, by dzieciom nie leciała woda na głowę. To pokazuje niezwykły dramat tamtych czasów i mieszkańców.

Tak postępowali Rosjanie, prześladując w XIX wieku unitów, a potem okupant niemiecki i sowiecki.

– Analogie są nawet w drobnych rzeczach. Na przykład sądy doraźne były stosowane przez okupanta niemieckiego, a potem przez komunistycznych zdrajców Narodu. Obwieszczenia o karze śmierci wywieszane przez Niemców i komunistów były bardzo do siebie zbliżone. Nie ma żadnej różnicy. Tuż po wejściu Sowietów liczne aresztowania dokonywane były nie tylko na członkach podziemia, ale i na ludności cywilnej. Wszędzie występuje niezwykła cecha tych osób, czyli odniesienie do takich wartości jak honor i Ojczyzna, ale przede wszystkim Pan Bóg. Mieszkańcy do dziś bardzo często wspominają, że oddział zaczynał i kończył dzień modlitwą. Cały czas wartości były nadrzędną cechą ich postępowania – stanęli w obronie Ojczyzny, ale i wiary, nie godzili się na deptanie tych wartości.

Bohaterowie Pana książki to pokolenie II RP, wywodzący się z drobnoszlacheckich zaścianków i chłopskich rodzin. Podziemie niepodległościowe to nie było, jak wmawiała komunistyczna propaganda, „pańskie wojsko”, tylko zwykli, prości ludzie.

– Ten lud pracujący, który miał być największym wsparciem dla komunistów, okazał się ich największym wrogiem. W wielu ubeckich raportach i analizach przewija się informacja, wręcz zszokowanie, że tak duże poparcie podziemie ma w warstwie chłopskiej. Bo inteligencję udało się przetrzebić najpierw Niemcom, później komunistom. A tu okazała się nowa elita, która stanęła w obronie największych wartości. Komuniści nie mogli zrozumieć, dlaczego tak się stało. Przecież usiłowali pozyskać poparcie społeczeństwa, między innymi przeprowadzając reformę rolną.

Zastanawia się Pan, kim byliby Niezłomni, gdyby nie okupacja sowiecka, co wnieśliby do narodowej wspólnoty?

– Odnosząc się do dwudziestolecia międzywojennego, myślę, że bylibyśmy na zupełnie innym etapie jako kraj i społeczeństwo. To pokazuje, jak okupanci podeszli do naszego Narodu, mordując całą elitę, bo wiedzieli, że bez nich państwa się nie odbuduje. Większość tych, którzy mogli wnieść kluczowy wkład w odbudowę państwa po wojnie, znalazło się albo w łagrach, albo zostało wymordowanych.

Trafnie rozpoznali bezbożną i nieludzką naturę komunizmu. „Do komunistów się strzela, a nie rozmawia z nimi” – pod słowami Józefa Kurasia „Ognia” podpisałoby się wielu z Niezłomnych przywołanych na kartach Pana książki.

– Akurat powiat ostrołęcki był jedynym obszarem II RP, który po rozbiorze w 1939 roku znalazł się w trzech strefach: w Rzeszy Niemieckiej, Generalnym Gubernatorstwie i pod okupacją sowiecką. Mieszkańcy bardzo szybko poznali prawdziwe oblicze komunizmu, wiem to chociażby ze wspomnień swojego dziadka, Bolesława Karczewskiego, który mieszkał niemal na granicy, w Łęgu Starościńskim włączonym do III Rzeszy. Dziadek w ramach Związku Walki Zbrojnej pełnił funkcję kuriera, łącznika. Opowiadał mi, jak konspiracyjnie przekraczał granicę na Narwi – tam, w sowieckiej strefie okupacyjnej, poznał prawdziwą twarz komunistów. Do samej śmierci był przeciwko komunizmowi, nie oczekiwał w 1945 r. żadnego wyzwolenia, był pewien, że przyjdzie nowy okupant, nowy terror. Początkowo podjął walkę, ale potem się ujawnił.

Dziadek lubił opowiadać o polskim wojsku, o poświęceniu żołnierza dla Ojczyzny. W 1990 r., gdy wspólnie obserwowaliśmy wybory prezydenta, którym został Lech Wałęsa, jako młody chłopak mówiłem, że nareszcie coś się zmienia, ale dziadek ostrzegał: „Wnuczku, nie wierz w to, co mówią w telewizji, i tak dalej ta sama żydokomuna zostaje. To tylko zmiana warty, nic więcej, u sterów oni dalej pozostają”. To był prosty człowiek, ukończył przed wojną 4 klasy szkoły powszechnej, ale miał doskonałe zdolności analizowania otaczającej go rzeczywistości.

Dziadek był Pana mentorem, przewodnikiem po ojczystych dziejach?

– Właściwie obaj dziadkowie, zarówno Bolesław Karczewski, jak i Konstanty Murach, który w 1940 r. został wywieziony na roboty do Niemiec, gdzie przeżył całą okupację. Bardzo dużo opowiadał, jak wyglądało tam jego życie. Dziadkowie od strony mamy żyją do dziś. To im zawdzięczam moje zainteresowanie historią od wczesnego dzieciństwa, pomogli mi odkrywać piękne karty z przeszłości. Opowieści rodzinne to kiedyś była jedyna kronika przeszłości, tak się przekazywało historię. Do dzisiaj to widzę w rozmowach z ludźmi, jak mogą godzinami opowiadać o swoich rodzicach, dziadkach, tak silna jest więź pokoleń.

Komuniści usiłowali zerwać tę ciągłość tradycji, bo widzieli w niej groźną dla nich siłę. Dlatego grzebali jak zwierzęta zamordowanych Żołnierzy Niezłomnych. Ale bohaterowie wracają – 1 lutego, podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim, tożsamość odzyskali bracia Kmiołkowie z ziemi ostrołęckiej.

