Nowe amerykańskie otwarcie szansą dla Polski
Czwartek, 15 marca 2018 (22:14)Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Dla osób, które śledzą amerykańską politykę, dymisja Rexa Tillersona nie powinna być chyba specjalnym zaskoczeniem. Co mogło przemawiać za zwolnieniem sekretarza stanu największego mocarstwa na świecie?
– Ta dymisja – można powiedzieć – była wstępnie zapowiedziana już pod koniec ubiegłego roku. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy Rex Tillerson pożegna się z urzędem amerykańskiego sekretarza stanu. Nie było też żadną tajemnicą, że sekretarz Tillerson i prezydent Trump mocno różnili się w wielu kwestiach dotyczących polityki zagranicznej. Ponadto ta dymisja – jak można sądzić – podszyta jest kwestiami osobistymi, mianowicie między oboma politykami istniało napięcie personalne. Pamiętamy zarzuty o negatywne wypowiedzi, które miały paść ze strony Rexa Tillersona pod adresem prezydenta Donalda Trumpa. Tillerson wprost krytykował strategię bezpieczeństwa swojego szefa, co jest niedopuszczalne na tym szczeblu. Wobec powyższego wydaje się, że ta dymisja wisiała w powietrzu, a prezydent Donald Trump czekał tylko na odpowiedni moment, aby ogłosić swoją decyzję.
Czy to, iż tak ważny urzędnik dowiaduje się o swojej dymisji z Twittera, nie wygląda co najmniej dość dziwnie?
– Prezydent Donald Trump – jak wiemy – znany jest z niekonwencjonalnych zachowań. Zresztą oponenci zarzucają mu nadużywanie mediów społecznościowych. Tak czy inaczej sam charakter ogłoszenia tej decyzji być może jest przejawem osobistych animozji, jest także czymś w rodzaju wyrażenia symbolicznego gestu niezadowolenia. Oczywiście Donald Trump nie może mówić wprost o niezadowoleniu z efektów pracy Rexa Tillersona, którego w końcu sam mianował na to stanowisko, bo tym samym oskarżałby sam siebie. Dlatego powiedział tylko o rozmijaniu się z poglądami, a swoją osobistą niechęć do byłego już szefa amerykańskiej dyplomacji wyraził taką, a nie inną formą wpisu na Twitterze.
Tillerson miał dobre relacje Rosją, bo przypomnijmy, że jeszcze jako szef koncernu Exxon Mobile robił interesy z Moskwą, co być może było jednym z powodów powołania go przez Trumpa na stanowisko sekretarza stanu, to paradoksalnie teraz nie zaważyło na jego odwołaniu?
– Zdaje się, że różnic dzielących obu polityków jest więcej, niż mogłoby się wydawać. One dotyczą m.in.kwestii polityki zagranicznej m.in. Korei Północnej, a zwłaszcza Iranu, gdzie Rosja też jest pewnym elementem całej tej skomplikowanej układanki. Natomiast warto zauważyć, że podobnie jak u poprzednich gospodarzy Białego Domu – również u prezydenta Trumpa bardzo szybko zmienia się stosunek do Rosji. Przypomnę tylko, że w zasadzie każdy prezydent Stanów Zjednoczonych swoje urzędowanie rozpoczynał jeśli nie od pomysłów na reset we wzajemnych relacjach z Moskwą, to przynajmniej na próbę stworzenia partnerskich relacji w rozwiązywaniu różnego rodzaju problemów, chociażby na Bliskim Wschodzie. Te nazwijmy umownie dobre chęci kończyły się ochłodzeniem relacji i dystansowaniem się od polityków, którzy w tej kwestii zajmowali inne stanowisko. Widać również w tym przypadku, że prezydent Donald Trump zrewidował swoją politykę zagraniczną, a zwłaszcza postawę wobec Rosji, która teraz jest dużo bardziej zdystansowana niż na początku kadencji – zwłaszcza po tym, co się dzieje w Syrii.
W jakim kontekście należy zatem rozpatrywać powołanie na szefa amerykańskiej dyplomacji Mike’a Pompeo dotychczasowego szefa CIA?