– Ale ilu jest nieodnalezionych, ile takich miejsc jak Łączka ukryto w całej Polsce? Dlatego tak ważny jest apel, by ludzie, którzy mają w swoich rodzinach osoby zaginione po 1944 r., oddawali materiał DNA do bazy genetycznej, którą prowadzi IPN. Być może kiedyś technika tak się rozwinie, że pozwoli nam w łatwiejszy sposób ich odnajdywać. Nie mogą pozostać bezimienni, ich historia musi przetrwać. Cały czas ich szukamy. Rodziny chciałyby kiedyś zmówić modlitwę nad ich prawdziwym, a nie symbolicznym grobem.

„Ze swej strony proszę o pamięć macierzystą dla Tych, co w imieniu naszych sił za granicą walczyli tu, nie szczę-dząc życia” – pisał w Raporcie do Administracji Przyszłej Nowej Polski w 1949 r. Witold Borucki ps. „Babinicz”, jeden z bohaterów Pana książki. Był głosem tysięcy zabitych, zakatowanych w śledztwach?

– Wstrząsające jest przede wszystkim to, że pisał to człowiek świadomy, jakiej walki się podjął i jaki koniec go czeka. W swoim testamencie „Babinicz” powiedział, o co walczy. Wierzył, że kiedyś przyjdzie pokolenie, które będzie chciało odzyskać pełną wolność. Prosił, żebyśmy pamiętali, że to dzięki nim, Żołnierzom Niezłomnym, przetrwała nasza tożsamość, zachowaliśmy nasze dziedzictwo historyczne i kulturowe, dzięki nim mogliśmy doczekać wolności. Jestem święcie przekonany, że gdyby nie ich walka do początku lat 50., czy jak w przypadku Józefa Franczaka „Lalusia” do 1963 r., ale mamy też historię Antoniego Dołęgi, który ukrywał się do 1982 r., że gdyby nie ich świadectwo, Naród łatwiej byłoby złamać. Komuniści też mieli tego świadomość, dlatego np. nie odważyli się wprowadzić kołchozów i sowchozów jak w Związku Sowieckim.

Tadeusz Krupka ps. „Longin”, żołnierz NSZ-NZW o wyjątkowej biografii, o którym – mam nadzieję – Pan jeszcze napisze w „Naszym Dzienniku”, przed śmiercią z dumą wyznał: „Jestem człowiekiem prawdziwym dla Boga i Ojczyzny, choć teraz mówią, że jestem bandytą”. Tacy jak on zatrzymali marsz komunizmu?

– Oni mieli świadomość wielkości sprawy, o którą walczą, wiedzieli, że muszą dać przykład, świadectwo kolejnym pokoleniom. Na pogrzebie „Inki” mowa była o ziarnie, które komuniści chcieli splugawić, zakopać, a okazało się, że z niego wyrósł piękny owoc. Żołnierze Niezłomni poświęcili swoje życie ze świadomością, że stoją na straconej pozycji, że przyjdzie im zginąć. Choć mogli się ujawnić, nie chcieli, wiedząc, że będą prześladowani, zmuszani do zdrady kolegów. Zależało im, by społeczeństwo wiedziało, że walka trwa, a ci, którzy pozostali w lasach, niosą dalej hasło wolności i wiary w Boga.

A jak Pan ten przekaz pokoleniowy niesie w swojej rodzinie? Dzieci chłoną opowieść o walkach podziemia niepodległościowego?

– Cieszę się, że córka i syn sami sięgają do historii, szukają materiałów, prezentują je na zbiórkach harcerskich, w szkole, opowiadają o Danusi Siedzikównie „Ince”, ale też o naszych bohaterach ostrołęckich.

Kto jest ulubionym bohaterem dyrektora Muzeum Żołnierzy Wyklętych?

– To Aleksander Bednarczyk ps. „Adam”, bohater jednego z artykułów w „Naszym Dzienniku”, wielka postać podziemia poakowskiego w powiecie ostrołęckim. Od niego wszystko się zaczęło. Poznawałem go stopniowo: najpierw jako bohatera wojny 1939 r., potem dowódcę podczas okupacji niemieckiej. Informacja, że zginął w grudniu 1946 r., zaczęła rodzić pytania: Jak to się stało? Dlaczego? I tak poprzez poznawanie „Adama”, rozmowy z kombatantami, zostałem wciągnięty w wir historii podziemia antykomunistycznego, a dziś tę pasję mogę realizować zawodowo.

I pokazuje Pan, że na Kurpiach, na północnym Mazowszu, każda wieś, gmina ma swojego bohatera. Chcą korzystać z tego kapitału patriotyzmu?

– Coraz bardziej, coraz śmielej mieszkańcy inicjują obchody święta Żołnierzy Wyklętych i w nich uczestniczą, coraz więcej miejscowości odnajduje swoich Niezłomnych, ludzie zaczynają o nich mówić. Zwracają się do nas lokalne środowiska, kombatanci, zobowiązując się, że zajmą się upamiętnieniem osób, które dzięki artykułom w „Naszym Dzienniku” zostały przywrócone pamięci. Tak jest chociażby w przypadku braci Księżaków. Odezwało się do mnie środowisko żołnierzy Armii Krajowej okręgu Warszawa Wschód, który obejmuje teren m.in. Jadowa, Wołomina, z podziękowaniem za przypomnienie tych postaci. Złożyli deklarację, że upamiętnią braci Księżaków, bo tam w dużej mierze rozegrał się ich dramat. Cieszy fakt, że mieszkańcy chcą pamiętać o bohaterach, swoich krajanach, sąsiadach, którzy oddali życie za Ojczyznę.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Rutkowska