– Mike Pompeo w odróżnieniu od Rexa Tillersona jest zdecydowanym krytykiem poczynań Rosji. Stąd zmiana ta tylko potwierdza rewizję myślenia prezydenta Trumpa o Rosji. To po pierwsze, a po drugie Pompeo jest pozytywnie postrzegany jak osoba kompetentna i w odróżnieniu od Tillersona ma większe doświadczenie. Rex Tillerson – wcześniej – zajmował się głównie sprawami biznesowymi, natomiast Mike Pompeo był dyrektorem CIA, jakby nie było agencji rządowej, która zajmuje się pozyskiwaniem i analizą informacji m.in. o rządach, korporacjach i osobach indywidualnych z zagranicy, a także opracowywaniem raportów dla amerykańskich instytucji rządowych. Nie bez znaczenia przy tym wyborze dla amerykańskiego prezydenta jest także kwestia relacji personalnych. Mianowicie Donald Trump i Mike Pompeo dobrze się rozumieją, więc nie powinno tu być mowy o zgrzytach, jak to bywało w przypadku poprzedniego sekretarza stanu.
Trzeba jednak przyznać, że takiej karuzeli stanowisk jak za prezydenta Trumpa to w Stanach Zjednoczonych chyba dawno nie było…
– Myślę, że Donald Trump swoimi decyzjami tutaj nie zaskakuje. Duży wpływ na prowadzenie obecnej amerykańskiej polityki ma bardzo wyrazista osobowość obecnego prezydenta, ale jednocześnie jest tu też bardzo istotna kwestia nabywania pewnego niezbędnego doświadczenia. Wydaje się, że Trump, nie mając wcześniej doświadczenia jako polityk, z każdym kolejnym dniem zaczyna lepiej rozumieć mechanizmy związane z piastowaniem funkcji prezydenta największego światowego mocarstwa. Przykładem tego może być właśnie zmiana na stanowisku sekretarza stanu. Donald Trump – jak widać – wybiera osobę, która ma dużo większe doświadczenie, osobę, z którą mu się lepiej współpracuje. Mike Pompeo ma być bardziej lojalny w realizowaniu polityki zagranicznej prezydenta Trumpa, co jest niezwykle istotne. Oczywiście, że częste zmiany personalne na wysokich stanowiskach administracji amerykańskiej mogą być uznane za przejaw pewnej niestabilności, ale trzeba też pamiętać, że Stany Zjednoczone dysponują całym szeregiem mechanizmów kontroli i równowagi, co sprawia, że tego typu rotacje na stanowiskach nie wpływają tak bardzo na funkcjonowanie samej administracji Białego Domu czy Departamentu Stanu.
Jak zmiana na stanowisku szefa amerykańskiej dyplomacji może wpłynąć na nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi?
– Wydaje się – przynajmniej na razie, że zmiana ta nie wpłynie znacząco na strategiczne relacje polsko-amerykańskie, które są i mam nadzieję, nadal będą dobre. Polska ponad wszelką wątpliwość wciąż jest ważnym partnerem Stanów Zjednoczonych w tej części Europy. Jeżeli chodzi zaś o bieżącą politykę i kwestie, które są sporne – związane chociażby z nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, to tutaj też nie powinno się nic zmienić na naszą niekorzyść. Ten spór jest prowadzony na dość niskim poziomie, jeśli chodzi o hierarchię urzędniczą. Ponadto tę zmianę na stanowisku szefa amerykańskiej dyplomacji można też traktować jako szansę na nowe otwarcie, jako szansę na przezwyciężenie pewnej inercji w tym bieżącym sporze. Jest nowy sekretarz stanu, a więc pojawia się szansa, aby na nowo przedstawić sprawę, przedstawić w sposób spokojny, wyważony nasze słuszne racje i tym samym pokazać, że nie ma mowy o żadnych sankcjach, jeśli chodzi o relacje polsko-amerykańskie w kontaktach na najwyższym poziomie.
Może się to przełożyć na poziom naszego bezpieczeństwa…?
– Przypomnijmy, że sporo dobrego się wydarzyło w ostatnim czasie, w kilku ostatnich latach w relacjach polsko-amerykańskich. Szczyt NATO w Warszawie, decyzje o rozmieszczeniu wojsk amerykańskich i sojuszniczych w Polsce i Europie Środkowej, ubiegłoroczna wizyta prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie, te wydarzenia niejako nakreśliły linie strategiczne, które oznaczają większą uwagę Stanów Zjednoczonych, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo tej części Europy. Prezydent Donald Trump, biorąc pod uwagę nakłady na obronność, stawia Polskę za wzór dla innych członków NATO. Tym samym Polska staje się ważnym elementem układanki, jeśli chodzi o politykę bezpieczeństwa. Inaczej jesteśmy ważnym ogniwem w pomyśle czy strategii Stanów Zjednoczonych na bezpieczeństwo w tej części świata. W związku z tym nic na poziomie strategicznym się nie zmienia, a być może nowy szef Departamentu Stanu poświęci jeszcze więcej uwagi realizacji owych nakreślonych kierunków strategicznych tak ważnych z punktu widzenia Polski.